Frontière(s)

Czworo młodych ludzi świeżo po dokonaniu napadu na bank (zdaje się) postanawia wydostać się z ogarniętego zamieszkami Bejru… wróć… Paryża. Plan mają prosty – jak najszybciej wyjechać do Holandii i wydać zgarniętą kasę. Po drodze zatrzymują się w przygranicznym hotelu, aby spędzić tam ostatnią noc we Francji. I rzeczywiście, będzie to ich ostatnia noc nie tylko we Francji.

Prawda jest taka, że oglądając ten film Xaviera Gensa, który za cholerę nie wiem, jakim cudem został wybrany do nakręcenia „Hitmana” (którego jeszcze nie widziałem, więc nie wiem, czemu się dziwię, że akurat Gens go nakręcił 😉 ), układałem sobie w głowie przyszłą reckę, która miała być skomponowana z tych elementów, który rozbawiły mnie do rozpuku i sprawiły, że brechtałem wprost do ekranu przez 2/3 filmu. Nie ma to, jak pisanie krytycznej recki i możliwość wyżycia się na obejrzanym właśnie filmie z poziomu kolesia, który nigdy żadnego filmu nie nakręcił, a się mądrzy. Tyle, że film się skończył i doszedłem do wniosku, że ta moja recka nie może być aż tak bardzo krytyczna, bo byłaby nie w porządku w stosunku do filmu, który wcale taki zły nie był, jak wskazywałby jego początek (czyt. 2/3 filmu).

Nie zmienia to faktu, że te 2/3 rzeczywiście były zabawne na zmianę z byciem nudnymi. Tak to już niestety jest, że każda nawalanka musi mieć jakiś wstęp i nie wiem, dlaczego filmowcy uparli się, żeby zawsze trwał jakieś 50 minut. Czasem udaje się całkiem sprytnie zagospodarować ten czas, ale w przeważającej większości człowiek się nudzi podczas seansu i czeka na to, aż komuś zacznie się dziać krzywda. Scenarzyści kombinują, wymyślają jakieś fabuły, a przecież i tak wiadomo, że chodzi tylko o to, żeby parę osób zginęło na ekranie w efektowny sposób, tak? W efekcie człowiek musi się irytować z trzęsącej się jak galareta kamery za pomocą której symuluje się zamieszki uliczne, choć na ekranie pojawia się tylko pięć osób na krzyż, łapie się za głowę, gdy w pierwszym z brzegu hotelu bohaterowie załapują się na darmowy seks (zupełnie nie kumam czemu ta przyjemność spotkała muzułmanina i siakiegoś cholera wie kogo (nie chce spoilerować [LOL], ale to dość ważna na moje oko kwestia z tym pochodzeniem bohaterów), a jeszcze bardziej nie kumam, dlaczego tak wielkie nadzieje filmowa rodzina sadystów wiązała z główną bohaterką filmu – Yasmine, z takim imieniem i sporym nosem, to kim ona może być? Khhm, Tajem?), a potem na dokładkę patrzy się na dwójkę bohaterów, którzy zamiast spier#$#!@ do lasu, to włażą do szybu opuszczonej kopalni, a potem wpełzują w najwęższą z możliwych dziur i tam przeciskają się cholera wie gdzie. A no i byłby zapomniał o najlepszej scenie – pierwszym wejściu diabolicznego dziadka! To była dopiero śmiechu kupa…! No, ale może kiedyś doczekamy się filmu, w którym w piątej minucie zaczynają się polowania z siekierą, a głównymi bohaterami jest autokar wiozący na wycieczkę z 50 osób, żeby było kogo zabijać przez półtorej godziny filmu, a nie gonić jednego ktosia przez pół godziny po ruinach starej rzeźni.

No i byłbym przeżył te głupoty i przydługie wprowadzenie, gdyby od czasu do czasu polała się posoka w ilościach zapowiadanych w zapowiedziach filmu. Tyle, że i tego było jak na lekarstwo, a jeśli już to jakoś tak wyjątkowo lightowo odbywały sie przymiarki do rzezi (najlepszy był kolo, który ze stoickim spokojem przyjął pięć ran kłutych w plecy, postrzał w przednią część ciała i przysranie mu takim młotem fest półtorakilowym – nie miał nawet siniaka do samego końca filmu). I właśnie dlatego, w głowie układał mi się paszkwil na temat „Frontière(s)”. Aż tu nagle zaczęło być całkiem przyjemnie i mi przeszło. Dużo do szczęścia widać nie potrzebuję.

Sumując wszystkie za i przeciw (wiem, wiem, jeszcze nie wymieniłem żadnych za) wychodzi jakieś 3+(6). Te za to głównie finałowa napieprzanka naprawdę bardzo solidnie ociekająca krwią. Warto się przemęczyć przez większą część filmu, żeby dotrwać do finałowych minut. Wtedy w końcu zaczyna się dziać. Oczywiście dla każdego normalnego widza już wcześniej się dużo dzieje, bo nie jest to na pewno film zupełnie normalny na umyśle, ale dla zaprawionych w bojach weteranów wrażenia byle kanibalizm wywołać nie może.

A skoro już o weteranach mowa, to nie wiem czy w całym „Frontière(s)” jest choćby jeden oryginalny kawałek. Cały film ułożony jest z motywów znanych już od dobrych czterdziestu lat (to w sumie straszne, że już czterdzieści lat temu robiono takie filmy; kino w miejscu stoi czy co? a może raczej kręci się w koło własnego ogona) i nie ma w nim nic, czego nie można by zobaczyć wcześniej w podobnych produkcjach. „Wzgórza mają oczy” czy „Teksańska masakra piłą mechaniczną” to najbardziej oczywiste tytuły, jakie przychodzą do głowy po seansie. Oprócz nich jest cała masa pojedynczych motywów, które już były. Jest ulubione ostatnio przez horrorowych filmowców odstrzelenie kilku palców u dłoni, w powietrzu unosi się zapach „Hosteli” (po Słowacji i Brazylii przyszła pora na obrzydzenie turystom pogranicza Francji), jest jeden z bohaterów, który obowiązkowo co jakiś czas ogląda świat przez obiektyw swojej cyfrowej kamery, jest katar, który wymyślił dla kina „Blair Witch Project”, jest czołganie się wąskim kamiennym korytarzem wypisz wymaluj wydarta prosto z „Zejścia”, jest też w końcu scena z trajzegą podebrana niejako z „Haute Tension”. A skoro o „Haute…” mowa, to jest w „Frontière(s)” ulubiona przez francuskich horrorotwórców ociekająca krwią heroina. Bo we francuskim horrorze nikt się tak dobrze nie potrafi obsługiwać trajzegi jak kobieta.

Do kina nie ma co iść. Lepiej obejrzeć w domowych warunkach z rewindem fastforwardem of koz pod ręką.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl