„Hatchet”

Bena rzuciła dziewczyna, z którą był od zawsze. Załamanego chłopaka próbują pocieszyć kumple, którzy zabierają go do Nowego Orleanu na Mardi Grass. Bena jednak nie cieszy widok roznegliżowanych panienek i postanawia wyruszyć na wycieczkę po okolicznych bagnach. Razem z przyjacielem i kilkoma osobami ładują się do wycieczkowego autobusu i mają nadzieję, że ta zorganizowana przez lokalnego przewodnika wycieczka okaże się bardziej ekscytująca niż nagie dziewczyny. No przynajmniej Ben ma taką nadzieję.

Sympatyczny filmik zrealizowany według prostego równania: sporo humoru + sporo nagości + dużo krwi = Quentinowi się spodoba. I rzeczywiście to się zwykle sprawdza nawet jeśli oznacza to również brak jakiegokolwiek scenariusza. No bo po co taki? Wystarczy, że właduje się do filmu trochę sitcomowych dialogów no i ma się wyobraźnię w zadawaniu bólu drugiemu człowiekowi. I co prawda wszystko już chyba w dziedzinie tego bólu na ekranie było, ale to zawsze miłe, gdy można zobaczyć, że kino do końca nie zdziadziało i wciąż jeszcze trafiają się sympatyczne odcinania głów łopatą.

Dodatkowo chciałbym pochwalić „Hatchet” za dość nowatorskie podejście do tej części filmu pod tytułem „trzeba jakoś zapełnić te 40 minut zanim zaczniemy zabijać bohaterów”. Raz, że dialogi były autentycznie zabawne (Tony Todd opowiadający w jaki sposób zabrano mu licencję albo wywód Bena nad zajebistością imienia Marybeth), ale głównie podobał mi się ten prosty zabieg, dzięki któremu do fabuły dodano dwie dziewczyny, które co parę minut się rozbierały. I na dodatek było to uzasadnione fabułą (tak, wiem, pisałem, że nie ma scenariusza, ale jakaś tam fabuła mimo to jest)! Zwykle więc początek takich filmów dłuży się i człowiek czeka aż bohaterowie zaczną krwawić, a tutaj za pomocą ww. zabiegu nawet, gdy zaczynało być nudno, to ktoś się rozbierał i już było na co popatrzeć. Za ten pomysł brawa dla autorów filmu. W końcu rzadkością w horrorach itp. są nagie dziewczyny, których obecność na ekranie ma sens.

I to właściwie tyle, bo cóż się tu rozpisywać. Zapewniam, że oprócz wyżej wymienionych walorów jest bardzo krwawo jak na dzisiejsze standardy i osoby wrażliwe na krew raczej powinny tego filmu unikać. Choć z drugiej strony chyba żal odpuszczać ten zabawny film z tak błahego powodu. Sami musicie zdecydować, co i jak. „Martwica mózgu” to nie jest, ale odcięte członki latają na lewo i prawo.

Z innych ciekawostek nie sposób nie wymienić obecności w filmie aż trzech kultowych postaci – Freddy’ego Kruegera, Jasona Voorheesa oraz Candymana. Mowa oczywiście o aktorach kiedyś tam wcielających się w te role. Inna sprawa, że to ostatnio jest bardzo często spotykane – napychanie horrorów „smaczkami” w postaci tych aktorów. Pewno twórcy filmów mają nadzieję, że dzięki temu zapracują na lepszą opinię i będą mogli wciskać kity, że swoimi filmami chcieli oddać hołd klasyce horroru. Choć oczywiście, jeśli kręcą przy tym fajny film, to czemu nie. Szczegół, że wspomnianą trójkę filmowych „monsterów” i tak rozpoznają jedynie nieliczni. Niech będzie, że 5-(6)
(533)

A i jeszcze na koniec indyjski akcent – dzisiaj na TVP2 za jakąś godzinkę, półtorej Indie z trochę innej strony czyli „Przeznaczone do burdelu” [„Born Into Brothels”]

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.