Where in the World Is Osama Bin Laden

Twórca głośnego „Super Size Me”, Morgan Spurlock, doszedł do siebie po wepchaniu w siebie (dziwna konstrukcja) kiloton hot-dogów i nakrecił kolejny film. Cienki niestety.

Zaczyna się intrygująco. Narrator Morgan informuje widza, że jego kobieta spodziewa się dziecka. Przyszły tata wpada w panikę i postanawia zrobić wszystko, żeby jego dziecko wychowywało się w bezpiecznym świecie. Na tornada, grad i koklusz nic nie jest w stanie poradzić, ale nauczony setkami filmów sensacyjnych, w których samotny bohater ratuje cały świat i pół Marsa wie, że w jednostce siła. Postanawia więc szarpnąć się na zapewnienie światu świętego spokoju i wolności od terroryzmu. Tak jest, Morgan odnajdzie Osamę Bin Ladena. Nie wiadomo tylko, co z nim zrobi, gdy już go złapie. No ale to melodia przyszłości dopiero.

Miał być dzisiaj u mnie dokumentalny ale póki co na tym jednym filmie się skończyło i biorąc pod uwagę oglądanie batów, jakie nam właduje Barcelona, ciągu dalszego dokumentalnego wtorku raczej nie będzie. A szkoda, bo to oznacza, że skończy się on niezbyt pozytywnie na takim sobie filmie, który miał ambicje do stania się czymś fajnym, ale poszedł w zupełnie innym kierunku.

Spurlock, uważny słuchacz na uniwersytecie imienia Michaela Moore’a, raczy widza dokumentem okraszonym ironicznym komentarzem i cały czas przewijającym się kpiarskim tonem, który towarzyszy nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach. Jest ich tu trochę, ale jakoś tak średnio wierzę, że naszemu reżyserowi, scenarzyście i narratorowi w jednym, gdy ledwo tylko wystawił nogę z humweego na piaszczystą ziemię Afganistanu, od razu zagrozili niedobrzy terroryści i musiał uciekać w środku wywiadu. A wracając do ironicznej narracji to mi ona wcale nie przeszkadza (wręcz przeciwnie) tyle tylko, że towarzyszy półtoragodzinnym nudom. Zamiast polowania na Bin Ladena, Spurlock wdaje się w dyskusje o problemach Muzłumanów, Żydów, Palestyńczyków, Marokańczyków i innych Arabów – polowanie na Bin Ladena jest tylko pretekstem ku temu.

W wyniku tych nudów autor odkrywa, że świat jest pełen ludzi, którzy chcą spokojnie żyć, wykształcić swoje dzieci i mieć swobodny dostęp do bieżącej wody. WOW. Amerykańskich widzów być może zaskakuje też w tym filmie przemycana co jakiś czas informacja, że są na świecie ludzie, którzy, uwaga, nie lubią Amerykanów! Jak to? Tych niezłomnych bojowników o demokrację nikt nie lubi…? Innych widzów raczej to nie zdziwi.

Film zmierza donikąd i właśnie tak „w dupie” się kończy. Morgan dochodzi do wniosku, że jego kilkumiesięczna wędrówka była dobrym pretekstem do poznania nowych ludzi i że ważniejsze od znalezienia Bin Ladena jest asystowanie żonie przy porodzie. Zresztą, już sam pomysł szukania Bin Ladena, bo ma się zonę w ciąży jest kulawy i trudno spokojnie słuchać żalów Spurlocka, że beee, on się tu po pustyni wilki jakieś, a w domu czeka ciężarna żona. To po kiego grzyba wyjeżdżał? Równie dobrze mógł to zrobić pod byle innym pretekstem dwa lata później. Do tego czasu i tak nikt Bin Ladena nie złapie, bo komu się to opłaca?

Jednym słowem: nuda. Trzeba było posłuchać wewnętrznego głosu, który podpowiadał mi, żeby drugi raz obejrzeć „Sicko”

(663)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.