Projekt 2000 (Część 31) Perełka Edition

“Ich własna liga” [“A League Of Their Own”]

Trwa II wojna światowa. Rozgrywki ligi baseballu zostały zawieszone w związku z pójściem w kamasze wielu zawodników. Władze ligi robią wszystko, żeby kibice nie zapomnieli o swojej ulubionej dyscyplinie sportowej. Wpadają na pomysł utworzenia kobiecych rozgrywek baseballu. Kibice początkowo są nastawieni wyjątkowo sceptycznie. Aby ich przekonać do przychodzenia na stadiony, do prowadzenia jednej z drużyn zatrudniona zostaje legenda tego sportu – obecnie pijaczyna, który do karkołomnego pomysłu nastawiony jest jeszcze bardziej sceptycznie.

Prawdopodobnie jeden z najlepszych filmów sportowych (nie przejmujcie się, że o nudnym baseballu), a już na pewno film sportowy z najlepszą możliwą obsadą. Tom Hanks i jego najdłuższe oddawanie moczu w historii kina, Geena Davis, Madonna, Lori Petty, Rosie O’Donnell, mój ulubiony Jon Lovitz… Trudno chyba o lepszą rekomendację do obejrzenia filmu niż te kilka nazwisk. Choć oczywiście to kolejny z filmów w Perełce, który prawdopodobnie każdy zna i go widział – co nie zmienia to faktu, że raczej nie odniósł takiego sukcesu jak mógłby. Może w zakochanej w baseballu Ameryce poszło mu lepiej, ale poza jej granicami nigdy nie widziałem tego tytułu na jakiejkolwiek liście najlepszych filmów (choć aż tak dokładnie to nie szukałem i bardziej opieram się na przeczuciu).

Pisząc o tym filmie nie można nie wspomnieć o autorach scenariusza: Lowellu Ganzie i Babaloo Mandelowi, dzięki którym jest on właśnie taki jaki jest. Lekki, błyskotliwy, dowicpny kiedy trzeba i wzruszający w odpowiednim momencie. Udało się im nie zagrać na patetycznej nucie i zachować dystans do opowiadanej historii, której bohaterowie są bohaterami z krwi i kości, którzy szybko zdobywają sympatię widza. Także i tego, który nie lubi filmów sportowych, choć ich lubienie pewnie podnosi jeszcze wartość „Ligi”. Mnóstwo tu słownych żartów i powiedzonek które przeszły do historii zarówno kina jak i codziennego słownictwa Quentina („Are you crying? Are you crying? ARE YOU CRYING? There’s no crying! THERE’S NO CRYING IN BASEBALL!”, czy „Wygląda pan jak kutas w czapce” – w sumie nigdy nie sprawdziłem czy to dobre tłumaczenie czy może inwencja twórcza tłumacza).

A najbardziej błyszczy tu Tom Hanks, który za chwilę dostanie dwa Oscary. 10/10

PS. Filmowi w zasadzie brakuje wad, choć gdyby ich szukać to z pewnością trzeba by napisać o beznadziejnie mdłej postaci Billa Pullmana.

***

“Modlitwa za konających” [“A Prayer for a Dying”]

Ekranizacja powieści Jacka Higginsa. Cyngiel IRA po nieudanym zamachu bombowym pragnie rozpocząć nowe życie. Aby to było możliwe musi wykonać jeszcze jeden wyrok. Świadkiem tej egzekucji jest katolicki ksiądz. Cyngiel musi znaleźć sposób, by ksiądz go nie sypnął. Inny niż zabicie go.

Tu dużo pisał nie będę, bo to jeden z filmów, który widziałem, bardzo mi się podobał, ale nigdy nie obejrzałem go po raz drugi. Przez co pamiętam tylko, że bardzo mi się podobał. Wyczyn tym większy, że w czasie gdy go oglądałem raczej większe wrażenie robiły na mnie filmy pełne akcji. A tymczasem tutaj akcji typu łubudubu, tratata było niewiele. To zatem musi oznaczać, że film ma pełne prawo do tego, by znaleźć się w tym zestawieniu. No i się znalazł.

A wątpiących niech jeszcze przekona obsada: Mickey Rourke, Bob Hoskins, Liam Neeson.

***

“Niewinny człowiek” [“An Innocent Man”]

Tom Selleck, jakiego nie znacie. O ile nie widzieliście tego filmu of koz :)

Dwaj sprzedajni gliniarze mylą adresy domów i wkraczają do nie tego co trzeba (domu nie adresu ;P). W wyniku tej interwencji ranią mieszkającego tam poczciwego Jimmiego (Selleck). Aby wyłgać się od poważnych zarzutów gliniarze wrabiają Jima w posiadanie narkotyków. Biedaczek trafia do więzienia, w którym prowadzenie spokojnego życia a’la Andy Dufresne nie uratuje mu dupska. Będzie musiał udowodnić, że nie jest materiałem na cwela, a pomoże mu w tym inny więzień (F. Murray Abraham), który również trafił do paki przez tych samych dwóch gliniarzy.

Mocne kino więzienne w reżyserii Petera Yatesa, a przy okazji świetny film zemsty. Opowieść o przeciętnym człowieku, który nagle musi sobie radzić w okrutnym więziennym świecie.  Przez tę jego normalność łatwiej się więc utożsamić z nim widzowi, przez co i film bardziej wciąga. Kibicujemy Jimmiemu i zastanawiamy się, co zrobilibyśmy na jego miejscu.

Ja osobiście po obejrzeniu tego filmu miałem ochotę pójść do więzienia. Nie dlatego, że jest tam kolorowo (filmowe więzienie jest brutalne, szczególnie jak na film z Tomem Selleckiem :) ), ale kilku takich kumpli jak ci, których dorobił się Jimmie z pewnością by się przydało w jednej czy drugie sytuacji. 8/10

***

“Wstrząsy” [“Tremors”]

A tak po prawdzie, pozostając w zgodzie z moją zasadą dotyczącą ważności tytułu pirackiego (jeśli jakiś film spodobał mi się pod tytułem, jaki miał wypisanym na kasecie z giełdy, to choćby potem oficjalnie wyszedł pod innym tytułem, to dla mnie obowiązujący jest tytuł pierwszy) – polecam film „Wężoidy”.

„Wężoidów” powstało później jeszcze kilka części, ale tylko pierwsza nadaje się do oglądania (tak naprawdę to reszty nie widziałem, ale to nie przeszkadza mi w posiadaniu opinii o ich nieoglądalności :) ). Trochę szkoda, że reszta jest kiepska, ale na pocieszenie pozostaje fakt, że jedynka jest jednym z lepszych monster moviesów, jakie przyniosła nam ze sobą X-Muza.

Oto małe miasteczko (a właściwie osadę pośrodku pustyni) terroryzuje kilka podziemnych stworów rodem z „Diuny”. Wyłaniają się spod ziemi, zjadają na co mają ochotę i sru, już ich nie ma. Do walki z tytułowymi wężoidami stoi dwóch luzackich kolesi, paranoik przeciwnuklearno-militarny oraz pani geolog/sejsmolog/łotewer (czy czym ona tam się zajmuje – grzebie w ziemi w każdym bądź razie.

Choć cały film utrzymany jest w klimacie raczej luźnym, to w ogóle mu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, to zaleta tego filmu, który od początku do końca stanowi znakomitą rozrywkę. Kilku sympatycznych bohaterów stawia czoła nieznanym stworom. Walka wydaje się być nierówna, ale stwory niech nie myślą, że będzie im prosto. Nic tylko oglądać. 9/10

***

“W martwym punkcie” [“Dead Heat”]

Zwykle się denerwuję, gdy jestem pewny, że reckę jakiegoś filmu już pisałem i wrzuciłem na bloga, a potem wychodzi na to, że mi się zdawało. W tym przypadku ta sytuacja mnie nie denerwuje, bo z przyjemnością napiszę sobie parę słów o „Dead Heat” skoro mi już tytuł w oko wpadł i jego kolej wypadła.

Jest to albowiem prawdopodobnie mój najlepszy i najbardziej ukochany film, jaki widziałem w czasach Złotej Ery Wideo. Jakiś czas temu sprawdzałem czy się nie zestarzał i nie, nie zestarzał się.

Poznajcie nowy typ przestępców. Cuchną, obłażą ze skóry, kule się ich nie imają i generalnie trudno ich zatrzymać w kryminalnym pędzie. To wskrzeszeni do życia złoczyńcy sterowani przez kogoś, nie wiadomo kogo. Śledztwo w ich sprawie prowadzi dwóch poczciwych policjantów, którzy szybko wpadają na trop maszyny do wskrzeszenia umarłych. Wkrótce jeden z policjantów ginie, ale to w niczym nie przeszkadza, żeby śledztwo dalej prowadziło dwóch tych samych gliniarzy :)

Nigdy nie przyszło mi do głowy, ani nie miałem ochoty na to, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na temat genezy powstania tego filmu, ani żeby poznać jakieś smaczki związane z jego produkcją. Myślę jednak, że to jeden z tych filmów, które należą do bardzo rzadkiego gatunku – filmów, które nie miały być niczym więcej niż tylko zabawą dla autorów i dla widzów bez ambicji do sukcesu finansowego czy też artystycznego. Owszem, udało się do jego produkcji zatrudnić kilka znanych nazwisk czy to aktorskich czy realizatorskich, ale żadnych większych ideałów i celów przed rozpoczęciem zdjęć sobie nie stawiano. I, teraz najważniejszy wyznacznik gatunku który sprawia, że bardzo mało takich filmów powstało, okazuje się, że ktoś potem wpada na ten film, o którym nigdy w życiu nie słyszał i okazuje się, że to wspaniała zabawa i kawał kina rozrywkowego bijącego na głowę wielomilionowe blockbustery pełne wymuszonej rozrywki.

W obsadzie znajdziecie wiele znanych nazwisk aktorów, którzy w zasadzie nigdy nie trafili do pierwszej ligi, choć na swoje nazwisko zapracowali. Jest Treat Williams, Lindsay Frost, Joe Piscopo, Keye Luke, są dwie ikony horroru: Vincent Price i Darren McGavin, całość wyreżyserował nadworny montażysta wielu hitów akcji Mark Goldblatt, a film napisał Terry Black, brat Shane’a „Zabójcza broń” Blacka. Wyszła wspaniała zabawa pełna humoru, onelinerów, akcji, strzelanin, gore i kaczych główek zombie. 11/10
(1144)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.