Prometeusz [Prometheus]

Bardzo, ale to bardzo dobrze zrobiłem, że przed seansem przypomniałem sobie „Obcego” i połowę dwójki. Dwójka przypomnienia nie wymagała,bo znam ją w miarę dobrze, ale jedynkę powtórzyć musiałem koniecznie, bo pamiętałem z niej tyle, że mi się nie podobała. Za późno ją widziałem, za bardzo podobała mi się dwójka, którą widziałem dużo wcześniej, za duże oczekiwania po tej klasyce miałem ergo wynudziłem się. No i na powtórce wynudziłem się również. Przy czym, broń mnie Panie Boże, nie uważam, że to film zły. On tylko mnie nudzi. No ale mniejsza z tym, bo to nie o tym jest recka. Mimo wynudzenia cieszę się, że film Scotta sobie powtórzyłem, bo miał z „Prometeuszem” więcej wspólnego niż widziałem tu i ówdzie w opiniach pofilmowych czytanych, co zrozumiałe, z zamkniętymi oczami ze względu na strach przed spoilerem (nie ma się czego bać, wiele tu zaspoilerować nie można, a na pewno nie tak, żeby cierpieć jak przy „Szóstym zmyśle”).

Od początku „Prometeusz” miał być prequelem „Obcego”, potem się to zmieniało aż w końcu film miał być tylko osadzony w uniwersum „Obcego”, ale niewiele więcej miał mieć z nim wspólnego. A tuż przed premierą „Prometeusza” dotarły do mnie wieści, że w zasadzie to nawet lepiej nie znać „Obcego”, bo coś tam. Etam. „Obcego” znać trzeba, bo „Prometeusz” to nie tylko podobne uniwersum. Powiązań między jednym a drugim jest wiele, a sam film można śmiało nazywać prequelem. Choć ja myślę, że to było tak – ktoś napisał scenariusz „Prometeusza” jako pełnoprawny prequel, a potem przyszedł ktoś inny (producent?) i powiedział, że nie ma co robić tego jako jeden film – rozbijmy to na trzy filmy, więcej zarobimy! I jak postanowili tak z(a)robili. Ucierpiał na tym jednak scenariusz, bo jeden film rozwleczony na siłę do trzech nigdy nie będzie dobry (o ile oczywiście mam rację, bo – straszne – mogę jej nie mieć :) ). Zapanował scenariuszowy chaos, którego nie zdołało uratować pójście po paru łebkach. Bo nie ma się co oszukiwać, jest w scenariuszu „Prometeusza” chaos. Ale.

Wystarczy poczytać kilka z brzegu opinii o filmie Scotta, by natknąć się w nich na powtarzany od jakiegoś czasu jak mantra zarzut: scenariusz „Prometeusza” pełen jest dziur i w ogóle jest bezsensowny. Kilka dni temu już nieśmiało sugerowałem, że „scenariusz pełen jest dziur” albo „ale to głupie” napisać może każdy, ale wypadałoby jeszcze tę wypowiedź uzasadnić. Przeważnie próżno jakichkolwiek uzasadnień szukać. Wielu jedzie po „Prometeuszu” równo waląc banałami na lewo i prawo. Na szczęście jest parę osób, które swoje zdanie o plothole’ach i bzdurach uzasadnia. I tak powinno być, niezależnie od tego, co myślę o argumentach. A myślę, że są mocno przesadzone. Z kilkoma już popolemizowałem tu i ówdzie, a jak ktoś ma ochotę, żebym z nim popolemizował tutaj, to niech da znać w komentarzach. Bo poczułem chęć, by bronić „Prometeusza” przed w większości wydumanymi zarzutami. Zdaję sobie sprawę, że wszystkich nawet przy dobrej woli nie jestem w stanie naprostować, ale z kilkoma na pewno jestem w stanie powalczyć. Szczególnie, że sporo jest dla filmu po prostu niesprawiedliwe.

Aż tak wielu dziur to w „Prometeuszu” nie ma. Owszem, są (np. załoga po burzy idzie sobie wiadomo gdzie, David pląta się gdzie indziej w tym wiadomogdziewiu i choć bardziej przydałby się załodze to nikt nawet się nie zapyta: hej, a gdzie David?), ale sporo z nich to bardziej uproszczenia niż dziury. Uproszczenia, to prawda, denerwujące (bo denerwujące są rzeczy, które naprawdę łatwo można było naprawić), ale dające się wytłumaczyć w ten lub inny sposób. Piszę ogólnikami, ale nie chcę spoilerować. Scenariusz jest naiwny (strzelba w pierwszym akcie, sporo zbiegów okoliczności tłumaczących niewygodne fragmenty dalszego rozwoju fabuły itd.), ale na taki ogólnoświatowy hejt nie zasługuje. Są głupsze filmy. Decyduje chyba ogólne nastawienie do filmu – jak ktoś bardzo chce sobie dworować z flecika to ma do tego pełne prawo, bo twórcy filmu wystawiają się w tym przypadku na łatwy strzał.

Trochę dziwnie mi bronić tego filmu, bo jakoś specjalnie mi się nie podobał (7/10), ale poczułem się wywołany do tablicy przez cruel world, który nie wiedzieć czemu postanowił wyładować swoje frustracje na „Prometeuszu”. Szczególnie, że w często chybiony sposób. A czemu mi się jakoś specjalnie nie podobał? Bo był dość nudny długimi momentami, choć ta nuda rekompensowana była wspaniałym wykonaniem wizualnym. I przede wszystkim dla niego warto w kinie zawitać. Ja oglądałem w IMAX-ie, choć nie sądzę, aby w każdym innym kinie było gorzej. To prawdziwy wizualny spektakl dopracowany w niemal każdym calu (niemal, bo np. te krwiożercze glisty średnio udane były) i korzystający z możliwości, jakie daje poważnie traktowane kino science-fiction (a przynajmniej taki był zamiar ;P), w którym wybuchy i statki kosmiczne strzelające laserami nie są najważniejsze. Prawdziwa przyjemność dla oczu.

Marna to obrona filmu, w której jest kręcenie nosem, ale cóż począć. Nie będę udawał, że jestem zachwycony, bo nie jestem. „Prometeusz” to w zasadzie nie tylko prequel, ale i remake „Aliena” (wiele zbieżności fabuły) uzupełniony o lekturę książek Danikena. Zastrzeżenia mam też do obsady – jej gwiazdy (Rapace, Theron) robiły wszystko, żeby przekonać widza, że też są robotami. Widać pozazdrościły roli Fassbenderowi, a nikt im nie powiedział, że grają w tym filmie ludzi (z drugiej strony któż to może wiedzieć, co przyniesie dalszy rozwój fabuły, którego pewnie się doczekamy). Reszta obsady była znanym z seriali dodatkiem. Aktorsko po raz kolejny w swojej karierze wszystko co najlepsze zgarnął ww. Fassbender, który nie ma tu żadnej konkurencji.

Chyba czas na podsumowanie, bo się zamotałem klikając podczas pisania tu i ówdzie w net na strony w ogóle nie związane z „Prometeuszem”. Film Scotta nie jest tak zły, jak o nim mówią. Ma swoje słabe punkty i parę rzeczy, do których nie wypada się nie przyczepić, ale większość z nich rekompensuje warstwa wizualna, która – dla odmiany – nie jest tu po to, żeby grać pierwsze skrzypce (jak np. w „Transformersach” – wsio rawno fabuła, ważne, żeby było widowisko), ale po to, żeby wspierać fabułę jakakolwiek by ona nie była. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ta fabuła nie była taka błaha i chaotyczna w porównaniu do tego, jakie zamiary (co wynikało ze zwiastunów i zapowiedzi) mieli jej twórcy.

(1414)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.