Mr. Woodcock

Dla Johna Farleya (Seann William Scott) nadeszły w końcu dobre czasy. Jego książka zajmuje wysokie miejsce na listach bestsellerów, a zewsząd napływają zaproszenia na wywiady i inne takie. Oprócz nich, John dostaje również zaproszenie ze swojego rodzinnego miasteczka, którego władze pragną wręczyć mu klucz do miasta. John powraca w rodzinne strony, ale wkrótce sielanka zamieni się w koszmar, gdy okaże się, że znienawidzony przez niego nauczyciel WF-u (Billy Bob Thornton) z podstawówki przystawia się do jego mamy (Susan Sarandon).

Świat się kończy. W końcu ktoś nakręcił film ze Scottem, w którym to filmie chłopak mnie nie denerwował. Jeśli myślę o jakimś aktorze, który wybitnie działa mi na nerwy, to właśnie on pierwszy przychodzi mi do głowy. A tu proszę, miał względnie normalną rolę. Tego się nie spodziewałem.

Nie spodziewałem się też wiele po tej komedyjce, której plakat uważam za wyjątkowo bzdurny…

…ale na szczęście nie było tak źle, jak się zapowiadało. Cudów żadnych oczywiście nie ma co oczekiwać, ale nie jest tak do końca źle. Historyjka ograna na tysiące sposobów, ale bohaterowie dość sympatyczni są i starają się nie obrzydzić widzowi seansu obleśnymi żartami, a ja to zawsze doceniam. Troszkę ich w pewnych momentach poniosło, ale można wybaczyć, szczególnie, że śmiałem się z majnejmearlowego Randy’ego, który robił blblblblblblblblblb.

Chciałoby się napisać, że „Mr. Woodcock” to show jednego aktora, ale to za dużo powiedziane. Sarandon pełni rolę obrazka w tle, Scott nie ma wiele do zagrania poza bycie sobą, natomiast dla Thorntona, który kradnie dla siebie ten film, nie sądzę aby tytułowa rola była wielkim wysiłkiem. To taki łagodne wcielenie Złego Mikołaja i sądzę, że nawet się nie spocił kreując tego chama z niezmiennymi poglądami. Zresztą określenie „cham” jest tu nie na miejscu, bo choć przez cały film starają się nas przekonać jaki to pan Woodcock jest zły, to tak naprawdę spoko z niego koleś.

I tak doszliśmy do głównego minusu filmu.

Wszystko ładnie pięknie, ale człowiek przez cały seans zadaje sobie jedno pytanie: o co właściwie chodzi temu biednemu Johnowi Farleyowi? Dlaczego próbuje przekonać cały świat, że jego nauczyciel jest chamem, prostakiem i wieśniakiem skoro tak naprawdę to właśnie dzięki niemu odniósł sukces. Ani przez chwilę nie ma co do tego wątpliwości. 4(6)
(573)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.