Death Race & Pokiri

Zastanawiacie się pewnie, dlaczegoż nic nie piszę. Otóż chory jestem i nie mam weny, żeby coś pisać. Zdycham z przeziębienia i to wszystkie moje atrakcje dni ostatnich. Cudem udało mi się obejrzeć kilka filmów, o których może teraz dwa słowa zdołam napisać choć pewności nie mam czy się uda to zrobić. Zaraz się przekonamy tylko otrę się z potu, który zalewa mnie bez ustanku, brrr.

Death Race

Bezpośrednio przed seansem podzieliłem się smsowo swoimi obawami odnośnie tego filmu z gambitem. Jakoś czarno widziałem, żeby w filmie z XXI wieku przemycono na ekran rozjeżdżanie staruszków i tego typu rzeczy, których pełny był oryginalny „Death Race 2000” wyprodukowany przez Rogera Cormana. Swoją drogą biedny reżyser oryginalnego filmu Paul Bartel. Nikt chyba nie pamięta jego nazwiska, a wszyscy kojarzą ten film z Rogerem Cormanem. Nawet w napisach nowej wersji było, że film na podstawie produkcji Rogera Cormana. No, ale do rzeczy.

Rzeczywiście okazało się, że w nowej wersji nie tylko nie ma co liczyć na rozjeżdżanie staruszków, ale też nie ma co liczyć na rozjeżdżanie kogokolwiek niewinnego (im bardziej niewinny cel (dzieci etc.), tym więcej punktów można było zdobyć w oryginalnym wyścigu). Akcja filmu została przeniesiona do więzienia i jedynie uczestnicy wyścigu ewentualnie przyglądający się mu więźniowie mogli zostać rozjechani. Całkowicie zatem zrezygnowano z oryginalnej, prostej jak konstrukcja cepa koncepcji wyścigu przez całe Stany i rozjeżdżanie przechodniów za odpowiednią ilość punktów. Nawiasem mówiąc nigdy nie kumałem oryginalnej koncepcji filmu – skoro wygrywał kto pierwszy dojechał do mety, to po cholerę te punkty? Cóż one dawały? Zdaje się, że w filmie tego nie wytłumaczono skupiając się jedynie na podaniu liczby punktów za konkretne cele… Nigdy nie kumałem po co zmieniać dobre pomysły i właśnie te zmiany sprawiały, że nie liczyłem na wiele odnośnie remake’u.

Bohaterem „Death Race” jest były kierowca rajdowy Jensen Ames (Jason Statham), który niejeden grzeszek ma na swoim sumieniu. Pewnego dnia trafia do więzienia, gdzie otrzymuje propozycję pościgania się w śmiertelnym wyścigu organizowanym przez więzienie. Pokazywany przez telewizję wyścig osiąga szczyty oglądalności w targanej kryzysem ekonomicznym Ameryce, a Jensen jest szansą na to, by było jeszcze lepiej.

No i na szczęście okazało się, że film jest bardzo fajny i nie ma co narzekać na to, że z oryginałem ma wspólnego tyle, co ksywy głównych bohaterów. Oczywiście jest pełen głupot scenariuszowych i innych uproszczeń, ale jego kwintesencją nie jest przecież scenariusz, ale tytułowy wyścig śmierci. I jeśli chodzi o niego, to naprawdę jest na co popatrzeć i się czym poemocjonować. Mnie ostatecznie wzięło, gdy podczas któregoś okrążenia włączono tarcze po przejechaniu których można było zyskać broń defensywną i ofensywną – od tego momentu wciągłem się na dobre w ten głupi, ale bardzo atrakcyjny film pełen wypasionych, uzbrojonych po zęby samochodów. I już do samego końca oglądałem go z prawdziwą przyjemnością, ciesząc się, że nie ma w nim ani chwili przynudzania, a nad całością czuwa spora dawka adrenaliny. Jedna z lepszych rozpierduch, jakie ostatnio można obejrzeć na ekranie.

Pokiri

Źródło moich zdrowotnych problemów. Wracając z kina z „Pokiri” przeziębiłem się na dobre i trzyma mnie do tej pory. Trudno więc, żebym był łaskawy dla tego filmu.

„Pokiri” to kolejny film z ulubionym aktorem Aśka, Maheshem Babu. Pisanie o nim, że jest ulubiony nie oddaje tego, jakim poważaniem cieszy się u Aśka, ale zostawię tak neutralnie, bo jeszcze pomyślicie, że nie wszystko jest z Nią w porządku 😛

Jako rozpierducha „Pokiri” jest całkiem w porządku. Nawalanki, sikająca krew, wybite zęby, połamane kończyny i cool teksty rzucane przed skopaniem komuś mordy dają radę i z przyjemnością można na nie popatrzyć. Niezależnie od tego, że Mahesh o kung fu i innym tego typu fa fu nie ma pojęcia, to nie da się tego odczuć na ekranie. Bardziej te nawalanki są realne niż w opisywanym kiedyś tam „Arjunie”. I gdyby całe 164 minuty były wypełnione tego typu rzeczami, to bym złego słowa o filmie nie powiedział. Niestety, przez przynajmniej połowę filmu nikt się nie napieprza.

A w tym czasie, gdy nikt się nie napieprza, to generalnie wieje nudą. Głównie dlatego, że nie ma w tym filmie jakiegoś sensownego scenariusza, ani żadnej sensownej historii, którą można by śledzić z ciekawością i zastanawiać się, co będzie dalej. Przez większość filmu zastanawiałem się o co w nim chodzi i właściwie do tej pory tego nie wiem. Fabuły żadnej tam nie zauważyłem.
(680)

I to wszystko, co zdołam napisać za tym posiedzeniem. Niewygodnie mi trzymać lapka na kolanach, a tyłek wbija mi się niemiło w dechy łóżka. Lapka odkładam i zajmuję jakąś bardziej sensowną pozycję bardziej leżącą. Trzymajcie kciuki, żebym wyzdrowiał.

Aha, jutro ktoś inny zrobi napisy do „Prison Breaka”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.