Predators

Bardzo chciałbym mieć dla Was zajebiste wieści odnośnie nowego filmu Nimroda Antala, ale niestety nie mam. Nie rozpaczajcie jednak, bo złych wieści też nie mam – ot mam przeciętne wieści. Choć w kontekście tak oczekiwanej premiery nie jest to, to, co chciałbym przekazać.

Wiadomo nie od dzisiaj, a za każdym razem, gdy ostatnio odwiedzam kina przekonuję się o tym znowu, że oto staliśmy się świadkami powstania nowego gatunku filmowego – filmu „takiego akurat”, bądź bardziej pozostając w terminologii Q-Bloga – standardowego czteroplusowca. Głośnej i długo oczekiwanej premiery, która okazuje się być filmem na tyle dobrym, żeby na niego nie psioczyć, ale też nie na tyle dobrym, żeby wydobyć z siebie choć pisk zachwytu, czy choćby najprostszą emocję – w tym przypadku z gatunku „oj, szkoda by było, gdyby go zabili”. W Ameryce nie lubią przeciętności, a tu się okazuje, że filmy kręcą przeciętne – wot paradoks. Przy czym „przeciętny” to złe słowo, bo przeciętny to film na 3+ a nie na 4+. Ale nie mam lepszego słowa. Nizmnoniparzący? Takie właśnie są te ostatnie filmy kinowe w większości. Kasy na bilet nie szkoda, ale już wracając do domu myśli się o czym innym. Odpala kompa, ogląda trailery i znajduje kolejne zwiastuny, które zapowiadają filmy, które pewnie potem okaże się, że do tej samej standardowej kategorii należą.

I właściwie nie ma nawet za bardzo na co narzekać, bo film daje dokładnie to samo, co zapowiadał trailer. Grupka kilku pierwszej klasy zabijaków ucieka przed goniącymi ich Predatorami. Krzyczą, strzelają, krwawią na czerwono i na zielono, a potem film się kończy. Tak miało być i dokładnie tak było. Pokazuje to chyba w jednoznaczny sposób, że kręcenie kolejnych remake’ów i rebootów nie ma sensu innego poza marketingowym. Niestety, ten marketingowy sens wystarczy i raczej nie ma się co spodziewać, że coś się w tej materii zmieni. Skoro filmy zarabiają, to czemu ich nie kręcić? Proste.

„Predator” to chyba mój ulubiony film w ogóle (a ścisła czołówka na pewno) i nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co by się musiało w „Predators” dziać, żeby choć dorównali legendzie poprzednika. No ale to nie ja mam to sobie wyobrazić, a twórcy filmu i mnie tym zaskoczyć. Nie zaskoczyli. Filmy kręcić potrafią, jak mówię – czepiać się nawet za bardzo czego nie ma (ze dwa uśmiechy politowania podczas seansu to za mało, żeby je punktować, a i ziewnięć za dużo nie było) – ale stworzyć nową legendę to już nie. Można ich co najwyżej podziwiać, że nie bali się wykorzystać Predatorów – w końcu tak non stop w pupę ten tego, aż posypią się monety może ich wkurzyć. Na szczęście twórców (a nasze nieszczęście) Predatory straszą tylko na ekranie i nic nikomu nie zrobią.

Film zły nie jest, pisałem to już i powtarzam po raz kolejny. Jest taki jak miał być i nikt idioty z siebie nim nie zrobił. Ale co z tego? Chciałem jakichkolwiek emocji doświadczyć – jedyne, jakie doświadczyłem to te związane z nawiązaniami do oryginału. Było ich sporo. Smutne jest jednak to, że najlepszym w całym filmie była muzyka znana z oryginału (chwała twórcom za to, że nic nie zmieniali) i jakby te same odgłosy dżungli itp. Świadczy to tylko o tym, jak dobrym filmem był film McTiernana i o tym, że dzisiejszemu kinu daleko do tego, co jeszcze przed dwoma dziesięcioleciami. Kasa zawsze była ważna, a jednak kiedyś potrafili wyważyć zarobek z zadowoleniem widza. Dzisiaj nie potrafią. A paradoksalnie zarabiają więcej. Nic dobrego z tego nie przyjdzie.

Minęło prawie ćwierć wieku, a nadal najładniej sfilmowaną filmową dżunglą jest ta z „Predatora”…

Zobaczyć można, szczególnie gdy dobrze zna się oryginał. Nawiązań jest sporo (choć trochę się chyba zagalopowali wspominając o wydarzeniach oryginału – IIRC film przeżyło dwóch komandosów i laska, a nie tylko Dutch; nie jestem pewien, jakoś końcówka „Predatora” nigdy mnie nie przekonywała – choć głównie z powodu sztucznie nakręconego lotu helikopterem), a Adrien Brody dał radę. Oczywiście nijak mu do Arnolda, ale mimo całego mojego nielubienia aka Pianisty – złego słowa o nim powiedzieć nie mogę. Dobre w „Predators” jest to, że w zasadzie przez cały czas utrzymane jest tu równe tempo, które zwalnia tylko na krótkie momenty przynudzania. Można pooglądać trochę makabry, trochę strzelania i lania po pyskach, ale tak po prawdzie to 25% czasu ekranowego zajmuje celowanie do dżungli. Obawiam się za miesiąc dwa po filmie zostanie tylko pamięć o tym, że w wyjątkowo perfidny sposób zostaliśmy oszukani w zwiastunie. Jak? Sami sobie zobaczcie. 4+(6), ale bez entuzjazmu.
(995)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.