7 dni, Czarny The Devil`s Double i parę innych

Moje życie byłoby prostsze, gdybym potrafił pisać krótko o obejrzanych filmach. To znaczy potrafię, ale za każdym razem czuję, że to za mało i że powinienem więcej, bo… No bo tak. Po prostu.

No ale nic, spróbujmy po raz setny w dwóch słowach o kilku filmach napisać.

7 dni [Les 7 jours du talion aka 7 Days]

I od razu na dobry początek sam sobie w stopę strzelam, bo zaczynam od filmu, któremu dałem 10/10. Niech mnie ktoś powstrzyma!

Francuskie Kanadyjskie kino spod znaku „rape and revenge”. Zgodnie z regułami gatunku zgwałcona i zabita zostaje mała dziewczynka. Pedofil jest nieostrożny i szybko daje się złapać. Nie jest to jednak jego największe zmartwienie. Podczas transportu zostaje bowiem uprowadzony przez ojca dziewczynki – chirurga. Porywacz zawozi go do domku na odosobnieniu, gdzie w ciszy i spokoju zamierza dokonać srogiej pomsty. Skalpelem.

Mocne i surowe kino, które nie pozostawia widza obojętnym. Niemal pozbawione muzyki i ograniczone w formie nie pozwala by choć na chwilę poczuć, że to co oglądamy to filmowa fikcja. Wręcz przeciwnie – podczas seansu wszyscy jesteśmy ojcem dziewczynki i zastanawiamy się, co byśmy zrobili na jego miejscu.

Film nie daje prostych odpowiedzi, bo nie może, ale nie ogranicza się tylko i wyłącznie do samego aktu zemsty (nie dla ludzi o słabych żołądkach zresztą). Przeciwstawia różne poglądy na całą sprawę, a w postaci prowadzącego całą sprawę policjanta pokazuje też inną stronę tego samego medalu, czyli kwestii radzenia sobie ze stratą.

***

The Bang Bang Club

Prawdziwa historia grupy fotografów z RPA, którzy oczami swoich aparatów uwiecznili schyłkowe lata ery apartheidu. Docenieni za swoją pracę nie zawsze potrafili odnaleźć się w dalszym życiu.

Solidne kino dla wszystkich, którzy lubią prawdziwe historie (ja) oraz tych, którzy z przyjemnością oglądają filmy o Afryce (ja). Trudno jednak mówić o czymś więcej niż solidna robota, bo z pewnością nie jest to najlepszy ani nawet najbardziej wstrząsający film o wojennych fotografach. Jest zbyt poprawny, żeby dać mu więcej niż 7/10.

Opowiadana w filmie historia sama z siebie jest ciekawa i nie ma mowy o tym, żeby reżyserowi udało się ją obrzydzić widzowi, ale udowadnia, że sama historia i niezła obsada (Kitsch, Phillippe, Akerman) to za mało. Nawet opakowane w ładną formę. Bo choć życie pisze najlepsze scenariusze, to trzeba je jeszcze umieć nakręcić.

Przyzwoicie jednym słowem.

***

Kites: The Remix

2/10 więc to powinno udać się szybko załatwić.

Nie oglądajcie tego filmu, jeśli będziecie mieli okazję. Ktoś go nawet u nas nieopatrznie wydał nie zauważając chyba, że moda na Bollywoody się skończyła. No chyba, że chciał ją specjalnie dobić i to mu się udało.

Jedyna ciekawa rzecz związana z „Kites” jest taka, że chcąc przybliżyć Bollywood amerykańskim widzom Brett Ratner postanowił zmontować bollywoodzki film po swojemu. Skrócił go, wywalił tańce, dodał narratora z offu i stworzył opisywany remix (który obejrzałem, oryginału nawet nie tykam). Eksperyment się nie udał, co również powinno być jasnym i klarownym znakiem dla bollywoodzkich twórców, żeby przestali kręcić „amerykańskie” filmy, a wrócili do tego swojego co dobre.

Ciekawi o czym jest ten film? :) Hrithik Roshan gra tu drobnego kombinatora, który żeni się dla pieniędzy. Przypadkiem wpada w kurs kolizyjny z pewną mafijną rodziną i ma przez to całą masę kłopotów.

Przerażająca nuda skręcona z amerykańskich klisz. 2/10. Wiem, pisałem już, ale chciałem Wam to utrwalić.

***

Czarny czwartek: Janek Wiśniewski padł

Z jednej strony bałem się tego filmu (trailer nie przekonywał delikatnie mówiąc), a z drugiej miałem dobre przeczucia. Ciężko być mną.

Kronika kilku grudniowych dni w 1970 roku, kiedy to w Gdyni starło się z protestującymi robotnikami wojsko, czego bilansem było kilkanaście ofiar śmiertelnych.

Półdokumentalny (utrzymany w szarych barwach i przeplatany prawdziwymi nagraniami) zapis czasów, które przeszły do historii wraz z upadkiem Muru Berlińskiego. Świetny sposób by zobaczyć na własne oczy jak to było i zrozumieć narodziny siły, która ostatecznie zburzyła komunistyczne podwaliny. A także to, dlaczego trzeba je było zburzyć.

Polska historia wciąż zasługuje na jakieś wielkie kino i „Czarny czwartek” nic nie zmienia w tym względzie, ale jest dużo bliżej dobrego kina patriotycznego niż np. taki „Popiełuszko„. Ogląda się go z rosnącym oburzeniem i po seansie nie sposób powiedzieć „phi” i przejść do porządku dziennego. Z tego względu ode mnie 9/10, choć ma sporo mankamentów. Po pierwsze to tak naprawdę film telewizyjny. Po drugie wiele wątków, które porusza zasługiwałoby na lepsze i dokładniejsze potraktowanie. A po trzecie przydałby się większy rozmach i lepsza kontrola nad tłumem statystów (przestańcie się szczerzyć, widać was tam na tym trzecim planie!). Ale i tak jest to dobre kino ze świetnymi komuchami zagranymi przez Pszoniaka, Fronczewskiego, Garlickiego i spółkę. Aktorsko zgarnęli wszystko co było do zgarnięcia, ale chyba taki był po prostu zamysł reżysera, żeby wśród ról pozytywnych nie epatować znanymi gębami, a postawić po prostu na zwykłego szarego człowieka, który de facto obalał komunę.

***

The Devil’s Double

Chciałem załatwić tym wpisem trochę więcej filmów (już wiem, że mi się raczej nie uda), więc muszę sobie jakoś radzić. Ograniczenie siedmiu tagów na notkę nakłada na mnie konieczność opisywania filmów związanych z jednym tagiem – stąd kolejny film oparty na faktach.

Irak w przededniu wojny z Kuwejtem. Uday Hussain (Dominic Cooper) przyjmuje do pracy (upraszczam :) ) swojego sobowtóra (Dominic Cooper). Różni ich wiele. Uday jest erotycznie niewyżytym sadystą, a jego sobowtór… no właściwie nie wiadomo do końca, jaki jest, ale praca sobowtóra diabła mu nie odpowiada. Zbliżają się ciężkie czasy dla wszystkich, choć Udaya to specjalnie nie martwi i dalej żyje sobie jak król sadystów.

Ciekawy film Lee Tamahoriego, który oprócz dobrej historii oferuje nam aktorski popis Coopera, dla którego właściwie nie ma tu żadnych aktorskich przeciwników. Ciężko zarzucić też cokolwiek sprawnej realizacji i umiejętnemu odtworzeniu tamtych realiów (nie znam ich co prawda, ale oglądając film uwierzyłem, że tak było – swoją drogą zastanawiam się, dlaczego twórcy filmów o latach 80/90 znają głównie jedną piosenkę – „You Spin Me Round„). Trochę tylko może za dużo makabry – osobiście nic nie mam przeciwko niej, ale tutaj wydawała się jakaś taka wciśnięta na siłę (głównie jedna scena z jelitami, reszta do przeżycia dla każdego).

Dobra historia, dobry reżyser, dobrzy aktorzy – w takich przypadkach filmy oparte na faktach rzadko zawodzą. 8/10.

***

Luck by Chance

Trochę mi przykro w przypadku tego filmu, choć nie jakiegoś specjalnie wybitnego, że wrzucam go tu jako Bollywood. Tak samo robię z innymi Bollywoodami, ale czasem to krzywdzące, bo z Bollywoodami mają mniej wspólnego niż to się wydaje. No ale trudno.

Zapytacie od razu czy są piosenki. Ano są, ale to zbyt powierzchowny dialog, żeby na nim zakończyć sprawę.

Główny bohater to aktor marzący o sławie. Przyjeżdża z Delhi do Mumbaju i czeka na swoją szansę. Ta trafia się niespodziewanie – rola u znanego producenta stoi przed nim otworem po tym jak jedna po drugiej gwieździe zrezygnowała z projektu.

Podobnie jak „Neninthe” rzucał nam nieco światła na Tollywood od środka, tak LbC rzuca światło na kulisy Bollywood. To słodko-gorzka historia o karierze i wynikających z niej strat i korzyści. Opowieść o marzeniu, trudnej miłości itp. rzeczach, które sprawiają, że ten w długich fragmentach dramat obyczajowy powinien być strawny dla każdego widza. Nie tylko tego dziwnego od Bollywoodów 😛

Dodatkową atrakcją jest multum gwiazd (ale takie prawdziwe multum bez metafor; Aamir, Hrithik, Abhishek, Rani, Shah Rukh, Juhi itd.) oraz różnych smaczków czy to bollywoodzkich („jesteś dla mnie jak ojciec” mówi aktor do swojego prawdziwego ojca grającego tu producenta), czy klasykofilmowych („Za garść rupii”).

***

Machete Maidens Unleashed

Jedna główna myśl, jaka mi przyszła do głowy po obejrzeniu powyższego filmu i mając jeszcze w pamięci „American Grindhouse” – John Landis się marnuje w tych gościnnych występach. Ktoś powinien go zmusić do nakręcenia „John Landis opowiada o filmach”, w którym w trzygodzinnym monologu opowiadałby o kinie. Zajebiste by to było.

MMU to kolejny film reżysera „Not Quite Hollywood”, w kórym opowiedział nam o australijskim przemyśle filmowym sprzed ćwierć wieku. Tym razem Mark Hartley wybrał się na Filipiny, gdzie jeszcze wcześniej swoją mekkę znaleźli niezależni producenci filmowi pokroju Rogera Cormana, którzy za niewielkie pieniądze i z dala od wielkich studiów filmowych mogli nieograniczenie popuścić wodze swojej fantazji. A że fantazję mieli dużą…

Świetny dokument dla wszystkich miłośników kina klasy C i wielbicieli filmowych dziwactw nakręconych za 50 dolarów. Przez producenta, który nigdy nie stracił na żadnym swoim filmie. A przynajmniej tak się przechwala. 8/10

***

Delhi Belly

Jeśli myślicie, że wiecie wszystko o Bollywood i nic Was nie zaskoczy, to zapodajcie sobie „Delhi Belly”. Piosenki o obciąganiu, kupa w matrioszce, twarde członki… Bollywood XXI wieku.

Trójka nierobów i leniów patentowanych dostarcza groźnemu bandycie nie to, czego się spodziewał. A z zawiedzionymi bandytami żartów nie ma, wobec czego nasze chłopaki wpadają coraz głębiej w kłopoty, których końca nie widać.

Zupełnie niespodziewany film jak na Bollywood. Zresztą trudno o nim mówić per „Bollywood”, bo to po prostu film. Ot taki indyjski „Przekręt” troszeczkę, ale mniej poważny, a bardziej pozbawiony hamulców. Porównanie oczywiście sporo na wyrost, bo wciąż nic się nie zmienia w kwestii tego, że jeśli chcę obejrzeć normalny film to oglądam normalny film, a Bollywooda to Bollywooda. Ale DB to krok w dobrą stronę, żeby powalczyć ze stereotypem kina indyjskiego.

Filmów o tym, jak to wszystko się pieprzy w stosunku coraz bardziej piramidalnym, bo wkurzył się jakiś gangster było już multum. Ten na pewno nie jest spośród nich najlepszy, ale zobaczyć coś takiego w Bollywood to jednak spora nowość. 7/10
(1286)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl