Yuma

– Wiesz, co jest najgorsze?
– No?
– Jak cię rekin wpierdoli.

Nie mam większego pojęcia czym kierowali się recenzenci porównujący „Yumę” do „Kaca Wawy” (mignęły mi takie porównania na HP Gazety; wiem, zapewniły klikalność, ale na chwilę załóżmy, że żyjemy w świecie bez klikalności), ale – choć nie widziałem jeszcze „Kaca Wawy” – z pełną świadomoscia i odpowiedzialnością za swoje słowa mogę napisać, że mają nierówno pod sufitem. Albo po prostu nie wiedzą, co oglądają, a krytykami zostali po znajomości. I po raz nie wiem już który cieszę się, że nie muszę oglądać się na opinie „krytyków” i innych filmooglądaczy, a przy wyborze repertuaru kieruję się swoim rozumem i, ho ho, doświadczeniem. I myślę, że życie w świecie, w którym byłbym skazany na opinie innych i od nich uzależniałbym swój wybór seansu, byłoby prawdziwą torturą. Dlatego szczerze współczuję wszystkim tym, którzy przed seansem klikają w Internet, żeby dowiedzieć się czy warto coś obejrzeć czy nie.

Oczywiście usprawiedliwiam tych, którzy po opinię przyszli tutaj, bo jak wiadomo, ja to przynajmniej wiem, co piszę ;))

Nie powiem, że trochę się nie zasugerowałem tymi opiniami wypatrzonymi kątem oka. Przez chwilę nawet zgłupiałem na tyle, żeby pomyśleć: „ech, no i zapowiadał się fajny film, a jak zwykle wyszła kicha”. I do kina poszedłem trochę po to, żeby zacząć reckę tak: No to już wiemy, dlaczego promowano ten film w stylu „Sin City” – gdyby promowano go takim, jaki jest, to nikt by do kina na niego nie poszedł.

Zacząłem inaczej, więc już wiecie, że tak, podobało mi się. „Yuma” to bardzo fajny film. 8/10.

Przygraniczne miasteczko na przełomie transformacji ustrojowej. Młodzi i zaradni Polacy wyjeżdżają na chwilę do położonego nie tak daleko Frankfurtu. Tam kradną, ile wlezie czyniąc po powrocie życie swoje i znajomych nieco bardziej kolorowym. Wśród tych zaradnych Polaków jest trzech przyjaciół, którzy dni spędzają na marzeniach o „adasiach”. Zachłyśnięci urokami tytułowego jumania coraz bardziej wchodzą w świat bezwzględnych przestępców i ruskich gangsterów. No, głównie ruskich gangsterów.

„Yuma” to film z gatunku, który lubię najbardziej. Wraz z kamerą towarzyszymy kilku bohaterom począwszy od ich wczesnej młodości, aż po wiek nieco bardziej dojrzały. W młodzieńcze marzenia, miłostki i po prostu zwykłe życie wkracza z buciorami dorosłość i coraz dłuższe macki przestępstwa, za które wkrótce będzie trzeba zapłacić. I choć „Martwi prezydenci” to nie są, to i tak uważam, że twórcy zrobili dobrą robotę. Jest sporo rzeczy, których można się czepiać, ale ogólnie wychodzi na duży plus. A chyba szczególnie fajnie ogląda się „Yumę” komuś, kto wchodził w dorosłość w okolicach 89 roku. Może wrócić wspomnieniami do „dawnych czasów”, a świat przedstawiony w filmie jest na tyle autentyczny, że brawa należą się za odtworzenie na ekranie tamtego świata. To już nie Ile waży koń trojański, w którym za „przeszłość” robi dżinsowa katana i maluch (wiem, powtarzam się).

Skojarzenia z kultowym westernem wychodzą dalej niż tytułowa gra słów i ostatni film wyświetlany w małomiasteczkowym kinie. O wiele więcej ich w zdjęciach, muzyce, sposobie filmowania. Niemal pustynne krajobrazy pojawiają się tu dość często i trzeba przyznać, że dobrą robotę odwalili operator i ten ktoś odpowiedzialny za plenery. Akcja filmu dzieje się na zadupiu i zadupie oglądamy. Obrazowi towarzyszą westernowe melodyjki grane w tle bądź gwizdane przez bohaterów, a główny bohater Zyga (Gierszał w kolejnej dobrej roli, choć bez jakiegoś specjalnego szału; kamera go lubi, a on jej nie zauważa, ale chyba jednak na miano Jamesa Deana trochę jeszcze powinien poczekać; szczególnie, że nie wszędzie jego emo-wzrok jest potrzebny i pasuje) często filmowany jest jak kowboj idący na pojedynek. Pod względem wizualnym naprawdę nie ma się czego przyczepić. Scenografia Zadupiowa nie razi sztucznością (na siłę na pewno można się czegoś przyczepić, ale nie wiem po co, bo komu przeszkadza naklejka Przewozów Regionalnych gdzieś tam w tle pociagu, czy iglaki na plebanii – moda na iglaki przyszła chyba później :) ), a bohaterowie filmu (pomijając zbyt nowoczesną grzywkę wystającą spod czapki Gierszała 😉 ) nie przypominają współczesnych nastolatków. Rekwizyty, kostiumy et cerata zgrabnie dopełniają całości i mogę śmiało napisać, że na te dwie godziny przenosimy się do świata przełomu lat 90.

Wszystko dobrze, więc co jest nie tak? Nie zdziwi pewnie nikogo, że dopracowania wymagałby scenariusz. Trudno w polskim kinie o scenariusz, któremu nie można by dołożyć paru zarzutów i z „Yumą” jest podobnie. Nie na tyle, żeby położyć cały film, ale chyba trzeba mieć trochę sympatii do tego filmu i dobrej woli, żeby dopowiedzieć sobie to i owo i uznać tę historię za opowiedzianą tak jak należy. Bo w rzeczywistości panuje tu lekki chaos, a postaci pojawiają się i znikają, kiedy to potrzebne fabule bez patrzenia na wszystko inne. Szczególnie demoniczny Tomasz Kot robi tu za takiego herolda złych wiadomości po ogłoszeniu których znika na dłuższy czas zostawiając samym sobie wprawione w ruch konsekwencje. Całkowicie zmarnowana też została, i to mnie najbardziej boli, postać Bajaderki (przekonuję się drugi raz po Cudownym lecie, że fajna ta Helena Sujecka :) taka trochę polska Scarlett Johanson w niektórych ujęciach; nie wiem czemu Zyga wzdychał do rudej), która w pewnym momencie znika bez słowa, a potem pojawia się, jak wyrzut sumienia scenarzysty, który zapomniał o jednej ze swoich postaci. Zresztą to samo można powiedzieć też o ww rudej i uratowanym na początku niemiaszku (najsłabszy element fabuły moim zdaniem). Pytań bez odpowiedzi jest zresztą więcej. Czemu Zyga robił za Robin Hooda? Czemu z sympatycznych chłopaków Młot i Kula (wg mnie aktor ciekawszy niz Gierszał – Krzysztof Skonieczny; szkoda, że scenariusz nie dał mu szansy błysnąć bardziej) „zamienili się” w półmózgich baseballi (nic tego nie zapowiadało, a Kula to w ogóle w prologu wyglądał na przyszłego naukowca)? Dlaczego „nie dopracowano” Rysia? WTF z tym zakończeniem w lesie? Itd. itp.

Z minusów trzeba też popsioczyć na standardowo w polskim kinie spaprany dźwięk i brak napisów przy rosyjskich kwestiach Kota. Ja wiem, że mówił najprostszym z możliwych językiem, ale nie wszyscy chodzili do szkoły pod koniec lat 80. i nie wszystkim dane było uczyć się ruskiego. Brakło też trochę starych polskich piosenek, których można by tu poużywać, że hej.

Ogólnie jednak wychodzi na duży plus i nie słuchajcie pierdół wypisywanych tu i tam. Lećcie do kina póki zdążycie, bo ludzie jeszcze uwierzą w te złe recenzje i nie pójdą do kina, a film zdejmą równie szybko jak… „Kac Wawę”. Ha! Jeśli już to tylko tak można porównać „Yumę” do „Kac Wawy” 😛

(1417)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.