Sekretne życie pszczół [The Secret Life of Bees]

Rewolucja w reckach. Zamiast się męczyć psychicznie, że nie dam rady napisać długiej recki, doszedłem do wniosku, że lepiej napisać krótszą, a w ogóle napisać. W końcu kto powiedział, że mam udawać, że mam co do napisania! No!

Historia z dość popularnego gatunku pt. „każdy pisarz miał kiedyś czternaście lat i zdarzyło się w jego życiu coś ciekawego”. Oczywiście zdarzenie to nie może być trywialne, np. „zepsuł mi się rower i całe wakacje siedziałem w domu i pisałem”, bo nikt by o tym filmu nie zrobił. To musi być coś innego. Podróż tylko po to, żeby zobaczyć trupa, wycieczka do Toskanii, gdzie mieszka stary pijak, dawny full wypas pisarz, wyczajenie w swojej murzyńskiej dzielnicy kolesia, który dostał Pulitzera, a potem przepadł bez śladu, czy inna tego typu historia. Młody, wrażliwy człowiek, który w przyszłości chce zostać pisarzem z pewnością skorzysta z tej życiowej lekcji.

Bohaterką „Sekretnego życia pszczół” jest czternastoletnia Lily (Dakota Fanning, która urosła już na tyle, że się zaczyna całować), która dziesięć lat wcześniej zabiła swoją matkę. Teraz pragnie poznać ją bliżej i w tym celu wybiera się gdzieś tam, gdzie spotyka trzy murzyńskie kobitki produkujące miód (pszczoły produkują, a one je zbierają, moi drodzy zboczeńcy) – Maj, Czerwiec i Sierpień (nie wiadomo, dlaczego brakuje Lipca). A że mamy lata sześćdziesiąte to Ameryka jest właśnie na skraju wywalczenia równouprawnienia dla kolorowych, z czym kilku twardogłowych mieszkańców południa nie może się oczywiście pogodzić.

Siedzę w tak bardzo wygodnej pozycji do siedzenia i niewygodnej do pisania, że cud będzie, jak nie zrobię dużo literówek.

Wszystko już w zasadzie o filmie wiadomo z tego, co napisałem powyżej. Sądząc z napisów końcowych jego pomysł zrodził się pewnej gorącej nocy, gdy Jada Pinkett Smith skończyła czytać książkę autorstwa Sue Monk Kidd i obudziła chrapiącego obok Willa Smitha. I tak długo mu wierciła dziurę w brzuchu, że postanowił dla świętego spokoju pomóc jej wyprodukować ekranizację owej książki. Jada dała mu całusa i wzięła się do roboty, nazwiska Smithów zgoniły przed kamerę spory kwiat afroamerykańskiego żeńskiego aktorstwa i śpiewactwa (Queen Latifah, Jennifer Hudson, Alicia Keys, Sophie Okonedo) i tak powstał ten bardzo sympatyczny film.

Momentami także i w tym sympatycznym filmie zbiera się na burzę, ale ogólnie akcja płynie sobie powoli do przodu, a widz sobie spokojnie czeka na rozwiązanie takiej sobie tajemnicy z przeszłości. W międzyczasie można pooglądać fajne krajobrazy, nauczyć się wielu mądrości o pszczołach i pozastanawiać się ile na product placement wybuliła Coca Cola. Gdzieś tam w drugim planie przemycany jest również dość aktualny wątek – oto dwie bohaterki filmu nie mogą się doczekać, kiedy po raz pierwszy dane im będzie głosować i mają gdzieś, że wciąż żyją w świecie, w którym biały człowiek z kijem może sobie zabrać „niggera” do lasu i wrócić bez niego. Paralela z pierwszym Afroamerykaninem na stołku prezydenta najmocniejszego mocarstwa oczywista.

Typowy film na 4(6) czyli bez wariactw, ale i bez ziewania. Kino bardziej babskie niż męskie i pewnie gdyby autor tej recki nosił spódnicę (choć jest gejem to nie nosi ;P) to ocena byłaby większa. Ale z drugiej strony: czy 4(6) dane przez faceta (podejrzewanego o gejostwo, ale faceta) dla całkiem babskiego filmu to niska ocena? Nie wydaje mnie się.

No i prawda, że krótsze recki są lepsze? ;P
(759)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.