„W stronę słońca” [„Sunshine”]

Słońce umiera, Ziemia cała skuta jest lodem. Grupa śmiałków wyrusza w stronę gwiazdy, aby przywalić w nią bombą i stworzyć gwiazdę w gwieździe (mówią, że to pomoże, ja się nie znam). Jest to druga z kolei podobna misja, wcześniejsza siedem lat temu zakończyła się fiaskiem. Czy los misji powtórkowej będzie podobny?

Zdania o najnowszym filmie Danny’ego Boyle’a były w gruncie rzeczy podobne: kicha. Używanie znaleźli sobie głównie fachowcy od podróży kosmicznych, którzy wytykali kolejne głupoty i nieprawdopodobieństwa tej produkcji. Z jednej strony ich rozumiem, bo sam się czepiam filmów, które opowiadają o dziedzinach, na których jako tako się znam, ale z drugiej zauważyłem, że jeśli o czymś nie mam pojęcia, to jednak dziwię się innym, że psioczą na sztuczną grawitację czy na kosmiczny ogródek. No może nie dziwię, ale nie przeszkadza mi świadomość obecności jakichś tam błędów kłócących się ze stanem naszej nauki. Choć i ja zastanawiałem się nad takimi rzeczami jak to, po kiego grzyba lecieli w stronę słońca ukryci za potężną osłoną skoro sześcian, w którym ukryta była bomba wytrzymywał swobodnie temperaturę bezpośredniej bliskości słońca, a obecnym w środku ludziom nic się nie działo wielkiego.

Jakby nie było, film zaczął się moim zdaniem obiecująco i dość szybko mnie wciągnął. Nie było to może jakieś specjalnie wielkie wciągnięcie, ale wystarczające na tyle, żeby dziwić się tym wszystkim malkontentom. Pomysł ciekawy, realizacja na poziomie (bardziej taki poważny klimat, momentami nawet metafizyczny, a nie atmosfera kosmicznej przygody), kilka znanych nazwisk w obsadzie (Cillian Murphy, który zastąpił na liście ulubionych aktorów Boyle’a Ewana McGregora; Chris Evans, który chyba po raz pierwszy w karierze zagrał kogoś rozsądnego i rzeczowego; moja ulubienica Rose Byrne (jaka ona śliczna; ma ktoś telefon do niej? albo nie, maila, przez telefon się peszę); Cliff Curtis, który ostatnio gra chyba w każdym filmie; no i Michelle Yeoh, która jednak marnuje się w roli, w której nie może sobie pofruwać (osobiście) i kogoś kopnąć z karata) czego chcieć więcej? Na pewno nie materiał na następcę „Odysei kosmicznej”, ale solidne kino do przyjemnego obejrzenia. Z pewnością pisanie scenariusza polegało na wypisaniu wszystkich kłopotów, jakie mogą spotkać po drodze słoneczni kosmonauci i potem dodawaniu kolejno każdego z nich do skryptu, ale przynajmniej pomysł był na tyle niebanalny, że rekompensował tę schematyczność.

No, a potem zaczęło się coś, co można spokojnie nazwać „kosmiczną bzdurą”. Nie wiem co napadło scenarzystę „Sunshine”, ale z pewnością nie był trzeźwy podczas umieszczania w swoim dziele tego pseudotwista, który w jednej chwili spieprzył cały wysiłek. Potem pozostało już tylko załamać ręce i dokończyć ten film, który miał potencjał, a który tuż po połowie seansu zaczął być czystej wody idiotyzmem. I śmiać się z tego, że np. jeden z biednych bohaterów filmu nie dość, że musi pływać w chłodziwie do kompa, to jeszcze akurat tego dnia założył sandały, obowiązkowo bez skarpetek. To się nazywa pech. 3(6)

[Trailer bez Kronos Quartetu, trailerem straconym…]

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.