Ninja

Ach, jaki to byłby dobry film… trzydzieści lat temu! Dzisiaj byśmy wzdychali za nim, kręcili głowami, że teraz takich filmów się już nie kręci i stawiali jednym tchem obok siebie Scotta Adkinsa z Garymi Danielsami, Donami Wilsonami i innymi Billymi Blanksami…

Klasyka. Amerykański sierota wychowany w japońskiej szkole ninja staje przed wyzwaniem polegającym na ochronie -setletniego artefaktu przed zakusami złego badgaja, który nie mogąc znieść faworyzowania białej przybłędy został wydalony z tejże szkoły i poszedł swoją własną ścieżką. Ścieżką zabójstw na zlecenie i latania z noktowizorem po Nowym Jorku.

Filmem tym podniecałem się już jakiś czas temu prezentując jego trailer. Po obejrzeniu filmu myślę, że o ile trailer „Ninja” bił zwiastun „Ninja Assassin”, który niedawno temu wszedł na ekrany cywilizowanych kin, to jeśli chodzi o filmy, to „Ninja Assassin” powinien pobić „Ninję” bez większego problemu. Głównie dlatego, że „Ninja” to typowy film video klasy C, a przynajmniej te 25 lat temu tak moglibyśmy go określić. Nie mam pojęcia, czy było to zamierzone, czy może całkiem na serio i twórcy by się obrazili, gdyby im powiedzieć, że tak naprawdę to słaby film zrobili, ale wolę myśleć, że to pierwsze. Wtedy „Ninja” momentalnie zyskuje na wartości i nie ma powodu, żeby źle o nim pisać. Każdy kto w młodości łykał takie filmy w ilościach hurtowych powinien być zadowolony, bo jest w „Ninja” wszystko, czego należałoby się po takim filmie spodziewać. I tylko na tle dzisiejszego kina wygląda nieco przestarzale. Ale jak mówię, twórcom na pewno przyświecała myśl, by zrobić ninja-film z lat 80. I tylko Sho Kosugi w nim brakło, ale ten wybrał rolę w „Ninja Assassin” i raczej się nie rozdwoił, choć pewnie nie miałby z tym problemu.

No i co więcej do szczęścia potrzeba? Biegają, zabijają się, krwawią wyjątkowo okazale, no może gwiazdkami zbyt rzadko rzucają. I niektóre efekty komputerowe takie, że pożal się Boże (wypalanie piętna AAAA). Jednak w latach 80 jakoś inaczej by to zrobili i pewnie lepiej. Krew też jest komputerowa, ale nie razi jakoś bardzo strasznie. Główny bohater, czyli skrzyżowanie Bena Afflecka z psem husky, dwoi się i troi, biega, walczy, łazi w samych majtkach, pręży muskuły w pionowym szpagacie i ogólnie po prostu napierdala na lewo i prawo. A przeciwników ma nie byle jakich, bo podopiecznych groźnego faceta w szlafroku z kapturem na głowie! 😀 Doprawdy, w dzisiejszym strasznie poważnym kinie sensacyjnym takich cudów nie zobaczycie. Jak oni poważnie stoją i gadają o tym, że mają władzę nad światem. A potem wpada Casey i łubudu.

Aktorstwo w „Ninja” też jest jak należy, czyli fatalne. Realizatorzy sztukę iluzji doprowadzili do perfekcji. Film pewno nakręcono w dwóch lokacjach na planie filmowym, ale wstawki z Tokio, Nowym Jorkiem itd. naprawdę bardzo fachowe. Dwa ujęcia ulicy i od razu czujemy, że dom w następnej scenie stoi w samym centrum Nowego Jorku. A mówiłem już, że w filmie dużo krwawią? Czego więcej chcieć po filmie, który zwie się „Ninja”?

Źli ludzie powiedzą, że to po prostu jest zły film. Bo pomijając rozpierduchę to rzeczywiście jest zły film. Ale ja Wam mówię: tak miało być. I basta! 4(6). Ocena nie za wysoka, ale mimo mojej sympatii do tego filmu jakoś nie potrafię dać więcej. Niestety, nie mam już trzynastu lat i nie oglądałem tego na pierwszym odtwarzaczy Otake.
(911)

PS. Niżej podrzucę dwie fajne sceny, ale to za chwilę, a ja chciałem to jeszcze w niedzielę wrzucić, więc cierpliwości.


Ninja

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.