Dabangg

Nie na darmo się odgrażałem Bollywoodem, żeby teraz trywialnie wyskakiwać z jakiegoś „Black Swana” czy innych „Nude Nunsów”. Zgodnie z groźbami obejrzałem film made in India, a konkretnie tytułowy „Dabangg” („Nieustraszony”), który przeszedł pozytywnie mój test na zdatność do spożycia polegający na klikaniu w ciemno na pasek postępu filmu i patrzeniu, czy z trafionych fragmentów wyłania się coś fajnego. Z fragmentów „Dabangg”, a i owszem, wyłaniało się.

„Dabangg” to północnoindyjska podróż na południe kraju do krainy wąsatych herosów, którzy kulom się nie kłaniają, koszulki siłą mięśni rozrywają i mają jakiś firmowy myk z dowolnie wybraną częścią garderoby – w tym przypadku okularami słonecznymi. Tak, „Dabangg” to Tolly/Kollywood w wydaniu bollywoodzkim z przystankami w tej filmowej podróży w Hongkongu, a nawet w Europie, co by podebrać sobie tam myk z walką w oleju silnikowym. Choć mam wrażenie, że wcale do tej Europy po to zatrzymywać się nie musieli, bo patent ten już sobie ktoś wcześniej na południu ukradł (nie pamiętam kto, a nie chce mi się zmyślać), a Bollywood zajumało to swoim śniadym kolegom po prostu. Szczególnie, że przed nakręceniem filmu jakieś głębsze studia dotyczące południa, a konkretnie życia i twórczości Mahesha Babu, jego twórcy odbyć musieli. Studia z rozkazu Salmana Khana, który najpierw zremake’ował sobie maheshowe „Pokiri„, a potem w ogóle za południowe kino hirosowo-policyjne się wziął za bary w postaci „Dabangg” właśnie. Aczkolwiek, tu zacytuję Aśka: „Co on zwariował? Maheshem chce być? Mahesh jest tylko jeden!”.

Drogi Aśku, Maheshów jest przynajmniej dwóch, bo przecież w „Dabangg” pojawił się ten drugi kaantowy Mahesh zataczając się przez pół filmu w pobliżu torów i stanowiąc znaczną przeszkodę w zamążpójściu swojej córki 😛

Cóż, ja Żoną Mahesha nie jestem i widzę w kinie miejsce dla niezliczonej ilości Maheshów, bo choć ten oryginalny ma swoje momenty, to jednak ekranu na własność sobie nie zawłaszczył, a pierdząc ostatnio w stołek nijak nie broni swojej pozycji. To i nic dziwnego, że niespodziewanie ostrzeliwać ją zaczął Salman, z którym do tej pory chyba nie widziałem żadnego dobrego filmu (a przynajmniej nie z nim w roli głównej). I wyszło mu całkiem nieźle, choć im dalej w film tym gorzej.

Oto dwóch braci z jednej matki. Pierwszego ojczym traktuje gorzej, więc nic dziwnego, że odgraża mu się, że gdy dorośnie to będzie wpływowym człowiekiem i odpłaci ojczymowi pięknym za nadobne. Obietnicę w sumie spełnia średnio, bo choć jest skorumpowanym szefem policji, to jednak żadnego większego kuku ojczymowi nie robi. A że jeszcze na dodatek się zakochuje, to w ogóle mięknie mu rurka, a serce zaczyna mu wypełniać pyarr. Gorzej przyrodni brat, który ciągle ma pod górkę – chciałby ożenić się z córka nauczyciela, ale ten mówi „Ni!” i nic mu nie zrobisz. Sytuacja komplikuje się politycznie, a Salman musi coraz częściej używać siły swoich mięśni w walce z nieprawością i tyranią złych ludzi.

Brzmi dość poważnie i standardowo, ale wcale tak poważnie nie jest. „Dabangg” to robienie sobie delikatnych jaj z południowej konwencji i zabawa z tamtejszym kinem. Nie zauważyłem jakiejś większej chęci dosrania w tym wszystkim, a raczej sympatyczny pastisz na hirołsowe kino. A w takim pastiszowym wydaniu dość dobrze oglądało się przegięte napieprzanki, których było sporo, a które w poważnym południowym wydaniu często bywają po prostu śmieszne. Tutaj też było śmiesznie, ale tak pozytywnie i kiedy Salman skakał sobie po dachach, uchylał się przed fruwającymi taflami szkła czy na obraz i podobieństwo Jackiego Chana (z made in HK patentów dodałbym jeszcze rzewną muzyczkę i męsko-męski trudny związek, również i w tym przypadku policyjno-łotrowy, choć sprawa dość niejednoznaczna z tym związkiem i bardziej zakombinowana) zamykał lufcik przed lecącym za nim badgajem można się było szczerze pośmiać i czekać na to, co przyniesie dalsza część akcji.

Gorzej niestety wypadł wątek okołonaparzankowy, który z każdą minutą nudził i nudził i nudził. Na szczęście metraż filmu ledwo przekroczył dwie godziny, więc nad całkowitym znużeniem można było zapanować – czego nie potrafię powiedzieć o takim np. „Athadu”, w którym po bombowym początku przyszło dwie godziny strasznej nudy. Czyli po raz kolejny udowodniono (nieświadomie zapewne), że dla większość indyjskich filmów te trzy godziny seansu to za dużo. Lepiej się skupić na dwóch godzinach i zminimalizowaniu niepotrzebnych wypełniaczy w tym czasie trwania filmu (wiem, że groch o ścianę, bo oni to dla swoich widzów kręcą, a nie dla kolesia krążącego między Warszawą i Ogrodzieńcem). W „Dabangg” to nie do końca wyszło, ale przecież mogło być gorzej i jeszcze przez dodatkową godzinę główna heroina mogłaby odstraszać swoją jedną miną stanowiącą mieszankę odrazy, wyższości i znudzenia. Nawet wtedy, gdy była zadowolona.

Reasumując – całkiem niezła zabawa na 6(10).
(1056)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.