X-Men – Przeszłość, która nadejdzie [X-Men – Days of Future Past]

Niepotrzebne okazały się moje obawy o to, że bez znajomości poprzednich części ciężko będzie coś zrozumieć z części najnowszej. Co prawda każdą oglądałem, w większości mi się podobały, ale nie mam aż takiej pamięci, żeby przywołać na zawołanie jakieś szczegóły z np. dwójki. Okazało się, że wystarczy wiedza na poziomie podstawowym, nic więcej do szczęścia nie było potrzebne. A jeden myk wytłumaczył mi gambit – terror after creditsów trwa! Bez znajomości tych w trójce nie wszystko byłoby jasne. A przynajmniej w miarę jasne, bo klarownego wytłumaczenia problemu, którego nie zaspoileruję raczej nie ma.

Problemem okazało się niestety to, co podejrzewałem, że będzie siłą filmu. Pisałem jeszcze w że wszystko mi jedno, jeśli nie zakumam o co w ogóle chodzi, byleby tylko było efektownie. No i dupa, efektownie było tylko momentami, a poza nimi przedostała się na ekran przegadana nuda. Miałem wrażenie, że ktoś przykleił sobie na korkowej tablicy to słynne zdanie o tym, że z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność i rozciągnął je do rozmiaru scenariusza. Tym samym – chcąc najwyraźniej nadać komiksowej historii głębi i sprawić, że nikt nie będzie się zastanawiał, że bohaterami są postaci, które potrafią fruwać, pluć ogniem itp., a skupi się na psychologii i międzymutancich relacjach (błąd powielony niedawno w „Godzilli”) – sprawił, że kolejnych rozmów nie sposób nie słuchać z ziewem na ustach.

Jak widać – mnie to nie obchodzi. Podejrzewam, że może fani komiksu lepiej zareagują na takie rozwiązanie, bo wyłapią nawiązania do 78. zeszytu i jednak lepiej znają bohaterów, ale mnie naprawdę mało obchodzi głębia postaci, jeśli chodzi o komiksowe widowiska. Może jestem prosty… Na pewno jestem prosty :). Jeśli też jesteście prości i chcecie łubudu widowiska – najnowsi X-Meni Wam go nie zapewnią.

A kiedy człowiek się w kinie nudzi, to zaczynają mu przeszkadzać różne rzeczy, którymi w nawale akcji, by się za bardzo nie przejął. Jest tutaj np. taki szybki koleś, który jest… no szybki jak Staszek Mąderek. Scena z jego udziałem i włamaniem do Pentagonu, to co prawda jedna z najlepszych scen filmu, ale zaraz potem kompani, którzy poprosili go o pomoc grzecznie mu dziękują i wsiadają do samolotu bez niego lecąc na kolejną misję. W czym problem? Trochę w komiksowych filmach w ogóle. Ile razy mieliście wrażenie, że jakiś bohater ze swoimi mocami sam by „rozwalił system”? Ja mam tak bardzo często. Dają Hulkowi do pomocy wszystkich Avengersów, ale po co, jakby trzeba było to sam by sobie poradził. Itp. W przypadku tego szybkiego kolesia jest podobnie, a zostawianie go w połowie filmu sensu nie ma. Wystarczyłoby go zabrać ze sobą i się przyglądać – skończyłby wszystkie problemy w pięć minut. Jak to podsumował gambit: O co chodzi? Mają laskę, która potrafi cofnąć innych w przeszłość oraz kolesia, który, upraszczając, potrafi zatrzymać czas… Taka akcja jak w Pentagonie i kolejni badguye mogliby co najwyżej mu naskoczyć.

Studia filmowe do coraz większej perfekcji dochodzą w nieposuwaniu (czy też nie posuwaniu :P) akcji do przodu. Planując naprzód kolejne siedemdziesiąt filmów danego uniwersum byliby idiotami, gdyby od razu wypśtykali się ze wszystkich zagrożeń, pomysłów. Idealnymi wobec tego są takie kolejne części, które nie przynoszą żadnych rewolucyjnych zmian i po których właściwie nie ma problemu z ciągiem dalszym. Nowi X-Meni co prawda przynoszą rewolucyjne zmiany ;), ale też tylko po to, żeby w ogóle można było ruszać dalej. Czyli, mówiąc wprost, są filmem przejściowym, co tu dużo gadać. I ta przejściowość determinuje fabułę, a nie chęć zapewnienia jej jak najbardziej efektowną dla widza. (Nad konfliktem Singer/Vaughn się nie zatrzymuję, bo choć kluczowy do zrozumienia paru rzeczy, to nie śledziłem go z aż taką uwagą, by się nad nim mądrzyć).

Z filmu najlepiej zapamiętam nawiązanie do „Gwiezdnych wojen” i uroczy fragment, w którym prezydent Nixon majstruje przy podsłuchu w Gabinecie Owalnym. I to, że Mutanci bardzo bali się wielkich, latających maszynek do golenia. 6/10.

(1739)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.