Fujary na tropie Tekkenu i eksperymentu z krwi i kości

Tekken

Ciężki jest los Wybrańca Ludu przed turniejem Żelaznej Pięści. Zamknięty w klatce musi się tłuc z każdym, kto zechce odebrać mu tytuł. Jeden po drugim. A jak już się zmęczy tą walką, to wtedy łatwiej o porażkę. A gdy przyjdzie, tu ciekawostka – jego pogromca zostaje nowym Wybrańcem Ludu i już z nikim nie musi walczyć tylko od razu awansuje do turnieju głównego.

Oczywiście w świetle takiego filmu jak „Tekken” żadna logika nie jest potrzebna i jej brak nawet nie powinien wpływać na ocenę filmu, ale zawsze mnie zastanawiało, dokąd podążają umysły scenarzystów, których zadaniem jest napisanie prostego jak cep filmu. Dlaczego utrudniają sobie zadanie. Z ambicji? Myślą, że ktoś ich bardziej doceni? Przecież napisanie scenariusza do filmu o turnieju walki wymaga wysiłku tylko przy dialogach. Fabuła jest prosta. System pucharowy i wygrywa najlepszy. Cóż tu można schrzanić? Ano można. W „Tekken” do turnieju przystępuje bodajże ośmiu zawodników, którym jakimś cudem udaje się rozegrać aż cztery rundy turnieju. Jak? A ja wiem. Przeca chłopski rozum wskazuje na to, że po pierwszej rundzie odpadnie czterech zawodników (przegrywający odpada), a ci którzy przejdą dalej powalczą już w półfinale, a potem finał. Nie w „Tekken”. Tu o ile nic mnie nie zawodzi oprócz głównego bohatera każdy z zawodników odbył tylko jedną walkę, a mimo to wyszły z tego aż cztery rundy. WOW.

Te dwa akapity wyżej raczej są nieistotne, ale skoro już postanowiłem podzielić się tym arcyciekawym spostrzeżeniem, to nie widziałem sensu, żeby dusić je w sobie. Szczególnie, że teraz wystarczą tylko dwa zdania i voila, już jest recka.

Przyszłość. Po jakiejś tam wojnie świat podzieliło pomiędzy siebie osiem korporacji. Każdego roku po jednym z wojowników reprezentujących te korporacje staje do turnieju Żelaznej Pięści. Zwycięzca zapewnia swojej korporacji glorię chwały. Do turnieju dopuszczany jest również wspomniany wyżej Wybraniec Ludu, który reprezentuje dziadowskie dzielnice leżące wokół Miasta (w przyszłości zawsze jest jakieś Miasto i jego dziadowskie przedmieścia rozciągające się na cały kraj). I w tym roku ów Wybraniec postanowi zaprowadzić pokój, ład i porządek, bo się wkurzył. Ale łatwo nie będzie.

Ekranizacja kultowej gry komputerowej, w którą nigdy nie grałem. Myślałem, że ktoś sobie jakieś jaja postanowił zrobić, gdy zobaczyłem fryzurę Cary’ego Hiroyuki Tagawy, ale okazało się, że to całkiem na poważnie. Poważnie wedle definicji MTV. Bo choć klimat jest postapokaliptyczny (nie ogarnąłem jaka to apokalipsa była, chyba konsumpcjonizm 😉 ), a walki na śmierć i życie, to próżno tu szukać jakiegoś ciężkiego brzmienia. Wręcz przeciwnie, choć zawodnicy subtelnie krwawią z dziąseł to film jest taki raczej młodzieżowy i bardziej przypomina teledysk. Bohaterowie są piękni i młodzi i niekoniecznie wszyscy potrafią się bić (piję do babeczek). A widzowie turnieju łykają wszystkie machloje i kombinacje i paradoksalnie oglądalność rośnie. No ale widać żadnego Międzynarodowego Związku Tekkena nie ma, co by zadbał o czyste zasady nieczystych walk.

Ogląda się to wszystko bez bólu i w zasadzie nie ma nawet na co narzekać. Ot taki „Step Up” tylko zamiast tańca się biją. 6(10)

***

The Experiment

Nie znam drugiego takiego aktora, dla którego zdobycie Oscara… A nie, zaraz, już to pisałem :) To dodam tylko tyle, że chyba się w końcu przekonałem do Adriena Brody’ego. Bloody hell, do Kareeny Kapoor się przekonałem to do tego prawie że polskiego aktora bym się nie przekonał?

Dawno temu triumfy święcił niemiecki „Eksperyment” oparty na pomyśle słynnego eksperymentu Philipa Zimbardo. I o ile pomysł na eksperyment mi się podobał, to sam film już nie za bardzo. I właściwie to wszystko, co z niego pamiętam – że mi się nie podobał za bardzo. No ale karierę zrobił, więc w sumie nic dziwnego, że Amerykanie szarpnęli się na remake. Bo oni wszystkiego robią remaki i pewnie „Kilera” też w końcu zrobią, jak im się inne pomysły na przeróbki skończą. A konkretniej na ten remake szarpnęła się ekipa „Prison Breaka”. I znów nic dziwnego, bo sprawa dotyczy więzienia.

Grupa ochotników zostaje zamknięta na dwa tygodnie w tymże więzieniu. Kilku z nich wyznaczona zostaje rola strażników, a reszta robi za więźniów.

Przez większość czasu w trakcie seansu widzowi towarzyszy nieustanna myśl na temat tego, jakim cudem bohaterowie tego filmu przedostali się przez sito eliminacji. Of koz najłatwiej założyć, że sito było wymyślone i żadnego sita nie było, ale ja tak nie założyłem, bo prostu – ten film byłby ciekawszy, gdyby sito eliminacyjne nie dość że było, to jeszcze było ono dość rygorystyczne. Zatem przy takim założeniu, zamiast oglądać film non stop człowiek łapie się za głowę, bo bez doktoratu z psychologii widzi, że połowa z uczestników eksperymentu zwyczajnie się do niego nie nadaje. A że się nie nadaje, to nic dziwnego, że już pierwszego dnia zaczynają się na oddziale więzienia kwasy. I tu w umyśle widza zaczyna kiełkować kolejna myśl – co dla twórców filmu oznacza „brak przemocy”. I tak przez większość filmu te myśli we łbie kiełkują, a wraz z nimi myśl podsumowująca: „ale to głupie”.

Obejrzeć się da, ale lepiej obejrzeć oryginał (tak sądzę 😉 ). Nie trzeba pamiętać nic z oryginału, żeby wiedzieć, że oryginały zwykle są lepsze. Więc jeśli już coś oglądać to właśnie oryginał. Remake kusi nazwiskami Brody’ego i Foresta Whitakera, ale to za mało. No i kusi też pomysłem na film, ale jego rozwiązanie jest marne i trudno je kupić. Brody szpanuje gołą klatą przygotowywaną dla „Predatorsów„, a Forest stara się jak może, żeby tylko jak najbardziej przerysować swojego bohatera. Film dobija ostatecznie to, że został zrobiony prosto na DVD i więcej jak 5(10) nie dostanie.

***

Fujary na tropie [Cop Out]

Zdaje się, że film koniec końców do polskich kin nie dotrze, ale i tak chciałbym zacząć od usprawiedliwień polskiego tytułu, który wygląda na kolejny przykład polskiej szkoły tytułotwórstwa, ale tak naprawdę nie do końca tak jest. A to dlatego, że „Cop Out” pierwotnie miał zwać się „Couple of Dicks”.

Kevin Smith wskrzeszający buddy movie i obsadzający w jednej z głównych ról Bruce’a Willisa. To brzmiało zbyt pięknie, żeby było prawdziwe. Niepokoił tylko ten okropny Tracy Morgan, którego nie wiem i nie chcę wiedzieć, skąd wytrzasnęli. Niestety, jak wszystko co wygląda na zbyt piękne, żeby było prawdziwe, także i to okazało się zbyt pięknym, żeby sprostać zaostrzonemu apetytowi.

Największym problemem filmu wcale nie jest koszmarny Tracy Morgan, który w filmie, choć koszmarny, na szczęście aż taki koszmarny jak na trailerach nie jest. Największym problemem tego filmu jest to, że to taka zdziadziała wersja buddy movie. Bez jaj, bez fantazji. Jakby reżyserem był dizadziuś w kapciach, który trzydzieści lat temu robił dobre filmy, a na starość zdziecinniał. Tacy sami są też bohaterowie tego filmu. Gdzie im do glin mieszkających w przyczepie na plaży? Mieszkają w dużych domach, jeżdżą wypasionymi samochodami, a bycie glinami to tylko ich hobby, coś co mogą robić, żeby się nie nudzić. Niby do nich strzelają, ale tak naprawdę to wiadomo, że nie trafią. I oni też wiedzą, że nie dostaną kulki i dalej mogą się bawić w tę zainscenizowaną gierkę. Gierkę, w której przeciwnicy są równie dziecinni, co i oni sami. W ogóle, dzisiejsze kino cierpi na brak wyrazistych maderfakerów geniuszy zbrodni – „Cop Out” również padło ofiarą tego cierpienia. Poh Boy, czy jak mu tam, nawet to imię/ksywa bardziej przypomina misia niż meksykańskiego gangstera.

Nie wiedzieć czemu Kevin Smith po raz pierwszy postanowił nakręcić film na podstawie cudzego scenariusza. Może miał wielką ochotę nakręcić policyjną komedię sensacyjną, a nie chciało mu się swojego scenariusza pisać? Jakby nie było, nie rozumiem dlaczego akurat ten script zwrócił jego uwagę i co go w nim zaciekawiło. A może był dobry, a jego realizacja go spieprzyła? Tego raczej się nigdy nie dowiemy i w sumie nic nam ta wiedza i tak by nie dała. Fakt pozostaje faktem, że to nie to, czego można by się spodziewać. Czy film byłby lepszy, gdyby scenariusz napisał do niego Smith? Cholera wie, w sumie od dłuższego czasu jego forma spada, a do filmów takich jak „Clerks” czy „Chasing Amy” to jego ostatnim produkcjom daleko (choć są fajne, ale to już nie to samo). Jeśli jednak mam wybierać, to wolę żeby kręcił rzadziej, ale od podstaw. A cudze scenariusze niech zostawi innym reżyserom, bo tylko się rozmienia.

Miał być „Gliniarz z Beverly Hills” XXI wieku, ale nie wyszło. Jest tu parę śmiesznych rzeczy, ale to zdecydowanie za mało, żeby się podniecać. Niestety, nie ma czym. Film jest tak samo niedorobiony jak główna muzyczka do niego. Zalatująca na kilometr próbą zrobienia drugiej Axel F. Theme brzmi jak zestaw przypadkowych dźwięków zagranych na komórce z monofonicznymi dzwonkami. 6(10).

***

Blood and Bone

Stary już być może jestem i nie kręcą mnie takie filmy tak jak kiedyś, a może po prostu kiedyś mordobicia były lepsze. Efekt ten sam – palec na przycisku przewijania, by tylko przetrwać do kolejnych bójek. No przynajmniej przez ostatnie pół godziny, bo wcześniej dzielnie się trzymałem.

Bone wychodzi z paki i zaczyna robić karierę w półświatku ulicznych walk. Ma predyspozycje – jeden kop i po herbacie. Nie wiadomo o co mu chodzi, ale wyraźnie ma jakiś plan, którego częścią jest dostanie się do prestiżowych walk organizowanych przez konsorcjum o groźnie brzmiącej nazwie Konsorcjum składającym się z dwóch dziadków i Juliana Sandsa, który zarabia na emeryturę.

Pisaliście (no jedna osoba pisała, ale zastosuję odpowiedzialność zbiorową), że lepsze to od „Undisputed„, ale nie, lepsze nie jest. Ani pod względem czysto filmowym, ani pod względem nawalanek. Tak w ogóle to mam wrażenie, że przy Scott’cie Adkinsie Michael Jai White to małe miki jest. Pod względem filmowym jest marnie, taka w porywach C-klasa. Realizacja na poziomie słabych filmów ze Złotej Ery Video (choć nie tak słaba jak np. „Bridge of Dragons” z Dolphem Lundgrenem, który zapuściłem sobie po BAB i wytrzymałem siedem minut – lubię marnować czas, ale nie aż tak :) ), a nadmuchani bohaterowie budzą odruch wesołości, gdy toną w tych ogromnych garniturach i koszulkach, które w ogóle na nich nie leżą. Dużo lepiej jest pod względem walk (a to najważniejsze), ale nie na tyle, żeby zwariować. Ot solidne nawalanki, ale bez gracji Cynthii Rothrock czy charyzmy Jean Claude Van Damme’a.

Nie tak złe jak czwarty „Powrót żywych trupów”, w którym dorabiał sobie do emerytury inny dobry aktor Peter Coyote, ale półka mniej więcej ta sama (o ile fa fu można porównywać z zombiakami). 5(10)
(1014)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.