Horton robi sztuczki w Mississippi

Cóż jam też jeszcze widział ostatnio. Obawiam się, że nic wyjątkowo nowego. A z tych starszych to tak w telegraficznym (standardowo…) skrócie.

„Sztuczki”

Kolejna odsłona Bemowskiego Przeglądu Filmu Polskiego. Opowieść o rodzeństwie, które mieszka sobie w Wałbrzychu i zajmuje się kopaniem z życiem. On, chłopiec, tęskni za ojcem, który opuścił jego mamę kiedyś tam, ona stara się dostać pracę we włoskiej firmie. I tak dzień za dniem… Kolejny film twórców „zmruż oczy”, którego wytrzymałem jakieś piętnaście minut.

Natomiast „Sztuczki” wytrzymałem całe.

„Sztuczki” to specyficzny film do oglądania którego wybitnie trzeba mieć odpowiedni humor. Jeśli go brak, to człowiek odpadnie po paru minut snucia się bohaterów po ekranie. Być może brak humoru załatwił mi „Zmruż oczy”, nie wiem i się raczej nie dowiem. Wystarczy mi, że przebrnąłem przez „Sztuczki” i nawet mi się podobało, choć tak do końca nie wiem nawet co.

To powolny film zbudowany głównie z dobrych zdjęć, ciekawej muzyki i z przewijających się po ekranie widoczków polskiej prowincji ożywianych słowiańskimi wdziękami (tak piszą w gazetach, ja tam zdania nie podzielam) Joanny Liszowskiej w kostiumie kąpielowym. Zapis prowincjonalnego życia wśród odrapanych budynków i pustych ulic zalanych letnim słońcem. Fabuły tu właściwie zero i nie ma się spodziewać seryjnego mordercy ani innych tego typu rzeczy, ale opowieść wciąga i ciekawość zakończenia perypetii sympatycznego rodzeństwa (szczególnie żeńska część rodzeństwa – bardzo sympatyczna) trzyma przed ekranem do końca. Sam koniec otwarty na dowolną interpretację – mam oczywiście swoją, ale nie powiem, bo będzie spoiler. Z ciekawości przerzuciłem sto wątków na Filmwebie i tylko w jednym znalazłem echa podobnej opinii. Choć przeglądałem tylko pierwsze posty, a nie całe wątki.

Przydałoby się więcej tytułowych sztuczek, bo ich ilość w filmie i tak każe się zastanawiać, czemu akurat „Sztuczki”, ale widać twórcy filmu bujają w obłokach i mają swoją wizję kina zalatującą włoszczyzną. W każdym bądź razie na tyle, żeby nie dać widzom tego, czego mogli by oczekiwać. Albo się więc bierze film taki, jakim jest, albo nie ogląda wcale, bo po co potem narzekać. Na swój sposób to nawet fajne, takie przywiązanie do swojej wizji i się sprawdza. Film bądź co bądź będzie walczył o Oscary. Ale nie powalczy, bo w Usiech takich filmów to oni mają na pęczki. Równie dobrze „Dandelionowi” mogli dać Oscara i setkom jemu podobnym.

***

„Horton słyszy Ktosia” [„Horton Hears Who”]

Wspominałem już kiedyś, że nie lubię animków? Po Hortonie nie lubię ich dalej.

Bohaterem filmu opartego na książeczce dla dzieci jest tytułowy Horton – słoń, który pewnego dnia słyszy wołanie z kwiatka. Drogą dedukcji kombinuje, że na kwiatku toczy się życie. I rzeczywiście, całe miasto tam pobudowane, a w mieście mieszka cała zgraja grinchów. No i normalnie olaboga, bo kwiatek może zostać zniszczony a razem z nim Ktosiowo. Horton niczym Frodo podejmuje się misji – zaniesie kwiatek tam, gdzie będzie bezpieczny. Kwiatek, nie Horton.

Takie tam pitolenie animowane, którem przeziewał od początku do końca. Jak się jednak ma na wychowaniu przez pół dnia juniorkę rodu, to trzeba bajki oglądać (taka tam darmowa lekcja, którą wyniesiecie dzisiaj z Q-bloga). A juniorka wybredna, wszystko widziała. Wolała „Madagaskar 2” dzięki czemu dowiedziałem się, że tego jeszcze nie ma. No i padło na Hortona. Wiedziałem, że się zanudzę i się nie pomyliłem.

Juniorka też zachwycona nie była, co dużo więcej mówi o filmie niż moje utyskiwanie. Asiek, który wzrusza się na beleczym, również nie wyglądała na szczęśliwą choć ze trzy razy się zaśmiała i miała nieograniczony dostęp do zwierzaczków, co zapewne podniosło w Jej oczach wartość produkcji.

Morał: doprawdy, jest dużo więcej lepszych animowanych filmów od tego. Są nawet takie, które i mi się podobają stając się automatycznie wyjątkiem od reguły.

***

„Mississippi Masala”

Podczas kompletowania filmografii Denzela Washingtona (jego w przeciwieństwie do animek lubię) wpadł mi w łapy ten film Miry Nair, o którym nie miałem pojęcia, że istnieje. Zainteresował mnie od razu, bo…

Uganda za panowania Idi Amina. Masowe wysiedlanie ludności napływowej odbija się czkawką również w życiu rodziny głównej bohaterki filmu. Mina i jej rodzice zostają, mówiąc wprost, wykopani z kraju. Indyjscy potomkowie sprowadzanych do Afryki robotników do budowy torów kolejowych nie są mile widziani i wyjeżdżają do Stanów, choć bardzo tego nie chcą. Ojciec z miejsca zabiera się za wysyłanie skarg do ugandyjskiego rządu, a w międzyczasie jego córka wpada (dosłownie) na przystojnego Murzyna Demetriusa (Denzel Washington).

Bardzo ciekawy film, w którym godnie z masalowym tytułem pomieszane zostały dwie odmienne kultury, które nagle znalazły ze sobą wiele wspólnego (szczególnie Mina i Demetrius i nie był to jedynie wspólny język). Całość osadzona na południu Ameryki, a tam wiadomo, Murzyni lekko nie mieli. Wątek białej dominacji został jednak usunięty na bok, a głównym tematem jest próba połączenia dwóch odrębnych kultur w wyniku czego, jak się okazuje, sama miłość nie wystarczy. Nasza zakochana dwójka staje więc co trochę przed problemami płynącymi na nich z różnej strony i jakoś próbuje z nimi walczyć. Całość utrzymana jest jednak w lekkim tonie i nie ma się co martwić, czy aby nie jest to za ciężki film do oglądania. Nie jest. W zamian za to jest ciekawy i podczas oglądania znów doszedłem do wniosku, że wolę takie obyczajowe historie niż wojenne napieprzanki. Szczególnie te kręcone ostatnio. Wojenną napieprzankę się obejrzy i zapomni, natomiast do bohaterów filmów obyczajowych, jeśli są dobre, człowiek się łatwo przekonuje i zaczyna im kibicować czekając na rozwój sytuacji. Choćby problemem były kłopoty z biznesem branży dywanoczyścielniczej.

Dodatkowym plusem podczas seansu jest znajomość Bollywoodu. Bez niego film straciłby wiele smaczków. A tak to się człowiek zastanawia skąd zna tę, czy tamtą gębę oraz, gdzie słyszał tę piosenkę. Jest tu więc kawałek, o którym już pisałem, a nie chce mi się szukać w archiwum bloga, co to za kawałek, jest śpiewana modlitwa, którą po dużym wysiłku intelektualnym rozpoznałem, jako modlitwę Hrithika i Kareeny w „Czasem słońce, czasem deszcz”. Jest też koleś z „Superstara”, do którego zrobiłem napisy, a którego nikt nie ogląda i mam w anusie, więcej nie tłumaczę jakichś niepopularnych pierdów. No i koleżka, którego uśpił T-Bag w „Prison Breaku”.

Dobry i sympatyczny film obsypany nagrodami na festiwalu w Wenecji.
(697)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.