Sztanga i Cash [Pain & Gain]

Trudno się dziwić rodzinom ofiar, że kręcą nosem na nowy film Michaela Baya (delikatnie mówiąc kręcą nosem). Gdybym był na ich miejscu, to chyba też nie chciałbym, żeby Bay kosztem moich zamordowanych bliskich udowadniał światu, że potrafi zrobić kino z jajem bez wypaśnych efektów specjalnych.

Jest połowa lat 90. Trzech kolesi z siłowni postanawia zarobić na życie. Porywają bogatego klienta i próbują zmusić go do tego, żeby przepisał na nich cały swój majątek. Wszystko idzie nie tak, jak zaplanowali.

Klasyczna czarna komedia opakowana w efektowną formę wizualną i okraszona odpowiednio przerysowanym aktorstwem (The Rock pozamiatał wszelką konkurencję). Z dodatkiem kina z podgatunku „pieprzy się wszystko, co się może spieprzyć” (tak, jest taki podgatunek). Jest tylko jeden problem – wszystko byłoby względnie dobrze, gdyby cała ta historia była zmyślona. Ale nie jest. Z tego co na szybko zdążyłem się zorientować dość blisko trzyma się faktów (największa zmiana to chyba odstrzelony palec u nogi podczas napadu, co jest czystą inwencją twórczą) przy okazji robiąc wszystko, żebyśmy polubili naszych niezdarnych porywaczy. I o ile w zupełnej fikcji nie ma w tym niczego złego (od premiery „Dextera” zdążyliśmy już polubić cały zastęp psychopatów), to jednak w takiej sytuacji jest to trochę nie na miejscu.

Wydaje mi się zresztą, że Bay poszedł niewłaściwą drogą, bo serwując nam przez półtorej godziny wesołe perypetie półmózgów nie osiągnął zamierzonego (jak mniemam zamierzonego) celu – i to co się potem wydarzyło zamiast walnąć nas młotem prosto w ryj, spowodowało raczej, że przeżyliśmy spory łodefak. Bo nijak nie pasowało do obranej na początku konwencji.

Niektórzy powiadają, że jeszcze innym problemem tego filmu jest nuda. I rzeczywiście, dość długo się rozkręca serwując z offu banały i niemy przekaz reżysera: „patrzcie, jestem Oliver Stone, potrafię, potrafię!”. Zanim dochodzimy do jakichś konkretów, co mniej wytrwali widzowie mogą się już wymiksować z seansu. Potem jest już lepiej, gdy historia trafia na odpowiednie tory, ale też nie na tyle, żeby koniecznie na to czekać. Ja się nie nudziłem zbytnio, ale rozumiem zarzuty pod adresem sztangocashowej nudy.

Z SiC (sic!) nie jest „Fargo”, a z Baya nie są bracia Coen. Reżyser się nie zbłaźnił przeskakując z Transformersów na niskobudżetowy film (jak na niego) i z pewnością ma potencjał do robienia rzeczy mniej rozpierdujących ekran w drobne drzazgi. A i w samym SiC można znaleźć sporo dobrego (aktorstwo!). Ale to wszystko za mało, żeby mnie uwieść. Tak jak historię kina pisali „Urodzeni mordercy” i ww. „Fargo”, tak „Sztanga i Cash” pozostanie raczej na zawsze w szufladce „no nie pierdol, że to film Michaela Baya!”. 6/10

(1582)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.