Likwidator [The Last Stand]

„The Tomb”, który za jakiś tam czas trafi na ekrany, wydaje się być coraz bardziej ciekawym projektem. Po latach przerwy w karierach większości gwiazd lat 80. doczekaliśmy się ich renesansu i powrotu do tego, co potrafią najlepiej i tego, co my lubimy najbardziej. Największy come back zaliczył Sly Stallone, a teraz jego tropem zaczął podążać Arnold Schwarzenegger. Potwierdził jednak niestety to, co podejrzewałem od dawna. Bo o ile powrót do postaci, które wszyscy kochają wyszedł Sly’owi na dobre, a i prosty acz skuteczny pomysł zebrania jak największej ilości gwiazd w jednym filmie akcji również wypalił, to już filmy, nazwijmy je, zupełnie nowe okazały się bardzo przeciętne. Niewiele różniące się od schyłkowych „Detoksów” i innych „Eraserów”. Najpierw Sly i jego „Bullet to the Head” nie wyróżnił się niczym szczególnym, a teraz tą samą drogą podążył „The Last Stand”. Oba chyba zresztą przepadły z kretesem w box office’ach.

No i tu dochodzimy znów do „The Tomb”, w którym Sly i Arnie zagrają w końcu razem („Niezniszczalnych” nie liczę). Czy będzie to ostateczny dowód na to, że nic oryginalnego już z ich strony nas nie czeka? Klapa dla Arniego może oznaczać definitywny koniec. Sly jeszcze trochę wytrzyma póki franczyza na „Niezniszczalnych” się nie wypali. I to w sumie sprawiedliwe, bo jego powroty do ról Rambo i Rocky’ego były naprawdę bardzo dobre i jednoznacznie udowodniły, że w wiecznej wojnie Sly Vs. Arnie górą pod każdym względem jest ten pierwszy.

Nie, żebym życzył Arniemu źle. Czekałem na ten film z dwóch powodów. On był pierwszym, a drugim reżyser importowany z Korei – Jee-woon Kim. I miałem szczerą nadzieję, że nie skończy się tak jak podpowiadał rozsądek. No ale się skończyło – zawiedli obaj. Arniemu przerwa od aktorstwa przeszkodziła bardzo (nigdy nie był wybitnym aktorem), a Kim skończył tak jak większość zagranicznych reżyserów w Ameryce – zupełnie zagubiony. Bo „The Last Stand” miał w zasadzie wszystko co potrzeba, żeby być wystarczająco cool dla widza, który oczekuje rozpierduchy i niczego więcej, a jednak ostateczny efekt wypadł blado. I zrzucam to właśnie na barki reżysera (głównie) i głównej gwiazdy (mniej, bo on miał tylko rozpierduchować jak mu reżyser każe).

Fabuła. Nie mam zielonego pojęcia po co w tym filmie ten superszybki samochód, zabijcie mnie. Olewam więc go, bo potrzebny jak konfesjonał w burdelu. Zostaje więc narkotykowy boss, który po ucieczce z siłospecjalnego konwoju zmierza prosto do Meksyku. Zanim tam jednak dotrze będzie musiał zmierzyć się z praworządnym szeryfem Arnoldem i jego powołanych na poczekaniu zastępców.

Fabuła klasyczna, po co więc ją „uatrakycjniać” jakimiś samochodami? (Się uparłem). Wykonanie natomiast takie sobie z paroma fajniejszymi przebłyskami w postaci krwi i flaków. Zbyt mało jednak tych przebłysków, żeby być w pełni usatysfakcjonowanym. Do tego wszystkie nienaoliwiony Arnie rzuca strasznymi sucharami (bodaj ani jednego onelinera) i wszystko sprawia wrażenie całkowicie wymuszonego. Ani naszych obrońców nam nie żal i niech tam sobie giną, co tam, ani też diaboliczni gangsterzy wcale diaboliczni nie są. Wszystko takie przeciętne i średnie. Jak i moja ocena: 6/10.

Nie mam wątpliwości, że mogło być lepiej. Może byłoby, gdyby reżyser mógł być całkowicie niezależny – może i był, ale szczerze i mocno w to wątpię. Ale nawet przy braku niezależności miał przecież wszystko co potrzeba – wyższą kategorię wiekową i naprawdę bardzo ciekawą obsadę – obok Arniego Peter Stormare, Eduardo Noriega, Forest Whitaker, Rodrigo Santoro, Zach Gilford (Saracen z FNL :P), Johnny Knoxville, Luis Guzman… Obsada, że daj Boże zdrowie! Nie wyszło.

(1525)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.