Gwiazd naszych wina [The Fault in Our Stars]

Ci, którzy zaglądają na Q-Fejsa już wiedzą, że oto pojawiła się nowa Q-Dziesiątka. Q-Dziesiątki pojawiają się rzadko, a kiedyś nawet jeszcze rzadziej, co za tym idzie warto o nich wspominać nie tylko na Q-Fejsie. Dycha dla „Gwiazd…” przywitana została różnie, zgodnie zresztą z opiniami o filmie tu i tam. Jednym się bardzo podoba, innym się bardzo nie podoba, standard. Nic więc dziwnego, że ci drudzy pytają tych pierwszych czy ich czasem nie porąbało.

Cóż, mnie na pewno nie porąbało i kiedy czuję, że oglądam dychę to oglądam dychę. Dycha zresztą jest bardzo, ale to bardzo subiektywna (tak jakby inne oceny nie były…) i serio nie ma większego sensu wypytywać czy aby na pewno wszyscy zdrowi. Zresztą nie ma się co akurat dziwić w moim przypadku, bo wystarczy rzucić okiem na filmy, które mają u mnie najwyższe oceny, żeby zobaczyć, że trafiają się wśród nich nadspodziewanie często filmy, które mnie po prostu wzruszają. Nadspodziewanie często jak na ich występowanie w naturze, bo takich prostych filmów jest naprawdę bardzo niewiele. Jeśli już to są to telewizyjne produkcje. I im dłużej na taki film czekam, tym większa szansa, że dostanie u mnie dychę. A czasem czekać trzeba naprawdę długo, bo sami powiedzcie, co ostatnio podobnego do „Gwiazd…” powstało? Coś na wzór mojego uzasadnienia dla oceny „Gwiazd…”, czyli: W końcu jakiś normalny film bez strzelania, bicia, krwi, PG-13, CGI i Jennifer Lawrence. Brakowało mi takiego.

Innymi słowy mówiąc: na sto obejrzanych horrorów może z jeden ma szansę dostać dychę. Wśród stu obejrzanych filmów w typie „Gwiazd” tych dych byłoby pewnie z dziesięć. Problem w tym, że stu ich nawet nie ma, w przeciwieństwie do horrorów, których są tysiące. Lubię horrory, ale od przybytku rzeczywiście boli głowa.

Czytam sobie opinie o powyższym filmie i ku swojemu przerażeniu widzę, że jestem nastolatką, bo niby tylko takiemu emo-zmierzchowemu pokoleniu może spodobać się takie kino. Jeśli masz więcej niż 15 lat – grzmią fora – to nie masz tu czego szukać, bo to ckliwa bzdura z całą feerią szlachetnych bohaterów i tanimi emocjami. Hmm, jasne, przesadnie szlachetni bohaterowie potrafią wkurzyć, ale czy to oznacza, że już nie można kręcić z nimi filmów? To zresztą bardziej ogólny problem z kinem, którego przedstawicielem są „Gwiazdy…” – takie właśnie dziwne „zakazy”. Spotkałem się z opinią, że takie ckliwe kino to pójście po linii najmniejszego oporu, wycieczka na łatwiznę i najprostszy sposób na zapłakanego po seansie widza. Opinia jest radykalna, bo zakłada, że takie filmy są z góry traktowane jako te gorsze, jako te be. Nie trzeba się przecież w ogóle wysilać, żeby wymyślić dobrego jak anioł bohatera chorego na nieuleczalną chorobę. A jak jeszcze tych bohaterów jest więcej to już w ogóle nieambitna tragedia. Owszem, jest w tej opinii sporo racji, ale jest też pułapka, w którą łatwo wpaść. Bo moim zdaniem wrzucanie wszystkich takich filmów do jednego wora nie ma żadnego sensu. Jak i nie ma sensu rezygnowanie z kręcenia takich historii. Bzdura, one też są potrzebne! I jeśli wzruszają to po jaką cholerę zastanawiać się nad tym, czy czasem nie staliśmy się ofiarą wyrachowanego reżysera?

Poza tym kto by chciał oglądać film o ciężko chorym skurwysynie. To temat dobry na festiwal. Temat, który ani mnie nie wzruszy, ani nie sprawi, że zaangażuję się emocjonalnie i będzie mi szkoda, gdy ktoś umrze. Dziękuję, postoję. Wolę anielską wersję.

Film, o którym dzisiaj, oparty został na podstawie bestsellerowej powieści, której, jak się pewnie domyślacie, nie czytałem. Zresztą i ta powieść inspirowana była historią pewnej chorej nastolatki, którą autor poznał gdzieś tam i z nią się zaprzyjaźnił. Nie wiem więc jak film wypada w porównaniu do książki, pewnie blado, nie pytajcie, nie przekonujcie. Mam to w nosie. Ważne, że film jest na dychę. Ach, oficjalnie to napiszmy: 10/10.

Kto nie wie, ten już się pewnie domyśla, że „Gwiazdy…” to jeden wielki wzruszony smark w chusteczkę. Hmm, niezbyt miła metafora – nie chciałem. Oto cierpiąca na powikłania po raku tarczycy dziewczyna (przesłodka, jakżeby inaczej, Shailene Woodley) siłą zostaje wypchnięta na spotkania grupy wsparcia. Tam spotyka przystojnego, jakżeby inaczej, chłopaka, który pokonał raka kości i teraz w miarę możliwości podnosi na duchu innych. Zaprzyjaźniają się.

Temat ciężki, ale trudno o bardziej optymistyczny film niż „Gwiazdy…”. Optymistyczny życiowo, a nie bajkowo, bo bajką zdecydowanie ta historia nie jest (choć ją przypomina; BTW warto pochwalić Willema Dafoe za wykreowanego w tej bajce Wilka – jednego z fajniejszych czarnych charakterów ostatnio, choć domorośli recenzenci z Filmwebu twierdzą, że niepotrzebnego). Wmiaręmozliwościowy optymizm i duże poczucie humoru jego bohaterów sprawiają, że całość ogląda się na zmianę z uśmiechem i ze łzami. Szybko wciągnięci w ich świat jeszcze długo po seansie w nim zostajemy. To chyba pierwszy film od dawna, który z przyjemnością za chwilę obejrzę jeszcze raz. A nie o wszystkich dychach mógłbym to napisać.

Nie jest to wyszukane kino! Wręcz przeciwnie, to zupełnie zwyczajny film. I właśnie to jest w nim fajne.

(1762)

3 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.