Niezniszczalni [„The Expendables”]

No dobra, nie będę Was trzymał w niepewności do jutra. Ani nie będę Was oszukiwał – to nie jest to :( (EDIT: w trakcie pisania recki – a jednak nieaktualne, potrzymam Was do jutra w niepewności, bo warszawski admin każe mi iść spać :) ).

Oczekiwany od miesięcy film Sly’a oczywiście jakiś tam wyjątkowo zły nie jest, bo przecież miała być rozpierducha i rozpierducha jest, ale ogromnym oczekiwaniom nie sprostał. Samograj też trzeba umieć napisać i wyreżyserować – samo nigdy nic nie wyjdzie (no może poza ignorancją).

Grupa najemników, tytułowi „Niezniszczalni” (tak sobie teraz myślę, że to jeden z tych niewielu przypadków, w których polski tytuł jest lepszy od tytułu angielskiego; ten oryginalny jakiś taki, jakby członkowie nazwali swoją ekipę po obejrzeniu filmu; z fabuły wynika, że zleceniodawca chce ich wystawić jako żołnierzy na straty – tytułowych expendablesów, czyli mogązginąćniktichniebędzieżałowaczy – a oni już od dawna się tak nazywają, jak gdyby tylko na to czekali) zostaje wynajęta do obalenia wyjątkowo śmiechowego dyktatora (wiedziałem, że Angel da radę i nie da rady) nieistniejącej wysepki. Wysepka pełna jest uzbrojonych po zęby żołnierzy, którzy tylko czekają, żeby dorwać czterech i pół theexpendablesów.

Deficyt, cholera, jest tu wszędzie. Po zastanowieniu – ekipa aktorska wcale nie jest tak bardzo wypasiona jakby mogła być. Nazwiska Crews, czy Couture wrażenia nie robią, a prawdziwych bohaterów kina akcji lat 80 jest o ile dobrze tylko trzech (Sly, Dolph i Daniels). Statham to względnie nowa twarz, Jet Li… kurde, Jet Li, gdzie on się ostatnio podział? taka fajna karierka mu się zapowiadała, Roberts czy Rourke raczej w actionerach nie grali itd. A nieobecność żadnej znanej laski to już policzek w stronę widza. No i Arnie i Bruce, tych liczyć nie można, bo to tylko „smaczek”. Ale co Wam powiem to Wam powiem – właśnie wejście Arniego obudziło u mnie największy sentyment i sprawiło, że chce mi się znowu pooglądać te wszystkie „Commanda” i „Red Skorpiony„. Sly już się zdążył na nowo opatrzeć, Bruce cały czas jest na topie, więc jaki on tam sentyment do lat 80., natomiast Arniego brakuje w dzisiejszym kinie. Dawno chłopa nie było na ekranie i jakoś tak naturalnie ta zmiana pokoleniowa nadeszła i dopiero jak się przypomniał, to i ja sobie przypomniałem jakie to fajne było kino, gdy połowę ekranu wyszarpywał dla siebie Sly, a drugą połowę Arnie. Dziś takich gwiazd już nie ma.

Nie lubię pisać recek na wyrywki. Zawsze gubię wątek i koncepcję (nawet, jeśli ich wcześniej nie było). Tak czy siak – witajcie nazajutrz.

Kolejny deficyt jest w akcji. Jest tej akcji dużo, wybuchy robią wrażenie, a oprychy giną szybciej niż zdążą powiedzieć „placek z jagodami”, ale oprócz tej akcji jest sporo przynudzaczy. I sam już nie wiem, czy to na poważnie, czy dla jaj było kręcone, ale nawet jeśli tak czy tak, to i tak średnio to wyszło. Jeśli na poważnie, to trzeba się załamać – nie ma wyjścia. A jeśli dla jaj, to OK, może być, ale nie spodziewałem się po tym filmie filmu dla jaj. Tymczasem można się załamać widząc diabolicznego Angela ( 😉 ), czy słuchając wtrętów Jeta Li, że chce podwyżkę, bo ma rodzinę. Co to ma być? Śmieszne to miało być, czy to taki rys postaci? No nie wyszło. Jet siedział cicho i zwykle w najdziwniejszych momentach wyskakiwał z tym tekstem. Albo płaczący Rourke opowiadający o śliwowicy. AAAAA! No ale ale, o akcji miało być. No więc nie porwała. Trochę przez to, że sporo ciekawych kawałków już pokazano w trailerach i zajawkach (to po co je oglądałeś? spytacie; bo je udostępniono do oglądania odpowiem grzecznie, bądź… a nie podam niegrzecznej wersji :) ), a trochę przez to, że nie poszli na całość jak w przypadku „Rambo 4”. Nie wiem, może jestem przewrażliwiony, ale idę o zakład, że zajawka tej sceny z nożami, w której Statham krzyczy, że Sly mógł go zabić była BARDZIEJ KRWAWA niż ta która pokazano w filmie. W sumie łatwo to sprawdzić i chyba to zrobię, żeby się przekonać, czy jestem przewrażliwiony… A potem przyszła główna rozpierducha i tez jakoś tak nie przypadła mi do końca do gustu. Wyskoczyła nie wiadomo skąd i skończyła się tak, że już koniec filmu był. Żadnego napięcia, oczekiwania na nią – nic.

Skoro o napięci, to z tym kolejny deficyt. Nie było tu żadnego. Z wielu powodów. Po pierwsze żadna z postaci nie wzbudziła sympatii. Jeśli wzbudzali jakieś reakcję to raczej lekki uśmiech politowania. Za dużo testosteronu – zbyt to wszystko niepoważne. Po drugie słaby scenariusz. OK, scenariusz jest tu nieważny, ale nieważny scenariusz też trzeba napisać. A tu mieliśmy zlepek pojedynczych scen niespecjalnie ze sobą powiązanych. Chaos jednym słowem. A może montażysta nawalił? Ktoś na pewno. Po trzecie, przykro mi Sly, ale słabe aktorstwo, głównie twoje. Serio, kiedyś jakiś taki lepszy byłeś, nawet w filmach, w których aktorstwo było ci niepotrzebne. Może to przez ten wiek, a może za bardzo chciałeś być cool. Nie wiem. (a skoro o Sly’u to znów nie wiem, czy nie jestem przewrażliwiony, ale wygląda na to, że się chłopina co trzecią scenę zmieniał objętościowo – wina procesu produkcyjnego, ale za bardzo to było widać (a przynajmniej mi się wydawało, że to widziałem); najpierw zapewne nakręcono sceny, w których Sly pochwalił się swoją szczupłą sylwetką, a potem już nie musiał dbać o linię, bo goły nie latał i w związku z tym mam wrażenie graniczące z pewnością, że np. w pierwszej somalijskiej scenie było go z 1/4 więcej niż w scenach następnych w salonie tatuażu. A potem znowu spuchł itd.). Reszta aktorów dotrzymała kroku Sly’owi i też jakoś specjalnie się nie wybijała. Zresztą nie miała za dużo okazji, bo dużo do zagrania nikt poza Slyem i Stathamem nie miał.

Jadąc dalej z deficytami – dwa słowa o onelinerach. Było ich sporo, jedne lepsze, inne gorsze, ale żaden wybitny. Dość powiedzieć, że najlepszy się trafił już w pierwszych minutach ze strzałem ostrzegawczym. Potem nic mu już nie dorównało.

I tak z tych deficytów złożył się cały film. Niczego w nim nie brakowało, ale wszystkie te elementy, które miały być – miały braki i w efekcie nie zagrało to wszystko jak powinno. Porównując „Niezniszczalnych” do „Rambo 4” to nie ma co porównywać, bo ten drugi ryje beret, a ten pierwszy jest co najwyżej lekko cool. A to za mało, bo miało być wydarzenie roku. Nie było.

Ale i tak się cieszę, że Sly odżył i znowu kręci fajne filmy. Jeszcze mu pewnie jakiś wyjdzie zanim odłoży M-60 na kołek. A kto wie, coś czuję w powietrzu, że DVD wersja extreme edition „Niezniszczalnych” (nic mi o takiej nie wiadomo, tak sobie gdybam na podstawie tej różnicy w ww. scenie rozwałkowej) może okazać się takim filmem, na jaki każdy czekał.
(1007)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.