Projekt 1000, Część 2

„Trudny do zabicia” [Hard to Kill”]

Nie jest specjalnie ciężko zorientować się kto rządził w kinie przełomu lat 80. i 90., bo z takich lat pochodzą początki moich zbiorów. Nieprzypadkowo w części pierwszej, co rusz wpadaliśmy na nazwiska typu Dolph Lundgren i Lorenzo Lamas, a w części drugiej wcale nie będzie inaczej. Zresztą, widać, że teraz kolej na Stevena Seagala. Ten mistrz sztuk walki, były ochroniarz szacha Iranu (o ile mi się pamięć nie lasuje) rozpoczął karierę od dość nudnego filmu, króry nie wiem dlaczego zrobił karierę. Tym filmem był „Nico – Ponad prawem”, a od jego czasu każdy następny film z Seagalem figurował na pirackich straganach jako Nico część kolejna. „Trudny do zabicia” aka „Wygrać ze śmiercią” to było „Nico 2” według pirackich wydawców, „Naznaczony śmiercią” – „Nico 3”, „Szukając sprawiedliwości” – Nico 4″, „Oblężenie”… no tu już ktoś się zorientował, że poprzednich czterech filmów nic poza aktorem występującym w roli głównej nie łączy i, przynajmniej w moich rejonach, i nikt „Oblężenia” nie nazwał per „Nico 5”. Zresztą z pirackimi tytułami zawsze były jaja, ale na te ciekawostki przyjdzie czas przy okazji całej serii „Karate Tygrysów”. A wracając do Seagala to jakiś czas potem po „Oblężeniu” wypadł z samolotu i nic już nie było takie samo jak wcześniej.

Mason Storm (Seagal) to gliniarz z Los Angeles, któremu nie ma co w kaszę dmuchać. No, ale bandziory mu podmuchały, Storm przeleżał w śpiączce siedem lat, a gdy się obudził przyszedł czas na srogą pomstę.

Klasyka „pirackiej ery video”. Seagal w najlepszej formie celujący bandziorowi między nogi, pociągający za spust i ze zdziwieniem stwierdzający, że myślał, że bandzior ma większego. Swoją droga ciekaw jestem czy teraz tak samo fajnie by się to oglądało, czy może film nie różniłby się niczym od aktualnych mordobić z byłymi gwiazdami sportów walki. Trzeba by kiedyś sprawdzić, choć życia nie starczy. Tak czy siak film rządził i dzielił, a pierwszy zgrzyt, jaki sobie przypominam w temacie mojego podejścia do filmów z Seagalem to dopiero „Szukając sprawiedliwości”. Nie licząc oczywiście „Nico”, na którego już kręciłem nosem wyżej, ale ten widziałem jakoś później.

***

„Robin Hood – Książę złodziei” [„Robin Hood – Prince of Thieves”]

O Costnerze pisałem już w poprzedniej części, a „Książe…” był następnym filmem po obsypanym złotymi golasami „Tańczącym z wilkami”. Wszyscy czekali z niecierpliwością, co też zaprezentuje podwójny laureat Oscara, ja również. Pamiętam, że śledziłem w „Bravo” (boszsz) wieści z planu i czytałem jak się tam z podziwem rozwodzili, jaki to Costner jest odważny i jaką ma wizję. Bo rozchodziło się o to, że kostiumolog przyniósł mu zielone wdzianko Robin Hooda rodem z filmu z Errolem Flynnem, a Costner się tylko zaśmiał i zaproponował taki strój, jaki mogliśmy zobaczyć w filmie.

No i oczywiście o piosence Bryana Adamsa było, co trochę, bo jakże by inaczej.

Ech, człowiek się wtedy musiał namodzić, żeby sobie skombinować tę piosenkę (i każdą inną), a teraz kilk i voila.

Jak sobie przypomnę, w jakiej kopii po raz pierwszy widziałem „Księcia złodziei” to dzisiejsze kinówki wydają się być przynajmniej dvdripami. Nie było nic widać poza ludźmi na widowni kina, ale to dobrze, bo przynajmniej zasłaniali chińskie napisy :) Tak sobie myślę, że może to przez to film nie za bardzo mi się podobał. No, ale potem poszedłem do kina i było już OK. Zresztą „Księcia…” do dzisiaj co jakiś czas oglądam z wielką przyjemnością i wciąż durne zakończenie mi nie przeszkadza. Na dobrą sprawę ocenić ten film mogę tylko i wyłącznie na 6(6), bo według mnie nic a nic się nie zestarzał i spokojnie można po latach do niego wracać. No, ale co się dziwić. Costner w najwyższej formie, Freeman u progu wielkiej kariery i Alan Rickman, który jak zwykle ukradł cały film dla siebie. A i jeszcze Christian Slater do kolekcji. Bo o Mary Elisabeth Mastrantonio to nie można za wiele powiedzieć poza tym, że wystąpiła w tym filmie.

***

„Krwawy sport” [„Bloodsport”]

Klasyka absolutna. Megaklasyka. Klasyka przez duże K… Brak słów, żeby opisać, jaka to kiedyś była klasyka. Klasyka, w której występował Forest Whitaker, ale nikogo to nie obchodziło. No bo co kogo miał obchodzić jakiś tam Whitaker, gdy na ekranie można było podziwiać Jean Claude Van Damme’a i Bolo „Bardzo dobrze, ale cegła nie oddaje” Yeunga.

„Sas war gut – aber ein stein… schlägt niemals zurück!”

Próbowaliśmy to parę razy powtórzyć na niezbyt twardych płatach lodu, ale chyba nigdy nie wyszło. Za to ja umiałem zrobić to:

No, ale to recki mają być, więc… Frank Dux (Jean Claude Van Damme) ucieka z jednostki wojskowej, żeby wziąć udział w kumite. Czyli w czymś takim, co się dwóch ludzi bije, a od czasu do czasu nawet zabija. Oparte na faktach. BTW prawdziwego Franka Duxa można pooglądać podczas walki w basenie w innym filmie z Van Dammem, w którym też uciekł z „jednostki wojskowej” – „Lwie serce”.

Wszystko w tym filmie jest kultowe, więc nie ma nawet się co rozpisywać. Kto go nie zna ten frajer 😉
(617)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.