Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Filmowy rok 2012 uważam za rozpoczęty

Pierwsze dwa dni nowego roku za nami i już wiem, ze ciężko, oj ciężko będzie wrócić do normalnego rytmu blogowego. Ale dam radę, bo niby ja miałbym nie dać rady? Ja? JA?! Potrwa to miesiąc, pół roku, rok, ale dam radę!

No i po tym tradycyjnym przygłupim wstępie pora oznajmić, że pierwsze dwa filmy w nowym roku już obejrzałem. Nowy licznik rozpoczęty (podgląd na Q-Fejsie), choć mam wrażenie, że ciężko będzie pobić rok poprzedni, w którym obejrzałem 228 filmów. Byłoby prościej, gdybym tak zawodowo czasu nie marnował…

Pierwszym filmem obejrzanym w nowym roku był…

A Lonely Place to Die

„Obejrzanym” to trochę za duże słowo, bo większość seansu upływała mi na walczeniu z sennością. Nie była to jedynie „zasługa” filmu, ale nie powiem, żeby mi ułatwił sprawę. Bo choć filmy o wspinaczce lubię i nie widziałem jeszcze żadnego złego filmu o wspinaczce, to ten w zasadzie mógłby być pierwszy. Mógłby, gdyby był filmem o wspinaczce.

Grupa znajomych wybiera się na górską łazęgę. Będą się wspinać, będą z dala od cywilizacji, pozwiedzają Szkocję i będzie wspaniale. Plany szybko trzeba zweryfikować, gdy w dziurze w ziemi znajdują zakopaną małą dziewczynkę, Chorwatkę jak mniemają po tym, w jakim języku się do nich odzywa. Postanawiają odstawić ją do cywilizacji (co innego mieliby postanowić), co oczywiście nie będzie takie proste, bo sama się w tej dziurze nie zakopała.

Dość przeciętny film zalatujący historią z gatunku „amatorzy zrobili zaskakująco dobry film, więc dajmy im trochę więcej kasy i zobaczmy co potrafią” (i tak w istocie chyba jest, bo reżyser ma na swoim koncie dość głośny „Rise of the Footsoldier”, którego jednak wciąż nie oglądałem, więc nie będę się na jego temat mądrzył). Szczególnie widoczne to jest podczas scen wspinaczki, gdy całkiem ładne górskie panoramy przeplatają się ze scenami zagrożenia, w których główni bohaterowie mają problem i chyba zaraz zlecą w przepaść. Widać jak na dłoni, że sceny takie kręcone były na wysokości pół metra z kamerą skierowaną przez leżącego operatora w niebo.

I to chyba sprawiło, że dość sceptycznie nastawiły mnie te pierwsze minuty do ciągu dalszego. A ciąg dalszy już wcale nie był o wspinaczce tylko zamienił się w kino akcji z kilkoma mniejszymi i większymi twistami, które jednak średnio mnie już obchodziły. Działo się sporo i nie można powiedzieć, że wiało nudą (w przeciwieństwie do pierwszych minut, gdy zdecydowanie nadużywano zwolnionego tempa), ale nie ma tu nic, czego nie byłoby w setkach innych podobnych filmów. Zarówno pod względem plusów (dużo akcji), jak i minusów (głupoty i zbiegi okoliczności) gatunku. 5/10, choć uczciwie przyznam, że byłby skłonny dać 6/10, gdyby nie fakt, że zaraz potem obejrzałem „Contagion” i ten już zdecydowanie zasłużył na 6/10, a oglądało mi się go lepiej, więc nie mógł mieć takiej samej oceny. Skomplikowane, ale niezmiennie pamiętamy, że filmów poniżej 7/10 nie polecam, więc żadna różnica 5 czy 6.

No właśnie. Drugim filmem, który obejrzałem w tym roku był:

Contagion – Epidemia strachu [Contagion]

Zaczyna się z grubej rury. Kilku ludzi kicha, prycha i zdy… umiera. Okazuje się, że na mieście rządzi nowy wirus, którego zwalczyć się nie da, a to zapowiada ogólnoświatową epidemię. Do walki z wirusem rusza Centrum Chorób Zakaźnych, a czasu ma mało, bo nowy wróg rozprzestrzenia się szybko i wkrótce może być za późno.

Wśród opinii o filmie, które gdzieś mi tam mignęły widziałem pochwały dla reżysera (Steven Soderbergh), że nie boi się szafować swoją obsadą i uśmiercać znane nazwiska już na początku filmu. Wraz z nimi pojawiają się standardowe dopiski, że nie chcąc spoilerować nie ma co podawać konkretów ble ble ble. N wn cbqnz, un! Ob, żr Tjlargu Cnygebj cbżrtan fvę m svyzrz jvnqbzb whż cb mjvnfghavr, jvęp gnx ancenjqę jvryxn frafnpwn gb avr wrfg v avr zn grtb pb mnyvpmnć an xbagb cyhfój svyzh. (Dobra, zaROT13owałem jednak, bo może nie wszyscy trailery oglądają. Taki dobry jestem.)

Szczególnie że ma o wiele więcej minusów, żeby taką błahostką jak wymierające celebritisy próbować je zatuszować. Jeśli już wskazywać na jakieś elementy, dla których warto ten film zobaczyć, to lepiej skierować palcem na charakterystyczną dla Soderbergha semidokumentalną narrację, która sprawia, że film ogląda się lepiej. Od początku mamy wrażenie, że oglądamy coś, co rzeczywiście w każdej chwili mogłoby się wydarzyć, a nie jakąś SF fantazję.

Niestety, Soderbergh zaledwie prześlizgnął się po temacie i nie wykorzystał jego potencjału. Może dlatego, że nie potrafił, może dlatego, że myślał, iż głośna obsada załatwi inne sprawy, a może dlatego, że taka ogólnoświatowa epidemia to sprawa trudna do ogarnięcia w 100minutowym filmie. A chcąc pokazać wszelkie możliwe sytuacje, jakie za sobą niesie zwyczajnie brakło czasu na coś więcej poza zasygnalizowaniem problemu (porwania w celu zdobycia szczepionki, cierpiący na pragnienie sławy bloger, dramat rodzin zmarłych, przepychanki na polu CDC Vs. niezależni naukowcy itd.) i jego rozwiązanie. I w związku z tym ma się wrażenie, że wycięto jeszcze z kolejne 100 minut filmu, a gdy np. znów pojawia się Marion Cotillard widz sobie uświadamia, że oho, przypomnieli sobie o niej, że dawno jej nie było (najsłabsza postać tak w ogóle z punktu widzenia tego po co w ogóle jest w tym filmie).

Ciała dali też spece od castingu. Jude Law jako bloger albo Elliott Gould jako poważny naukowiec są po prostu zupełnie nietrafieni.

Niewykorzystany potencjał zatem. Napchali do filmu postaci, znanych nazwisk, chcieli złapać za ogon więcej srok niż zdołali uchwycić i wyszedł z tego zupełnie przeciętny film, który zaledwie prześlizgnął się po temacie. 6/10
(1299)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.