Lśnienie, Italian Horror, Giallo – hołdy trzy

Trzy filmy, trzy hołdy. A zaczynamy od najlepszego. Najgorszego. Najlepszego… Sam nie wiem, no dobra, pierwsza myśl najlepsza.

Room 237

Film dokumentalny ma się bardzo dobrze. Co trochę natrafić można na jakąś perełkę, a i szukać jest gdzie, ot choćby na trwającym właśnie w Warszawie 10. Planete+ Doc Film Festival (choć akurat „Room 237” się na nim nie znajdzie, czego szkoda). Nie wiem z czego to wynika, może dokumentu nie da rady zrobić byle kto, a może po prostu za dokumenty biorą się twórcy pewni swoich sił i wykształceni konkretnie w tym kierunku. A może – najstarszy banał na świecie – po prostu życie pisze najlepsze scenariusze i dlatego twórcy dokumentów mają fory.

Do powstania „Room 237” co prawda pisany przez życie scenariusz nie był potrzebny, ale to i tak jeden z najlepszych dokumentów, jakie ostatnio widziałem, a i jeden z najlepszych filmów również. Właśnie za takie filmy lubię kino dokumentalne, a gratka dodatkowa, że opowiada o czymś, co lubię po prostu – kinie.

Choć może akurat nie o tym fragmencie kina, który darzę sympatią, bo nigdy wielkim fanem kubrickowskiego „Lśnienia” nie byłem – mówiąc wprost: nie podobało mi się. A właśnie temu filmowi poświęcony jest „Room 237”, czego zatwardziali fani filmu Kubricka domyślili się już dawno po tytule dokumentu (nie mówiąc o tytule tego wpisu :P). Nie jest to jednak zwykły dokument o powstawaniu filmu itp. making of. To raczej próba matematycznego niemal rozłożenia „Lśnienia” na czynniki pierwsze i próba odczytania w nim tego, co ukryte między podstawową fabułą. W myśl sprytnego założenia, że nawet jeśli Kubrick świadomie tego wszystkiego tam nie poupychał, to jednak siła jego podświadomości była tak wielka, że to wszystko nie może być przypadkiem.

A ukryte w „Lśnieniu” jest właściwie wszystko. Zabawne żarciki zauważalne tylko na zwolnionych ujęciach, chmury układające się w konkretne obrazki, znikające między ujęciami krzesła – żeby wymienić błahostki. Ale także niemy głos reżysera na temat holocaustu (oglądany właściwie – jak, dowiecie się oglądając film – daje nam np. obraz Jacka Nicholsona z hitlerowskim wąsikiem), zagłady rdzennych mieszkańców Ameryki, sfingowania lądowania na księżycu itd.

Całość ogląda się z prawdziwą przyjemnością i dreszczykiem emocji. Wszystko dzięki formie filmu, która przywodzi na myśl dokumenty o największych tajemnicach wszechświata. Objawione prawdy, często w postaci wykresów i dokładnej analizy rozkładu pokojów w filmowym hotelu, przedstawiają nam zza kadru pasjonaci filmu, którzy obejrzeli go setki razy w poszukiwaniu ukrytych smaczków, znaczeń i szczegółów widocznych na szóstym planie. Po seansie ma się wrażenie, że nasz mózg został właśnie psychodelicznie zgwałcony.

I nie ma znaczenia, jeśli do filmu podejdzie się sceptycznie – tak jak i ja do niego podszedłem. Wiadomo, że jak coś bardzo się chce znaleźć to się to znajdzie i nie mam wątpliwości, że większość rzeczy odkrytych dla nas przez „Room 237” znalazło się tam zupełnym przypadkiem, nieświadomie, niezamierzenie. Ale już sama świadomość istnienia ludzi, dla których takie poszukiwania są sensem życia i pasja, z jaką opowiadają o tym, co odkryli daje z seansu prawdziwą frajdę. A kto wie, może Kubrick rzeczywiście „miał to wszystko obcykane”? Nie wierzę w to, ale udowodnić nie udowodnię, że jest inaczej. 9/10 (dałbym pewnie 10/10, gdybym lubił „Lśnienie”; jestem w dobrym towarzystwie, King też go nie lubi i z nim akurat Kubrick w filmie też się rozprawił – tu już zupełnie wiarygodnie).

***

Berberian Sound Studio

Zaczyna się genialnie. Przez pierwsze minuty filmu japa nieustannie się śmieje i uśmiech nie chce z niej ustąpić. W BSS jest wszystko, co najbardziej lubię w filmach – prosty pomysł, który sam już sprawia, że film wyróżnia się na tle innych i automatycznie stawia go w jednym rzędzie z filmami obok których nie można przejść obojętnie. Słyszysz dwa zdania na temat tego, o czym jest ten film i już chcesz go obejrzeć.

Oto do włoskiego studia filmowego przyjeżdża skryty i skromny specjalista od montażu dźwięku prosto z Wielkiej Brytanii. Ma pomóc w realizacji filmu o jeździectwie, a przynajmniej on tak myśli. Okazuje się, że tak naprawdę jest to film o nawiedzonej przez czarownice stadninie…

BSS to jeden z tych filmów o kręceniu filmów. Tym razem, ku przyjemności widza, zagłębiamy się w świat udźwiękowienia i efektów dźwiękowych. Są, najprawdopodbniej, lata 70., wszystko nagrywane na taśmy i rozpisywane na kartkach do ostatniego szczegółu (oj, do ostatniego – 16:08.01 – 16:08.05, skwierczą jajka sadzone, słoneczną stroną do góry). Nasz bohater jest czarodziejem od połączenia ścieżek dialogowych, soundtracku, efektów dźwiękowych i wszystkiego tego, co tworzy audioklimat filmu. Dzięki ciekawemu przekazaniu dźwiękowego problemu nie tylko poznajemy, jak to się robi(ło), ale także rozumiemy, ile dla filmu robi dźwięk. Choć na ekranie nie widzimy żadnego fragmentu postprodukowanego filmu (no widzimy świetną czołówkę), to dzięki dźwiękowi właśnie czujemy się tak jak byśmy go właśnie oglądali. Lektor z beznamiętnym głosem oznajmia, jakie właśnie sceny będą ozdabiane dźwiękami (te jego wprowadzenia to prawdziwe perełki typu: „Dziewczęta uciekają mrocznym tunelem pod akademią, nie wiedząc, że złożone zostały w nim gnijące szczątki ofiar”), aktorki próbują krzyczeć „po włosku”, co wcale nie jest takie proste, a dwóch absolutnie uroczych magików od efektów dźwiękowych masakruje na ekranie wszystkie znane nam warzywa. Ekstra.

Co jednak, gdy nacieszymy się już tymi wszystkimi wspaniałościami? Tutaj w państwie duńskim pojawia się kłopot. Coraz częściej łapiemy się na tym, że przygotowywany film jest chyba ciekawszy od tego o jego przygotowaniach. Zaczynamy się nudzić obserwując wpadającego w paranoję dźwiękowego montażystę, który wychowany przy mamusi i ilustrujący filmy przyrodnicze jest coraz bardziej przerażony i zniesmaczony okropnościami włoskiego horroru, który zmuszony jest oglądać. Film nie idzie jednak w stronę Evil Eda, gdzie cenzor filmowy z tego samego powodu zaczyna masakrować wszystkich dookoła. Idzie w stronę bardziej metafizycznych tonów, które być może komuś odpowiadają, ale mnie coraz częściej zmuszały do ziewania i zupełnej obojętności na zrozumienie tego, co oglądam. Wszystko zlało się w psychodeliczną papkę, przy której odliczałem minuty do The End.

Nie tego spodziewałem się po tak znakomitym początku, dlatego z przykrością zostawiam BSS z 6/10.

***

Masks

Ostatni hołd znajdujemy nie tak daleko, bo w Niemczech. Tym razem to hołd dla kina giallo (za jaki spokojnie można też uznać BSS, choć bardziej skłaniałbym się jednak ku całości włoskiego horroru) – silnie inspirowany „Suspirią” i dedykowany w napisach trzem panom – to Mario Bava, Dario Argento i Sergio Martino (kombinowałem, kombinowałem i dalej nie jestem zadowolony z rozwiązania, którym zastąpiłem konieczność odmiany tych nazwisk ;P).

Bohaterką „Masks” jest Stella (STELLLAAA!!! STELLLAAAA!!! – nie ma przypadku), młoda seksowna dziewczyna, która chce zostać aktorką. A właściwie już nią jest, ale chciałaby być jeszcze lepsza. Pewnego dnia otrzymuje propozycję pojawienia się na naborze do tajemniczej szkoły aktorskiej, nauczającej tzw. Metody Mateusza Gduli (tak, tak, Polak! yay!). Jej początki sięgają lat 70. ubiegłego wieku i nie są zbyt przyjemne, ale Stella o tym nie wie. Dostaje się do szkoły, a tam już grasuje tajemniczy morderca ze szpadą.

A dalej to już wszystko wg wymagań gatunku. Rozpisałbym się troszkę bardziej, ale właśnie coś mi wypadło i muszę kończyć. Szkoda, nie? 😛

Oceniłem wysoko, aż na 8/10. Bo choć może na taką ocenę do końca nie zasługuje, to jednak sprawia taką przyjemność z oglądania, jakiej spodziewałoby się po takim właśnie hołdzie. Konkretnie określonym i zrealizowanym półamatorsko, na sprzęcie pożyczonym ze szkół filmowych itd., ale z pasją i wiedzą tego, co chce się osiągnąć. Nie jest to na pewno realizatorski majstersztyk jak Maniac, ba, dużo mu do niego brakuje, ale bez dwóch zdań ogląda się go lepiej niż polskie podobne próby – no to trochę na wyrost, bo za bardzo nie ma do czego porównywać, ale w zderzeniu z takim Tibi et Igni wypada o wiele lepiej.

No i brawa za podjętą tematykę – wymagało odwagi robienie filmu o szkole aktorskiej, która opracowała Metodę kształcenia kolejnych scenicznych wymiataczy tak, że widownia ich oglądająca ma łzy w oczach. Z przeciętnymi aktorami to zdecydowanie trudne.

No i drugie no i – plus za wątek polski. Teraz do listy składającej się z m.in. Freddy’ego Kruegera, Jasona Vorheesa, Michaela Myersa czy Leslie’ego Vernona można dopisać Mateusza Gdulę. Trzeba było aż Niemców, żeby można to było zrobić, bo polskie kino w temacie hołdu dla czegokolwiek…

(1534)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.