Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Trick r Treat

Noo w końcu!

Dajcie spokój, w jakich czasach my żyjemy. Gówna pokroju drugich „Transformersów” zarabiają krocie, a filmy takie jak T’rT leżą na półce i się kurzą. Kurzą, bo szefowie Warner Bros. sobie ubzdurali, że są cienkie i nie ma się co spieszyć. I w ten prosty sposób przeleżał sobie „Trick ‚r Treat” na półce przez ponad dwa lata. Miała być premiera kinowa na Halloween 2007, potem na Halloween 2008, aż w końcu trochę przed Halloween 2009 film trafił w końcu prosto na DVD kończąc udrękę fanów, którzy skazani byli na czytanie opinii szczęśliwców, którym dane było zobaczyć film Michaela Dougherty’ego na festiwalach filmowych i specjalnych pokazach. Nic nie dało pisanie petycji do Warnera, żeby w końcu się zlitowali i film wypuścili do szerszej dystrybucji. Pierwszeństwo halloweenowe miała „Piła IV„, „Piła V„, a i po klapie „Superman Returns”, którego scenariusz napisał właśnie Dougherty, a wyreżyserował Bryan Singer (producent T’rT) trzeba było pokazać, kto rządzi tym całym cyrkiem.

Bo choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów, to i tak by mnie nie przekonali, że „Piła 628” jest filmem lepszym od „Trick ‚r Treat”. Zresztą, co to za sztuka być lepszym od „Piły”? I to kolejny znak naszych czasów – „Piła” żyje, zarabia i jeszcze pewnie długo nie przestanie straszyć na Halloween. Tym dziwniejsze, że w naprawdę obchodzącej Halloween Amemryce, taki film jak T’rT sto razy bardziej powinien się sprawdzić niż „Piła”, która poza datą premiery nic wspólnego z Halloween nie ma. W przeciwieństwie do „Trick ‚r Treat”, które prawdziwie uberhalloweenowym filmem jest.

Nas to w zasadzie nie powinno ani ziębić, ani parzyć, bo Halloween nigdy na dobre się u nas nie przyjęło, ale po obejrzeniu takiego filmu jak T’rT człowiek zaczyna żałować, że u nas nie da powtórzyć się takiej atmosfery, której czystą esencję możemy zobaczyć w filmie Dougherty’ego. I tego, że skazani jesteśmy na nudne święta typu śmigus dyngus, gdy popylamy (w najlepszym wypadku) z flakonikiem wody kwiatowej za dwa zeta. Może i te chamerykany to durny naród, ale przynajmniej kilka ichnich patentów z tej i tamtej dziedziny życia można pozazdrościć.

Zatem wiemy już o filmie dwie rzeczy. Całkiem sporo jak na trzy akapity długiego tekstu ;P Mamy do czynienia z uberhalloweenowym filmem, z którego klimatyczna esencja wylewa się z każdego kadru. Coś więcej? Może o fabule. W niewielkim miasteczku podczas halloweenowej nocy splatają się ze sobą cztery historie dziewicy pragnącej przeżyć swój pierwszy raz, psychopatycznego zabójcy dzieci, nastolatków, którzy chcą zrobić swojej koleżance głupi żart oraz samotnego dziadka, który Halloween nie lubi. Tyle. Klasyczna niemal antologia czterech opowiadań grozy. Niemal, bo choć opowiadania są odrębne, to jednak zazębiają się ze sobą o wiele bardziej niż filmy, które łączy wspólny lektor (krwawe pozdrwienia dla The Crypt Keepera).

No i jak to zwykle bywa w takich przypadkach, wypada mi teraz napisać, że nie będę się rozpisywał, bo nadmierne zdradzanie fabuły do niczego dobrego potencjalnego widza nie prowadzi. Ot zarzućcie sobie tym filmem bez zbytniej wiedzy, a będziecie zadowoleni. No chyba, że jesteście członkami horrorowego Ku Klux Klanu. No ale w takim przypadku pewnie przestaliście czytać po pierwszym pojawieniu się słowa „Halloween”. A jeśli zaś jesteście fanami kina moralnego niepokoju, to pewnie przestaliście czytać po słowie „transformers”. Zakładam w każdym bądź razie, że każdy kto dotarł do tego momentu już wie, że nie czyta właśnie o filmie reprezentującym gatunek, którego nie lubi.

„Trick ‚r Treat” to znakomita zabawa horrorowymi konwencjami, cała gama horrowych nawiązań oraz miniprzewodnik po halloweenowych zwyczajach. A cała ta treść jest okraszona świetną formą. Klimatu halloweenowej nocy chyba nie da się lepiej przedstawić niż tutaj. Od samego początku można się zakochać w klimatycznych zdjęciach, których półmrok rozświetlają pomarańczowe jack’o’lanterny (dynie ze świeczką w środku – mówiąc bardziej swojsko) będące świadkami krwawych wydarzeń, w które zamieszane są wszelkiej maści potwory w maskach, wilkołaki oraz biegające po ulicy zombie. Wszystko to skondensowane jest w filmie, na którym nie sposób się nudzić i po obejrzeniu którego chce się wziąć dynię i wywalić w niej otworki na oczy. Lepszego filmu na Halloween trudno jest mi sobie wyobrazić. Ogólnie na długie, jesienne wieczory, bo pewnie oglądany latem nieco straciłby na swym uroku. Z drugiej strony, co to za bzdurne rozważania o tym, jak by się to oglądało latem. Już wystarczająco akapitów o niczym natłukłem i powinienem kończyć zamiast brnąć w wodolejstwo. 5+(6), bo jednak „Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon” toto nie jest ;P Tak, wiem, jestem niepoprawnym fanem Leslie Vernona.
(864)

PS. Informacja organizacyjna: z dniem dzisiejszym zmienia się moja ocena „Bękartów wojny” z 5+(6) na 6(6). Dziękuję za uwagę.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.