Act of Valor

Tegoroczny laureat Złotego Goebbelsa na Festiwalu Filmów Propagandowych w Mińsku…

Jeśli jednak komuś przyszłoby do głowy obejrzenie tego filmu (czego, od razu mówię, nie odradzam), to należy wziąć poprawkę na to, że to właściwie dwa filmy w jednym. Jeden z nich do oglądania się nie nadaje, natomiast na drugi patrzy się z przyjemnością. No a przynajmniej z tym czymś, co daje widok rozciapcianych krwawo na ścianie badgajów.

Film numer 1 – typowa propagandówka sfinansowana przez amerykańskie siły zbrojne mająca na celu zachęcenie młodzieży do one big happy family Navy Seals, gdzie przeżyją przygodę życia, wyrwą się z getta, poznają przyjaciół na całe życie (a jak będą mieli pecha to na dwa tygodnie, ale z pewnością najlepsze w swoim życiu), zwiedzą świat i sprawią, że wszechświat przez kolejny dzień będzie bezpieczny. Jak więc na propagandówkę przystało, główni bohaterowie to mili ludzie z kochającymi rodzinami, pasjami siedzący wieczorem przy ognisku, grający na gitarze i uśmiechający się do żon, które patrzą na nich kochającym wzrokiem. Osobowościowe wzory, które walczą o pokój, bo ktoś to musi robić i wdzięczne krajowi za to, że nierzadko dzięki wojsku żyją na poziomie i nie muszą się o nic martwić, gdy na pół roku pojadą na wakacje gdzieś do piaszczystego kraju w Azji. Ich przeciwnicy to zaś ludzie bezwzględni, którzy tabunami mordują dzieci i torturują kobiety, których sam widz, gdyby mógł, to od razu by odstrzelił nie pytając księdza o zdanie. I jest jeszcze Dobry Wujek Wojsko, który dba o życie, zdrowie i wyposażenie naszych dzielnych wojaków. A widz nie ma wątpliwości, że miliony dolarów na nowy lotniskowiec są o wiele bardziej potrzebne niż dla tych darmozjadów w Sudanie.

Zanim zaś do filmu numer 2 to dwa słowa jeszcze o części wspólnej łączącej obydwa filmy – aktorach w rolach głównych. W „Act of Valor” postawiono na weteranów niejednego frontu – wciąż aktywnych Sealsów, a co za tym idzie trudno oczekiwać od nich umiejętności aktorskich. To trochę pogrąża zupełnie Film nr 1, bo w kilku cut scenkach, w których dwóch głównych bohaterów przerzuca się sucharowymi onelinerami, nieznośność płynąca z seansu się pogłębia.

Ale, co ważniejsze, ich umiejętności aktorskie na przestrzeni całego filmu nie są ważne. Ważne jest to, że mają za sobą lata doświadczeń w oddziałach wojska i wiedzą, co w trawie piszczy. Wiedzą, jak prawidłowo trzymać karabin, wiedzą, że zmieniając magazynek muszą krzyknąć „zmiana!”, wiedzą jak położyć zaporowy ogień (za to ja nie wiem czy ogień zaporowy się kładzie, więc może przesadziłem chcąc być mądrzejszym niż jestem), wiedzą jak szturmować dzielnicę rządzoną przez meksykański kartel narkotykowy i wiedzą, jak wskoczyć z helikoptera na łódź podwodną, żeby sobie nóg nie złamać. Wiedzą to i wiedzą o wiele więcej, a swoją wiedzą i doświadczeniem radują oko widza w Filmie nr 2, który przynosi bardzo miłe dla oka strzelaniny, akcje zaczepne i wszelkiego rodzaju militarne przygody, jakie żołnierza mogą spotkać – czy to na lądzie, czy w powietrzu, czy na wodzie. A akcjom tym towarzyszy świeżo pomalowany sprzęt bojowy, który jeździ, pływa i fruwa po ekranie, gdy tylko jest ku temu sposobność.

Na szczęście w AoV więcej jest akcji militarnych niż propagandowego pieprzenia w bambus (jasne, duch propagandy wisi nad filmem przez cały czas, ale skutecznie zagłusza go warkot karabinów maszynowych; choć nie da się z pobłażliwym uśmiechem na ustach zauważyć, że w strzelaniny wplątane jest jak najwięcej ujęć FPP, żeby młody widz zakrzyknął: „hej! to zupełnie tak samo jak w grze komputerowej! zapisuję się do wojska, jak skończę 16 lat!”), a że nakręcone są w naprawdę widowiskowy sposób to 7/10 dać warto, bo dobra strzelanka zawsze jest dobra.
(1373)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.