The Ultimate Gift

Życie Jasona zmienia się diametralnie wraz ze śmiercią jego nieprzyzwoicie bogatego dziadka. Przyzwyczajony do szastania pieniędzmi na lewo i prawo chłopak dostaje tajemniczy spadek, który zarazem daje nadzieję na sporo dodatkowej kasy do szastania, ale i nie daje co do tego pewności. Jedno jest pewne, zanim Jason otrzyma tytułowy dar ostateczny, przyjdzie mu odebrać kilka innych pomniejszych darów, niekoniecznie trafiających mu do gustu.

Obejrzałem! :)

Sympatyczny film, rzeczywiście. Ekranizacja bestsellera Jima Stovalla rozpoczyna się dość tajemniczo i wciągająco. Na odczytaniu testamentu pojawiają się rodzinne sępy, którzy jeden po drugim wychodzą niezadowoleni ze swojego „przydziału”. Pozostaje wnuczek, który nie spodziewa się niczego, a jednak coś dostaje. Co? Tego mamy się dowiedzieć. Szybko się jednak okazuje, że lekcja jaką wyciągnie z tej sytuacji będzie oczywista, a i droga jaką zmarły dziadek poprowadzi głównego bohatera również nie powinna nikogo zaskoczyć. Kwestia tylko tego, jak całą tę historię opowiedzieć, a na to nie można narzekać, bo film ogląda się przyjemnie i nie zauważyłem, żeby mnie jakoś specjalnie nudził.

Arcydzieło to nie jest, to na pewno. Zachwytów z mojej strony się nie spodziewajcie. Na szczęście słaby film to również nie jest, więc ogólny bilans wychodzi na plus. Można się czepiać przewidywalności, lekkiego trącenia banałem (ach, Q, ty to umisz!) i tego, że tak naprawdę, gdy już z grubsza wiemy, o co chodzi z tajemniczym spadkiem, to naprawdę nie ma w tym filmie już do końca czegoś, co mogłoby nas zaskoczyć (pomijam rzeczy, których wydumać samemu się nie dadzą, czyli nagłe podróże do Ekwadoru w połowie filmu; nawiasem mówiąc uważam, że ekwadorski wątek jest niezbyt potrzebny temu filmowi), ale całość jest wystarczająca sympatyczna, żeby to wszystko wynagrodzić. Jest trochę do śmiania, trochę do płaczu, czyli wszystko to, czego potrzeba w takich obyczajowych historiach z morałem. Dodatkowo plusuje dobra obsada z niezbyt znanymi twarzami, które wywiązały się ze swojego zadania poprawnie. A wśród nich Abigail Breslin, która wkrótce po „The Ultimate Gift” zarządziła w „Little Miss Sunshine” i teraz ciekawe czy podąży drogą swojej koleżanki Anny Paquin (choć trzeba pamiętać, że Anna ma Oscara, a Abigail „jedynie” nominację do niego) czy może obierze jakąś zupełnie inną.

Myślę, że w formie książkowej TUG jest dużo lepszy, ale i film „daje radę”. 4(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.