Żubrówkowych recenzji czar

Niestety, za malo tej Żubrówki było i zbyt dawno temu, zeby w jakiś sposób wpłynąć na moje slowo pisane. Przykro mi więc, ale bedzie równie drętwo jak zawsze. I oczywiście, jak zawsze, w dwóch zdaniach ;P

12 rund [12 Rounds]

To że Renny Harlin umie robić filmy, to nie ma co dyskutować. Wyszły mu dwa (Die Hard 2″ i „Cliffhanger” of koz) , więc przypadku nie może być. Opórcz robienia filmów, Harlin ma też łapę do wydawania pieniędzy garściami i „bankrutowania” wytwórni filmowych. Niestety, to nie tak jak z dobrymi filmami, raz rozwalisz wytwórnię filmową (Carolco po „sukcesie” „Wyspy piratów”) i potem już łatwo nie masz, a każdy wyjątkowo pamiętliwy…

No ale trza podziwiać Harlina za to, że wciąż potrafi wysępić od producentów trochę grosza na kolejne swoje filmy. Niestety, powtórka z DH2 i C raczej już niemożliwa. No ale się stara, czego dowodem „12 rund” właśnie. Film, który powstał o dziesięć lat za późno, a który mógłby sprawić, że podczas seansu znów by się człowiek poczuł jak wtedy, gdy na ekranie porywano samoloty, statki, pociągi, a nawet chłopczyka z maską ducha Kaceprka… a nie, to inna bajka… a jeden dzielny pan z obowiązkową Berettą ratował ich pasażerów. No ale nie sprawił.

No, Żubrówka jednak działa. Czuję, że aktualnie jestem jak Dziesięciosekundowy Tom z „50 pierwszych randek” (chyba już kiedyś posłużyłem się tym porównaniem, ale co tam, nie zawsze muszę być oryginalny) – sięgam pamięcią zaledwie do maks pięciu słów, które napisałem przed chwilą. W związku z tym, sensu może nie być (choć, jeśli nie ma, to już się dawno sami zorientowaliście).

Dzielny policjant o twarzy i aktorstwie Terminatora (John Cena, pseudonim Cegła) łapie groźnego terrorystę. Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą – podczas zatrzymania terrorysty ginie jego dziewczyna. Terrorysta poprzysięga zemstę. Mija rok, terrorysta zwiewa z paki i porywa narzeczoną Cegły. Dzwoni do niego i informuje go, że odda mu laskę, jeśli ten pozytywnie przetrwa tytułowe 12 rund. Bum, wybucha dom. Gratuluję, pierwsza runda za nami. Teraz runda druga, jedź tam i zrób to. Papa.

Jak więc widać, wszystko przygotowane pod półtora godziny akcji. I rzeczywiście, do końca filmu mamy już samą akcję, ale jakoś tak szybko zaczyna ona nużyć. No nie wciąga po prostu. W zasadzie wszystko nam jedno czy Cegła dostanie swoją blondinę i co będzie robił po drodze. Zadania, jakie musi wykonać są takie sobie, a na dodatek miałem nieodparte wrażenie sztuczności (nie mylić z wtórnością, która też była, ale to widać z fabuły), która biła mnie z ekranu. Takie to, jakby to powiedzieć, zaaranżowane wszystko było, jakby chcieli ułatwić Cenie, bo i tak się już musiał poświęcić i dialogów nauczyć. Skoro to film, to czego się spodziewałem? No nie tego. Jakoś Johnowi McClane’owi się kibicowało, a temu? OK, masz zrobić to i to i tak to zrobisz, czym mam się emocjonować? Innymi słowy odnosiłem wrażenie, że w każdej chwili, milimetr za kadrem była kamera, a co za tym idzie wiedziałem, że to film i nic więcej. Cóż, w takich filmach kluczowe jest, żeby zapomnieć o takich rzeczach i dać się wciągnąć w historię. Bez tego zostaje strzelanina i pościgi bez sensu. A to już przerobiliśmy w każdą stronę.

Zamysł był godny uwagi, zwiastun zachęcał, powiało tymi pięknymi czasami przeróżnych Caseyów Rybacków etc., ale szybko rozmyło się to w przeciętności. Główny bohater drewniany na maksa, badguy taki sobie (pipa, nie oszukujmy się), czarny z FBI, czy skąd on tam był, po prostu OKROPNY, bo i coś, co w takich filmach jest niedopuszczalne: absolutny brak onelinerów. No po prostu aż się prosiło, żeby tu i ówdzie walnąć jakimś tekstem. Widocznie jednak Cena nie opanował żadnego. Smuteczek. Za dobre chęci 3(6).

Drapieżnik [The Flock]

Opisuję filmy z przynajmniej tygodniowej przeszłości, więc nie oczekujcie ode mnie, że będę pamiętał nazwiska bohaterów, a tym bardziej je sprawdzał. Dałem sobie limit do 23:00 i nie ma co czasu marnować na pierdoły. A potem, mam nadzieję, „Aż dogoni nas czas”, czy jak to się tam okropnie po naszemu „The Bucket List” nazywa.

Richard Gere wciela się w „Drapieżniku” w zgorzkniałego kuratora sądowego, czy jak to się tam jego profesja ambitnie nazywa. Jeździ od domu do domu i sprawdza, jak się mają na wolności ci, którzy odsiedzieli już swoje wyroki. A że dla bohatera pana Gere’a nie ma czegoś takiego jak resocjalizacja, więc i ludzkich odruchów typu współczucie oczekiwać po nim nie można. Odwiedza swoich podopiecznych i daje im odczuć, że tylko czeka aż coś przeskrobią, bo wie, że resocjalizacja śmacja, a kto raz spróbował ludzkiego mięsa, ten więcej shoarmy w Sfinksie nie zamówi. Podczas gdy sam pogrąża się w swojej obsesji, gdzieś w odległej dziurze porwana zostaje dziewczyna.

Solidny mroczny thriller, który ani ziębi ani parzy. Jak się dobrze zastanowić nie ma w tym nic dobrego, bo co to za film, co nie wzbudza żadnych emocji – choćby pogardy. No ale paradoksalnie biorąc lepszy taki niż zły do imentu. Przynajmniej ja wolę. A że podejmuje ciekawy dla mnie temat, to jeszcze lepiej. Bo taki film o przechodzącym na emeryturę bileterze z metra mógłby być nudny i zadowolić co najwyżej jego kolegów po fachu. Na szczęście tu mamy mroczne morderstwa, szkielety zakopane na pustyni, zmumifikowane zwłoki i bohaterów, którzy uśmiechają się na widok tego, co normalnych ludzi przyprawiłoby o wymioty. I taką tematykę lubię, co nie oznacza, że jestem ich kolegą po fachu (a to się wkopałem).

Ciężki od początku thriller, jakim jest „Drapieżnik” już do końca pozostaje ciężki, ale też dość powolny i w zasadzie widzoobojętny. Stąd więcej jak 4(6) nie dam, a to i tak dobra ocena. Bo doceniam, że to solidne kino, które obejrzeć bez bólu się da, ale i bez bólu zapomnieć po seansie. No chyba, że ktoś jest wrażliwy na „disturbing images” to może tak szybko nie zapomni, aczkolwiek nie ma tu nic, co by się miało śnić po nocach. Poza Claire Danes, która udowodniła, że jest absolutnie okropną aktorką. Co prawda rolę miała durną, ale jak ktoś jest dobry, to i książkę telefoniczną zagra. A przynajmniej tak mówią na mieście.

Ostatni dom po lewej [The Last House on the Left]

Ostatnio kręciłem nosem na planowany remake „Nędznych psów„, a oto przykład na to, dlaczego tak kręciłem. Prosto, niektórych filmów naprawdę nie należy kręcić od nowa, bo… No bo po prostu nie. No chyba, że chce się ułatwić sprawę chłopakom od marketingu (i dziewczynom też! :P)), którzy z samą decyzją „kręcimy remake debiutu Wesa Cravena” w kieszeni mają otwarte pole do popisu i do zysku. Zysk za wszelką cenę, czy w tym nie ma czegoś nie tak? Nie w Hollywood.

Mari Collinwood zamiast siedzieć z rodzicami w tytułowym domu na odludziu i pływać w jeziorku, postanawia odwiedzić przyjaciółkę. Przyjaciółka to dość szemrana, wobec czego szybko lądują w pokoju nieznajomego chłopaka, z którym palą trawkę. Wesoły nastrój zakłóca przybycie towarzyszy nieznajomego chłopaka, którzy okazują się psychopatami. I tak od słowa do słowa, wszyscy do wieczora znajdują się w rodzinnym domu Collinwoodów, którzy stają przed koniecznością obrony własnego życia.

Głośny debiut Wesa Cravena to było coś. Film wielokrotnie cięty wzdłuż i wszerz, żeby można go było pokazać w kinie (ostatecznie ostała się jakaś godzina filmu, reszta poszła pod nożyczki), wzbudzał wśród jego widzów popłoch i przerażenie. Dosadnie pokazana przemoc, wielominutowy gwałt i totalny brak jakichkolwiek zahamować u głównych złoczyńców złożył się na film kultowy, jeden z wielu kultowych filmów lat siedemdziesiątych, które łamały jedną barierę za drugą.

A dzisiaj co można złamać? Nogę wychodząc z kina, bo nic więcej. Wykastrowawszy zatem film z kontrowersji zostaje nic więcej poza typową opowiastkę „zabij albo zostaniesz zabity”. Co więcej, wszelka próba poprawy na lepsze tego, co już jest dobre, nigdy nie przynosi nic dobrego. Pozbyto się co prawda durnego wątku policjantów, ale to było tak oczywiste, że gdyby scenarzyści na to nie wpadli, to na pewno montażysta by na stole wziął i w pizdu wyciął. A co poza tym? Gorsze i łopatologia. Mari XXI wieku świetnie pływa. No ciekawe czemu, pamiętając co stało się z oryginalną Mari). Colinwoodowie niedawno stracili syna, a ten nieznajomy od trawki jest podejrzanie sympatyczny i dobroduszny. No, doprawdy, ciekawe czemu. Co zaś najgorsze – oryginalni Colinwoodowie postanowili wszystkich badgajów powybijać i z zimną krwią zapolowali na nich zastawiając na nich sidła czy to mocnego uchwytu szczęki czy znów odpalonej piły mechanicznej. Colinwoodowie XXI wieku wybijają badgajów, bo innego wyjścia nie mają. Woleliby uciec, ale to se ne da, więc wybijają. Niby różnica niewielka, a jednak duża jak senność, która mnie właśnie ogarnia. Zemsta, wiadomo, najlepiej smakuje podana na zimno. A takie zabijanie, bo trzeba to już absolutnie nie to samo.

Dopiero na sam koniec scenarzyści sobie trochę przypomnieli o oryginale i dołożyli do pieca, a raczej do kuchenki mikrofalowej. Ale to już było za późno i niestety, ale wyszła z tego absolutnie totalna bzdura.

Oglądać się jednak da, więc dobrodusznie 3(6), choć, jak już kiedyś pisałem, oceny poniżej 4, to u mnie i tak tak jakby 1.

Dobra, nie chce mi się dalej. Dobranoc.
(837)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.