The Messenger

„Czytaj z kartki. Nie dodawaj nic od siebie. Nie używaj eufemizmów. Kiedyś jeden mój podwładny powiedział matce zabitego, że jej syn nie jest już z nami. Zrozumiała, że przeszedł na stronę wroga i zwyzywała go od zdrajców”.

Cholera. Kiedyś uśmiechem politowania witałem motto minirecenzji Konrada J. Zarębskiego w telewizyjnym dodatku „Gazety Wyborczej” i przy okazji często dziwiłem się dziwnie przyznanym gwiazdkom. Gwiazdkom pewnie dziwiłbym się dalej, gdybym to w ogóle jeszcze czytał, ale trzeba przyznać, że im starszy jestem, tym mniejszy jest ten mój uśmiech politowania. Dokładnej treści tej myśli przewodniej szukać mi się nie chce – w skrócie leci to jakoś tak: kiedyś doceniałem sprawną realizację, inscenizacyjny rozmach i coś tam kina rozrywkowego; dziś uważam, że to strata czasu. I choć ja tam dalej nie mam nic przeciwko dobrej rozrywce i filmom nie wymagającym mózgu, to coraz częściej podczas oglądania takich filmów mój Ziewometr dochodzi do końca skali. A większą przyjemność mam z obejrzenia np. dramatu obyczajowego.

A teraz szybko zapomnijcie o powyższym akapicie i nie martwcie się, to dalej ja, ten sam Q. A ten akapit tam wyżej to tylko jaaś taka fanaberia, wcale tak nie myślę! 😛 Tak czy siak „The Messenger” oglądało mi się o wiele bardziej przyjemnie (choć temat filmu średnio przyjemny raczej) niż te wszystkie łubudu, które w ostatnich czasach przewinęły mi się przed oczami i niezbyt wysoką ocenę tu dostały. Ten zaś film ocenę dostanie zacną: 5(6).

Film Orena Movermana opowiada o bohaterze zmagań w Afganistanie, który wykazał się męstwem podczas służby przypłacając to przy okazji własnym zdrowiem. A że do końca służby zostało mu jeszcze trochę czasu, to by dać mu jakieś zajęcie nie grożące śmiercią armia przydziela go do dość niewdzięcznej roboty. Otóż nasz bohater wraz z doświadczonym przełożonym ma za zadanie informować rodziny poległych w Afganistanie żołnierzy o tym niewątpliwie smutnym fakcie.

Temat na film niebezpieczny, szczególnie w amerykańskim wydaniu. Wiadomo, patos, przemowy o wolności i walce o niej, fruwające na wietrze gwieździste sztandary i cywile salutujący swoim dzielnym chłopcom za to, że gdzieś w dalekiej Azji walczą o amerykański styl życia. Tymczasem niespodzianka, w „The Messenger” wszystko to właściwie nie występuje, a jeśli już to w warunkach śladowych zaledwie. Nie jestem pewien, a nie chce słów na wiatr rzucać, ale chyba nawet ani jednej amerykańskiej flagi w całym filmie nie sposób uświadczyć. Co najwyżej z jeden raz w tle na podwórku wiucha. No i już samo to powinno wystarczyć za rekomendację. Bo po odjęciu tej całej patriotycznej otoczki zostaje pół dokumentalny (głównie w filmowanych z ręki scenach przynoszenia złych wieści) zapis niewdzięcznej roboty i prawdziwych ludzkich tragedii, które nagle dają widzowi w łeb i nie pozostawiają obojętnym. Szczególnie, że sam początek filmu to trochę żarcików i kwiecistych oracji Woody’ego Harelsona przez co czujemy się trochę jak ten nasz bohater wojenny, który myśli sobie, że cóż trudnego może być w przeczytaniu z kartki krótkich kondolencji. I gdy na luzaku odwiedzamy pierwszą rodzinę – ŁUP.

Oczywiście sam film byłby nudny, gdyby polegał tylko i wyłącznie na roznoszeniu złych wieści i powielaniu stereotypów o weteranach wojennych, którzy wygląda na to, że obowiązkowo spać nie mogą, słuchają ciężkiej muzyki, a w supermarketach i na placach zabaw czują się obco. Dlatego nasz główny bohater w pewnym momencie zaczyna angażować się w dziwny romans-nieromans z jedną z wdów (Samantha Morton, czyli taka amerykańska Kinga Preis – nie za ładna, ale zbyt utalentowana, żeby trzymać ją w budce suflera), której przyniósł wieść o śmierci jej męża. Czy to będzie dobrą odtrutką na jeszcze dziwniejszy związek ze swoją „przedwojenną dziewczyną” (średnio sensownie wpleciony wątek trzeba przyznać, ale przynajmniej goły tyłek Jeny Malone można pooglądać, jeśli tyko zagłuszy się myśli o tyłkowej dublerce)? Się okaże, gdy obejrzycie film.

A obejrzeć go warto, bo to dobre, kameralne kino o czymś.
(931)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl