Piła 4 [Saw 4]

Największy filmowy fenomen XXI wieku powraca. Nakręcić w trzy lata cztery części jednego, kiepskiego filmu i jakimś cudem wmówić światu, że jest dobry (no bo skąd te powszechne zachwyty czternastolatków? [pytanie retoryczne]) to prawdziwy fenomen. Niedługo „Moda na sukces” będzie miała mniej odcinków niż „Piła”.

Czwartą część rozpoczynamy od autopsji masterminda piłowych okrucieństw, Jigsawa. Można sobie pooglądać ze szczegółami tę sekcję zwłok i po pięciu minutach obejrzeć jak z żołądka Jigsawa wypływa taśma magnetofonowa (jelit jeszcze nie ruszali, więc jest jeszcze parę kilometrów możliwości na szesnaście następnych części; kto wie, może w którejś części znajdą tam nawet zegarek z kangurka). Tego, dlaczego autopsja w „Aftermath” robi wrażenie, a w „Saw 4” bynajmniej, nie udało mi się jeszcze rozgryźć. No, a potem odsłuchują kasetę i zaczyna się film, w którym tak na dobrą sprawę nie wiem o co chodzi.

Wracają postaci z części poprzednich (swoją drogą podoba mi się to zadufanie w sobie twórców tej serii – zakładają najwyraźniej, że wszyscy znają na pamięć poprzednie części i gdy ktoś wspomni o bohaterach z przeszłości to od razu będzie wiadomo o kogo chodzi itd. ŁOSTRZEŻENIE: Jeśli nie oglądałeś, Drogi Widzu, wszystkich poprzednich części to daj sobie spokój z oglądaniem czwórki. Jeśli oglądałeś, a niewiele pamiętasz to też daj sobie spokój. Oglądania trójki jeszcze raz, żeby czwórka była jasna też sobie nie wyobrażam, chyba, że ktoś jest masochistą nie mniejszym niż sadyzm Jigsawa. KONIEC ŁOSTRZEŻENIA). Ale długi nawias! Nawet nie pamiętam o co chodziło przed nawiasem. A już wiem… no więc wracają stare postaci, ale są też i nowe na czele z agentem FBI, który wie wszystko, a mimo to nic nie wie. Normalnie facet jest pierwszorzędny. Patrzy na jedno zdjęcie i wie nawet jakim aparatem było robione. Ogólnie jest tak, jak to ostatnio powiedział gambit: ciężko jest być policjantem w USA. Przyjeżdża taki agent FBI i człowiek czuje się jak ostatni łazęga. Przez trzy filmy prowadził śledztwo, a tu przyjeżdża gostek z FBI i od razu wszystko wie. Na świecie byłby pokój, gdyby agentów FBI było trzy razy więcej.

Jak to mawiał promowany ostatnio przez telewizje klasyk: „kupa niemożebna”. Scenariusz do tego filmu powstał jak mniemam na zasadzie „ja napiszę zdanie, ty napiszesz kolejne, ty następne, potem ty, potem znowu ja i tak w kółko, a w napisach napiszemy, że tylko dwie osoby pisały” w wyniku czego mamy całą mozaikę niby powiązanych ze sobą scen, ale tak bardziej na czuja niż na sens. W wyniku tego ledwo się człowiek przyzwyczai do jednej postaci, to już ogląda drugą, a potem znów tą pierwszą, ale we flashbacku. Wszystko oczywiście pomontowane na wyścigi. Całość okraszona patetycznymi dialogami i sentencjami słuchając których byłem pewien, że scenarzysta miał orgazm podczas pisania, że takie wymyślił. Niestety tylko scenarzysta.

Rolę życia odegrał tutaj Donnie Wahlberg. Przez cały film dyndał w powietrzu, mówił: „arrrghhh gul gul argggh” i ślizgał się po tafli lodu jak chomik w kołowrotku. Ciap ciap ciap nóżkami, arrgh gul gul gul, arrrgh buzią. Wielkie brawa! Nie no, gdybym przeczytał w gazecie o facecie, który pół dnia przedyndał nad taflą lodu, to pewnie by mnie ruszył jego los. Ale co innego przeczytać o tym, a co innego zobaczyć.

Zakończenie też do kitu. Ostatnie dwie minuty z ekranu ktoś krzyczy do nas: „No bądź zaskoczony! Rozkazuję ci! Rozdziaw japę z zaskoczenia! Natychmiast! Zaskocz się!”. Potem film na szczęście się kończy.

1(6). Kończcie już tę dziecinadę.
(572)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.