WFF 2014 – Geronimo [Geronimo]

Pora zmierzyć się z najtrudniejszą recenzją do napisania. Pominąłbym ją, ale skoro obiecałem sobie zrecenzować wszystkie obejrzane na WFF-ie filmy to recenzuję.

Sprawa jest trudna, bo zdaje się, że nie jestem kompetentny do recenzowania „Geronimo”. To najnowsze dzieło Tony’ego Gatlifa, z którym to reżyserem nie miałem przyjemności chyba do tej pory się spotkać, a wygląda na to, że powinienem, bo to reżyser znany i uznany. No cóż, nie przeze mnie. I nawet miałem trochę doła z powodu nieznajomości filmografii rzeczonego, ale po obejrzeniu „Geronimo” mi przeszło. Raczej nie jestem jego targetem. Znaczy tego konkretnego pana reżysera.

Choć początek był bardzo dobry. Najpierw przesadnie (ale zamierzenie) dynamicznie sfilmowany bieg dwójki szalonych kochanków, potem rzut oka na francuskie bloki i dużo cygańskich rytmów. „Jest dobrze”, pomyślałem, mając w pamięci opis filmu i jego zwiastun. Będzie dynamicznie, fajnie muzycznie, tanecznie – kupuję. No ale ostatecznie nie kupiłem.

Tytułowa Geronimo to pracownica społeczna, była podopieczna poprawczaka. Dwoje jej małoletnich wychowanków zakochuje się w sobie i ucieka w siną dal. Zostać w domu nie mogą, bo ona jest Turczynką, a on Cyganem. Nic dziwnego, że taki mezalians nie pasuje obu ich rodzinom, które gotowe są pozabijać się nawzajem. A jeśli nie pozabijać, to przynajmniej zatańczyć się na śmierć.

Jak się słusznie domyślacie, „Geronimo” to taka luźna wariacja na temat „Romea i Julii”. Bardzo luźna. Z założenia, opisu i przewidywania wydaje się, że całość zakończy się w luhrmannowym stylu połączeniem unowocześnionego dramatu Szekspira z „Moulin Rouge!’, ale dla Gatlifa to chyba byłoby za prosto. On ma w nosie jakąś tam normalną narrację i woli gonić swoich bohaterów po trawiastych wydmach i kazać im wcinać przypalony makaron bez sosu.

Nie dla mnie takie alegoryczne kino. Według mnie to usprawiedliwienie do pokazania czegokolwiek (byleczego) w jakikolwiek artystyczny sposób się chce. A potem zawsze można krytykom powiedzieć, że nie zrozumieli. Wynudziłem się ja, jeszcze bardziej wynudził się Asiek, którą mam na sumieniu, bo sam ją zawlokłem do kina. Ona już po połowie miała dość, ja mimo wszystko do końca starałem się znaleźć pozytywy. A tych trochę było, szczególnie gdy obraz ożywał miłością i tańcem. Ale było tego za mało, a na domiar złego cygańskie nuty zastąpiło jakieś rzewne fado, tfu. 6/10, bo z pewnością nie jest to bezmyślne kino, a i zostało bardzo ładnie namalowane kamerą.

(1804)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl