Trzy albo i cztery w jednym (1)

Obejrzałem ostatnio parę filmów i w sytuacji, gdy chcę uzbierać 1000 recek to grzech, żeby o żadnym z nich nie napisać. Odkładam na potem, potem, potem, filmów się zbiera i potem recek nie będzie… Trza to ukrócić i załatwić sprawę w jednej notce! Jadziem zanim uśniem!

„Na pewno, byc może” [„Definitely, Maybe”]

Will Hayes [Ryan Reynolds] właśnie rozwodzi się ze swoją żoną (?) (a można rozwieść się z obcą żoną). W wyniku afery z lekcjami wychowania seksualnego (sic!), córka Willa, Maya (Abigail Breslin) prosi go, żeby opowiedział jej o kobietach swojego życia. Okazuje się, że były trzy, a jedna z nich została jego żoną. Will postanawia pozmieniać ich imiona, a Maya ma sama dojść do tego, która z nich jest jej mamą (żoną Willa, bo zdaje się pogmatwałem 😉 ).

Całkiem niezły film z potencjałem, który nie został w pełni wykorzystany. A może potencjału było za mało, żeby zrobić coś lepszego? Hmm, chyba to drugie. W każdym bądź razie zaczyna się fajnie, kończy się fajnie, ale w środku jest nudno i irytująco momentami (ja się irytowałem). A jest tak głównie dzięki postaci córki głównego bohatera, której lepiej, żeby nie bylo. Nie dość, że w jej roli występuje Abigail Breslin, która najwidoczniej po dostaniu nominacji do Oscara za „Małą miss” uznała, że jest drugą Shirley Temple i chyba troszeczkę sodówa jej do głowy uderzyła. Przynajmniej, jeśli idzie o aktorstwo, bo jest tutaj wyjątkowo zmanierowana i momentami robi miny, które pasują do rozpuszczonej córki milionera („ach, znowu kolacja z angielską królową? to takie pospolite!”), a nie do dziecka, które jest ciekawe przeszłości swojego rodzica. Mnie to przeszkadzało, co poradzę. A i sama postać Mai średnio potrzebna, bo tylko przerywa opowieść swoimi uwagami (opowiadając to, co przed chwilą zobaczyliśmy – pewnie na wszelki wypadek, gdybyśmy nie zrozumieli, co zobaczyliśmy), a jej śledztwo sprowadza się mazania kredkami po kartce i robienie „zastanowionej” miny. Zdecydowanie najsłabszy element tego filmu.

Fajne natomiast przedstawione są stosunku Willa z jego dziewczynami (Isla Fisher, Rachel Weisz, Elizabeth Banks (ciekawe czy było to zamierzone, gdy powiedziała, że wzięła „red eye” i przyleciała) ) i to najlepsze co w „Na pewno, być może” możemy pooglądać. Spodziewałem się komedii romantycznej, ale to bardziej film obyczajowy i w sumie dobrze, bo komedii romantycznych ostatnio za dużo chyba. A i dodatkowy plus dla Reynoldsa, który raczej pojawiał się do tej pory w innym repertuarze.

„Na pewno, być może” to też skok wstecz do czasów, gdy Ameryka i cały świat pasjonowały się aferą Billa Clintona i Moniki Levinsky, ale ta nostalgia średnio na ekranie wygląda, bo jakoś nie było widać, żeby akcja działa się w niedalekiej, ale bądź co bądź przyszłości. Ryan Reynolds zaczyna opowieść, ciach, ten sam Ryan Reynolds fafnaście lat wcześniej. Nie widziałem tego, co w filmach lubię najbardziej, czyli tego, co też na przestrzeni lat dzieje się z bohaterami filmu. Tu raczej miałem wrażenie, że całość odbywa się w przeciągu paru miesięcy, co najwyżej. No i jeśli jeszcze mam się przypieprzać, to może tego, ze tak naprawdę to nie wiadomo, co Willowi i żonie za niedola, że się rozstają. Cała opowieść w zasadzie po nic. A raczej po to, żeby Will zrozumiał to, co widz rozumie już mniej więcej po pół godziny filmu. 4(6)

***

„Chocolate”

Zin i jej córka Zen (a może na odwrót? nie chce mi się sprawdzać) ukrywają się (choć w sumie do konca to nie wiem, bo średnio im to ukrywanie się wychodzi) przed tajlandzką mafią. Zen jest autystycznym dzieckiem z pociągiem do muay-thai. Dobrze się składa, bo Zin jest ciężko chora i potrzebuje pieniędzy na leczenie. A że ma duzo dłużników, to Zen razem z przyjacielem jeżdżą od jednego do drugiego, spuszczają im łomot (głównie Zen) i odbierają zaległą kasę.

„Chocolate” to kolejny film tajlandzkiego reżysera Prachyi Pinkaewa, który na salony filmowe wprowadził niesamowitego Tony’ego Jaa. A teraz zamienił chłopaka na dziewczynę i pokazał światu nastoletnią (taaa, jasne, laska ma 24 lata), uwaga, trudne słowo, Yanin Vismitanandę.

I tak powstała kobieca wersja „Ong Bak” – opisywany tu i teraz „Chocolate”.

A skoro już wsponiałem o „Ong Bak” to trzeba sobie jasno powiedzieć, że „Chocolate” może co najwyżej polerować buty swojemu męskiemu poprzednikowi. Serio, nie ta sama liga. Filmowo nie ma ich, co porównywać, bo i w jednym i w drugim nie ma scenariusza (choć OB w przeciwieństwie do C na przewijaniu nie oglądałem…), ale pod względem walk OB bije (hehe) C na głowę i jeszcze poprawia z łokcia. Zen co prawda uczy się z filmów z Tonym Jaa oglądanych w telewizji i rzeczywiście, jej wyczyny (głównie gimnastyczne) robią wrażenie, ale Tony Jaa, to Tonny Jaa. Tony jak, za przeproszeniem, pierdolnie to z łba nie ma co zbierać. Yanin jak da kopa to nie dość, że nie dojdzie celu, to jeszcze kopnięty przeciwnik leci na pół kilometra i zatrzymuje się poza zasięgiem wzroku kopiącej. I właśnie te lekkie ciosy, które nie dochodziły celu najbardziej mnie przez wiekszość filmu denerwowały (im dalej tym lepiej w tym temacie, ale i tak bez problemu widać, że w rzeczywistości Yanin mogłaby sobie kopać i kopać do woli, ale takim kopniaczkiem krzywdy by nikomu nie zrobiła (nie znam się na sztukach walki! mniemam!). A jeśli ktoś mówi, że pod tym względem obydwa wspomniane filmy są takie same, to może niech obejrzy jeszcze raz „Ong Bak”. No i niestety istnienie OB jest największym bólem „Chocolate”. Po co oglądać Yanin, kiedy można obejrzeć Tony’ego? Kaskaderów mieli lepszych w OB, czy co?

Tak, wiem, że po zakończeniu filmu z migawek z planu wygląda na to, że pitolę głupoty, ale ja tam podejrzliwy jestem i myślę, że nie ma, co wierzyć w te migawki. Znaczy nie, pewnie krzywdę sobie w pokazywanych momentach robili, ale tylko w nich. Poza tym było bezpiecznie i nikt nawet guza sobie nie nabił. Umyślnie przesadzam, ale myślę, że te końcowe urywki z planu to perfidna manipulacja widzem. O!

No i wstyd dla Yanin, że używa sznurków. Tony robił wszystko bez wspomagania. 3(6)

No bo wiecie, gdzie tam „Chocolate” do tego:

***

Znów miało być krótko… A wyszło tyle, że musze na dwa razy, bo treść wpisu za długa, wrr…(651)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.