Miasto 44

Nie do końca jestem pewien, czy to dobry pomysł, by pisać reckę będąc lekko już śpiącym, ale z drugiej strony atmosfera do pisania w środku nocy przy lampce (takim światełku, a nie wina :P) jest nieporównywalnie lepsza. A dodatkowo bardzo gorąca, bo od paru minut praktycznie cały czas kłócimy się z Aśkiem o film Komasy. Aśkowi podobał się bardzo, bardzo. Mnie… A niespodzianka, też nie było tak źle, jak prorokowali. Ale jednak nie aż tak dobrze, żeby rozumieć zachwyty Aśka. Choć w pełni je akceptuje, bo to zachwyty subiektywne, a z nimi nie ma co dyskutować. Skoro się zachwyciła to się zachwyciła, proste. Nie przekonam jej, że się nie zachwyciła.

Ja mimo wszystko skończyłem seans bez żadnych większych emocji. Coś poszło nie tak.

Nie ma co dyskutować, „Miasto 44” jest filmem zrealizowanym perfekcyjnie. Nie tylko na nasze warunki, ale i na tle zagranicznej konkurencji nie ma się czego wstydzić. Jasne, nie każdemu muszą odpowiadać landrynkowe kadry, czy nowoczesny montaż i łatwo jest zaatakować reżysera, że zrobił teledysk, ale ja w ogóle nie mam takiego problemu. Ekipa filmowa odwaliła kawał dobrej roboty, żeby ich dzieło wyglądało możliwie jak najlepiej. Przed seansem nie zapomniano wspomnieć, że budżet filmu kompletowano przez osiem lat – i tę kasę widać. Co ważne, dopracowano efekty specjalne i nie straszą tu taniością. Jak coś wybucha to wybucha, jak ktoś dostaje kulkę to dostaje kulkę, jak widać panoramę zniszczonego miasta, czy ulicę w tle, to widać panoramę zniszczonego miasta. Dla myślącego obrazami reżysera to ważna pozycja w arsenale argumentów.

A Komasa bez wątpienia myśli obrazami. Wie, co ładnie wygląda na ekranie i kręci to tak, żeby było jak najładniejsze. Kiedy trzeba zwolni tempo, każe aktorowi wyjąć z wody podpalonego gnata, bo podpalony gnat w wodzie wygląda kozacko, spoci młode ciała w saunie, bo będą wyglądały apetycznie albo podłoży piosenkę Niemena (piosenka co prawda nie jest myśleniem obrazem, ale dopełnia konkretny obraz w wizualnie ładną całość). Albo złemu szkopowi założy czarną maskę. Czemu? Bo to ładnie wygląda na ekranie, nieważne czy ma sens i czy jest potrzebne. Takich wizualnych cukiereczków jest w „Mieście 44” dużo. I znów, kto się uprze może zarzucić filmowi kicz, tandetę i efekciarstwo – właśnie przez takie sceny. Ale ja nie jestem uparty i mnie się to podobało. Polak też potrafi. Też wie, że nie wystarczy ustawić kamerę i kazać aktorom sobie spacerować przed nią. Nie o to chodzi w medium tak obrazkowym jak film.

Jednak wraz z myśleniem obrazami dochodzimy do głównego problemu wynikającego właśnie z takiego podejścia. Komasie wystarczyło umiejętności i wyobraźni, żeby ślicznie pokazać to co mu w głowie gra, ale nie znalazł sposobu na ugryzienie tematyki powstania. Myślę, że nie wiedział jak ogarnąć ogrom możliwości wynikającej z takiego wydarzenia jak dramatyczny zryw powstańczy. Jak z czegoś zrezygnować, żeby tego kosztem uwypuklić inne rzeczy. Podczas burzliwych dyskusji po filmie pojawił się temat „Kanału” Wajdy. Myślę, że to koronny przykład ugryzienia tematu. Wajda wsadził swoich bohaterów w kanał i choć ograniczył się do jednego wydarzenia, jednej lokacji – to opowiedział o powstaniu i o tragedii powstańców. Komasa nie potrafił się ograniczyć – opowiedział o wszystkim co się dało w dwóch godzinach filmu.

Nic więc dziwnego, że „Miasto 44” wygląda jak poszatkowane, podzielone na kilka, często kiepsko zmontowanych ze sobą, epizodów (wiele przejść między scenami „pojawia się” zupełnie znikąd). Jedna historii goni drugą ciekawą historię, a w zanadrzu już czekają trzecia i czwarta. To samo z bohaterami – poza trójką głównych postaci reszta pojawia się na 3-5 minut, spełnia swoją rolę i oddaje miejsce postaciom kolejnym. Za dużo grzybów w barszcz historii, której nie klei standardowy wątek miłosny. Nie mam nic przeciwko takiemu, bo uważam, że po pierwsze aż tak dużo możliwości snucia powstańczej fabuły nie ma, a po drugie dobry wątek miłosny w zupełności wystarczy – cały „Titanic” jest osnuty na wątku miłosnym i spokojnie daje radę. Ten w „Mieście 44” nie dość, że wystarczająco nie zdominował powstania (na tyle, by widz zapomniał o powstaniu, a zaczął trzymać kciuki za bohaterów, którym kibicuje), to jeszcze obudził w Komasie nowoczesnego eksperymentatora. To niestety przyniosło serię surrealistycznych scen, zupełnie tu niepotrzebnych. Z koronnymi kulami omijającymi w zwolnionym tempie bohaterów. OK, rozumiem zamysł, naprawdę, ale reżyser powinien zrozumieć, ze trzeba czasem zamysł schować do kieszeni, gdy ryzykuje się uśmiechy politowania widzów. A ta scena aż prosiła o takie uśmiechy, podobnie jak gorąca scena miłosna bez żadnego powodu łącząca się za chwilę z akcją w kanale.

A już najbardziej denerwował mnie główny bohater. Stefan, gdy już zaczął cierpieć, to cierpiał do końca filmu. Szczególnie wkurzający był podkład muzyczny sugerujący, że Stefan za chwilę wybuchnie. Ale Stefan nie wybuchał gniewem, a w następnej scenie podkład znów sugerował… I tu warto wspomnieć, że o Stefana też pokłóciliśmy się z Aśkiem. Próbowała mi wytłumaczyć, że Stefan miał prawo cierpieć po tym, czego był świadkiem. Ale nie musiała, bo ja to doskonale rozumiem i nawet podobało mi się na początku, że on tak cierpi. Ale byłem pewien, że w końcu wybuchnie. Zresztą nie w tym rzecz, czy miał motywację do cierpienia czy nie. Miał, owszem. Tyle tylko, że to jest film, a film rządzi się jakimiś prawami – najważniejsze: ma się podobać widzowi, nawet jeśli tu i ówdzie przekłamie czy przyspieszy niektóre sprawy. I uważam, że jeśli już Stefan miał cierpieć, to powinien to robić poza ekranem i wrócić dopiero gdy skończy. Tyle innych było tam postaci, że miałby go kto zastąpić.

Zdecydowanie brakowało też jakichś konkretniejszych ram czasowych. Siódmy dzień powstania, dwudziesty dzień powstania… Ich brak potęgował wrażenie chaosu. Ledwo zaczyna się powstanie, a tu już do kanałów wchodzą, ledwo Stefan ma szramę na policzku, a już nie ma szramy itd. itp. Można by też narzekać, że temat motywacji powstańców, kontrowersji związanych z wybuchem powstania itd. został potraktowany po łebkach, ale mnie akurat podobało się to omijanie polityki na rzecz dramatu ludzi. Tak samo jak podobało mi się nazywanie po imieniu, że ruskie niedobre, a niemce mordercy. Czego mi tu zabrakło to polskiej ułańskiej fantazji połączonej z amerykańskim „jesteśmy najlepsi” – praktycznie w żadnym momencie filmu Polacy nie mają żadnej przewagi nad wrogiem. Albo są niekompetentni, albo cierpią, albo dostają po dupie. No aż prosiło się ze dwadzieścia minut równania szkopów z ziemią. Kto nam taki film nakręci, jak sami sobie nie nakręcimy? Nie, my musimy być, kurczę, sprawiedliwi wśród narodów. Robimy MŚ w siatkówce to sobie nie ułatwimy tylko lu do najsilniejszej grupy.

Tematu chyba nie wyczerpałem, ale późno już, a notka długa. To może skończę. Podobało mi się, ale, ale, ale. 7/10

(1775)

PS. Oczekiwania związane z „Miastem 44” były tak duże, że nie było sposobu, aby im sprostać. Zwyczajnie. Wspominam o tym, bo automatycznie ciśnie się na myśl inny film, z którym nie były związane żadne oczekiwania. Film, który po prostu powstał i został wyemitowany bez reklamy i fejsa z tysiącami lajkujących. To na pewno też zagrało na jego korzyść, ale przede wszystkim sam zapracował sobie na znakomity efekt końcowy. „Jutro idziemy do kina”, bo o nim mowa – „Mieście 44” nawet przez chwilę nie udało się wywołać takich emocji jak tutaj. Myślę, że fabuła „Jutro…” w połączeniu z realizacją „Miasta” przyniosłaby taki film, który każdemu zamknąłby japę.

PS2. No i nie ma co kryć, że w „Mieście 44” ani przez sekundę nie ma takiego klimatu, jaki mieli „Kolumbowie”. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.