Top 10 filmów, które widziałem ostatnio

Żartuję, nie będzie kolejnego rankingu 😛 Pomyślałem jedynie, że wezmę dziesięć ostatnio obejrzanych filmów, które nie doczekały się recki na Q-Blogu i ułożę je od najgorszego do najlepszego. Taki sprytny jestem. I może zostając przy rankingowym metrażu filmowpisu w końcu uda mi się rzeczywiście tylko dwa słowa o filmie napisać?

Aiyyaa 5/10

Jedno z dwojga: albo ja dawno nic nie widziałem z Rani Mukherjee, albo Rani dawno w niczym nie grała. Obstawiam raczej to drugie, choć i to pierwsze też się zgadza. A jeśli to drugie, to nie wybrała sobie najlepszego filmu na powrót na duży ekran. A i owszem, zdominowała sobą cały film, ale było to raczej na obraz i podobieństwo przysłowiowego jednookiego w krainie ślepców.

Sam pomysł na film jest całkiem w porządku i nic do niego nie mam. Główna bohaterka namiętnie ogląda Bollywoody i chyba marzy o tym, żeby zostać gwiazdą filmową. A że ma swoje lata to rodzina za wszelką cenę pragnie znaleźć jej męża. Nasza bohaterka musi więc lawirować między jednym a drugim absztyfikantem w poszukiwaniu prawdziwej miłości, która szybko trafia się w postaci jakiegoś mośka-herosa prosto z Tamil Nadu. Kolesia opryskliwego i niemiłego. Wielkiego artysty.

Natomiast wykonanie okropne. Pełno jakichś śmiesznych inaczej postaci, które może i Hindusów śmieszą, ale mnie i Aśka nic a nic. Przewijaliśmy od połowy, żeby zobaczyć jak się to skończy, ale i koniec był denny. Ogólnie więc denny film, którego jedynymi promykami są Rani, dużo kolorów i teledyski do piosenek. Bo same piosenki, poza pomysłową taminglishową, sztampowe.

40 lat minęło [This Is 40] 5/10

Judd Apatow kiedyś został obwołany nadzieją współczesnej komedii, a jego gang zdominował komediowe ekrany na dłuższy czas. Potem obudziła się w nim ambicja i zrobił coś na granicy komedii, a obyczaju (Funny People) aż w końcu transformacja zatoczyła pełne koło i zrobił to coś. Zbyt obyczajowe, by być komedią i zbyt komediowe by być obyczajem. Dziełko, które utknęło między facetem siedzącym na kiblu, a filmem, który ma do przekazania jakąś Prawdę Objawioną.

Wg zapowiedzi miało to być coś na obraz i podobieństwo sequelu Wpadki, ale ten kto to wymyślił z pewnością nie ma żadnych przyjaciół.

Klozetowy humor, który skutecznie udawało się Apatowowi przemycać do swoich poprzednich filmów tym razem za bardzo uwiera, żeby go usprawiedliwić. Człowiek chciałby się pośmiać, ale nie ma z czego. Człowiek chciałby pokiwać ze zrozumieniem, ale jeszcze nie ma 40 lat i nie kuma? Taaaa… Nawet się nie nudziłem, ale obejrzałem go z zainteresowaniem człowieka w śpiączce.

Hollow 6/10

Lubię found footage’e (sam to wymyśliłem z tym apostrofem!). Głównie dlatego, że mnie straszą. Taki już jestem, że mam chyba za bardzo rozbudowaną wyobraźnię i empatię, że wystarczy, że kamera patrzy 10 sekund w ciemność, a ja już przymykam oczy i przyciszam dźwięk w słuchawkach. Z tego względu ff’e mają ze mną dobrze, bo praktycznie zawsze budzą moje emocje.

Te lepsze budzą też zainteresowanie, a te gorsze już niekoniecznie. „Hollow” bliżej tej drugiej podkategorii, choć nadzieja była na więcej. Zawiązanie fabuły nr 7: Czworo młodych ludzi jedzie na weekend do domku na wsi.

Domyślacie się co dalej. Stare angielskie legendy, opuszczone kościoły, tajemnicze drzewo obecne na rycinach od stuleci… No i zagmatwane relacje pomiędzy czworgiem naszych bohaterów, które sprawiają, że całość ogląda się z zainteresowaniem topiąc się w gestym klimacie niewiadomego i nieuniknionego. A potem jest już niestety sztampowo i już do końca filmu człowiek się zastanawia, czemu nie spakowali walizek po pierwszych dwóch nocach i nie pojechali w pizdu z powrotem.

Die Vierte Macht aka The Fourth State 6/10

Typowy film, który z każdą minutą robi się coraz gorszy, ale nie spada aż tak nisko, żeby ciąć się żyletką.

Niemiecki dziennikarz przyjeżdża do Moskwy, by postawić na nogi plotkarskie pismo. Tu poznaje Kasię Smutniak, która nie wiedzieć czemu okazuje się Czeczenką. A potem to już jest o tym, jacy to ruscy są be.

Ups, opowiedziałem cały film 😛 Niemiecka produkcja na obraz i podobieństwo political thrillera połączonego z filmem więziennym. Dzieje się sporo, Kasia Smutniak jest ładna, a Moritz Bleibtreu się stara, ale po intrygującym (choć nazbyt telewizyjnym) początku przychodzi zawód i zwątpienie, czy aby na pewno dowiedzieliśmy się czegoś niespodziewanego?

Dabangg 2 7/10

20 minut do końca seansu mi zostało, ale nie ma szans, aby wydarzyło się w tym czasie coś, co zmieni moją ocenę. Zresztą i tak już tylko będą się naparzac i lać po ryjach, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości.

Indyjski superglina, Chulbul aka Robin Hood aka Kung Fu Pandey powraca. Po wybuchowej jedynce, która obudziła w skostniałym od romansów świecie Bollywood ducha południowego kina akcji, ten moment musiał przyjść i przyszedł szybko. Chulbul przeniósł się do większego miasta i, zgadnijcie co, w nim też są przestępcy. Jest więc kogo po ryju ładować, a i finałowy boss łatwy nie będzie, bo to w końcu Prakash Raj. Prakash, który po rolach dziadków z alzheimerem wrócił do tego, w czym sprawdza się najlepiej – do ról skurwysynów.

Choć jak na standardy indyjskie film nie jest długi (leciutko ponad dwie godziny) to i tak za dużo w nim jest gadania i przynudzania, żeby dać więcej niż 7. Miałem nadzieję, że skumulowanie piosenek w pewnym momencie robi miejsce do ciągłej nawalanki po intermissionie, ale niestety tak się nie stało. Były kolejne piosenki, wśród nich nawet jedna z Kareeną Kapoor.

Ale i tak parę niezapomnianych scen i tekstów tu jest. No i świetne napisy początkowe. Uczcie się nasze polskie patałachy!

Kryptonim: Shadow Dancer [Shadow Dancer] 7/10

Na pierwszy rzut oka dość spora nuda, która jednak ma w sobie coś takiego, co przytrzymało mnie przy ekranie. Pewnie dlatego, że lubię takie historie z życia wzięte. A że to życie w bojówce IRA, to nie ma mowy o oglądaniu „Plebanii” po powrocie z fabryki.

Główna bohaterka filmu w dzieciństwie była świadkiem śmierci swojego brata z rąk wrednych angielskich okupantów. W wyniku czego została irlandzką bojówką (nie mylić z bojówkami), która łazi do subwaya z wybuchowym plecakiem. Kiedy podczas jednej z takich akcji zostaje pojmana, najlepiej przeklinający aktor świata Clive Owen proponuje jej deal nie do odrzucenia.

Rzut oka na czas nieodległy wstecz i dwie strony niegasnącego irlandzko-angielskiego konfliktu. Odsłaniający kulisy pracy wywiadowczej i ciężkiej orki na brytyjskim ugorze lekko obyczajowy film, który w historii kina się nie zapisze, ale jest ciekawy. I to mi wystarczy.

Zombie SS [Dead Snow] 7/10

Dziwna historia. Nie, nie w filmie. Na „Dead Snow” czekałem od pierwszych zapowiedzi, ładowałem zwiastuny gdzie popadnie i nie mogłem się doczekać na premierę. A gdy się w końcu pojawił, to obejrzałem go dopiero wtedy, gdy Tommy Wirkola zdążył już nakręcić kolejny film. W Hollywood, co tylko potwierdza moją teorię, że najlepiej się tam dostać kręcąc krwawy horror.

A właściwie komediohorror, bo nikt tu nie udaje, że to wszystko jest tak na poważnie. Oto głęboko pod sniegami middleofnowhere’owa śpią sobie zamrożeni zombie-żołnierze Wehrmachtu, którzy pewnego dnia się budzą i… Zawiązanie fabuły nr 7: Piątka młodych ludzi jedzie na weekend do domku w górach…

„Dead Snow” nie przypadł mi do gustu tak jak myślałem, że mi przypadnie. Właściwie nie mam do niego zastrzeżeń, bo jest taki, jaki miał być, a mimo to nie zauważyłem tu tego specyficznego funu, który w fajowych filmach ma się w momencie, gdy komuś odcinają rękę czy wyciągają z bebecha jelita. Jest sporo nawiązań do popkultury (jeden z bohaterów to fan filmów), jest dużo krwi (bryzgającej raz lepiej, a raz gorzej), jest w miarę dużo czarnego humoru, ale w efekcie nie powstał film, który można by włożyć do szufladki „Słuchaj, stary, musisz to zobaczyć!”.

Tyranozaur [Tyranossaur] 7/10

Swego czasu było głośno o tym filmie, który przetoczył się po festiwalach i zyskał sobie sławę jednego z lepszych brytyjskich filmów roku, ale powiem szczerze: nie wiem, skąd te zachwyty. To znaczy to dobry film jest i zostaje w pamięci, ale arcydzieła w nim nie dostrzegam. Cóż, może po prostu miał słabą konkurencję.

„Tyranossaur” to brytyjska wersja… Poradnika pozytywnego myślenia (nie wiem co było pierwsze, bo w końcu w grze jest jeszcze książka, a aż tak bardzo sprawdzać mi się nie chce). Oczywiście to tylko i wyłącznie moje spostrzeżenie, którego potwierdzenia wśród twórców obydwu filmów raczej nie znajdziecie, ale podobieństwo wydaje mi się oczywiste. Przynajmniej jeśli chodzi o fabułę, bo wykonanie „Tyranozaura” jest nieporównywalnie cięższe.

Starszy facet z problemem kontroli gniewu spotyka kobietę z problemem posiadania męża-skurwysyna. Nawiązują dziwną relację, która wpłynie na życie obojga… Trudny i mroczny film, który, paradoksalnie, nie zostawia widza z poczuciem wszechogarniającej beznadziejności. I to chyba jego największa zaleta.

Cropsey 8/10

Niespecjalnie mnie dziwi, że na szczycie nierankingu znalazły się dwa filmy dokumentalne (SPOILER). Lubię filmy dokumentalne.

Dwoje filmowców postanawia sprawdzić co kryje się za jedną z miejskich legend, którą byli straszeni w dzieciństwie. Okazuje się, że kryje się za nią real-life Freddy Krueger.

Chyba każda okolica na świecie ma jakieś swoje mroczne tajemnice. Ludzi, o których się nie wspomina, domy, do których się nie wchodzi, historie, które wcale nie są wymyślone, choć na takie wyglądają… Nie inaczej jest na Staten Island, gdzie od lat grasuje miejscowy boogeyman – tytułowy Cropsey. Jego historię poznajemy podążając smutnym śladem zaginięć dzieci, które miały miejsce w latach 80. Idąc tym tropem odwiedzamy razem z kamerą ponure i zapomniane przez Boga miejsca, wśród których jest cieszący się wątpliwą sławą instytut dla dzieci niedorozwiniętych i upośledzonych. A raczej to, co z niego zostało.

Historia z gatunku tych, które uświadamiają nas, że tak naprawdę nigdy nie można czuć się zupełnie bezpiecznym, a to co wydaje się, że jest gdzieś tylko na ekranie telewizora, okazuje się, że jest wcale nie tak daleko. Może nawet za rogiem. Nakręcona VHS-em, co tylko dodaje jej grozy i klimatu.

5 rozbitych kamer [5 Broken Cameras] 8/10

Tegoroczny kandydat do Oscara. Zapis kilku lat w małej palestyńskiej wiosce leżącej nieopodal wdzierającego się buldożerami w palestyński teren Izraela. Razem z właścicielem tytułowych kamer jesteśmy świadkami historii, która wciąż dzieje się tuż pod naszym nosem i oporu, jaki mieszkańcy wioski toczą z izraelskim agresorem. A całość przeplata się z obyczajowymi wstawkami, dzięki którym bliżej poznajemy autora zdjęć i jego rodzinę.

I właściwie tyle, bo trudno tu mówić o jakimś arcydziele dokumentalnej narracji. Owszem, połączenie amatorskich nagrań palestyńskiego chłopa wymagało pomysłu i umiejętności (dokonał tego izraelski dokumentalista, co tylko otworzyło drogę do niekończących się dyskusji na temat tego pro kto jest właściwie ten film), ale główną siłą „5 Broken Cameras” jest to pozytywistyczne lustro, które ówcześni stawiali na środku ulicy. Jego rolę pełnią tu kamery postawione w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Tylko tyle i aż tyle.

(1511)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.