„Chicago Massacre: Richard Speck”

14 lipca 1966. roku do akademika, w którym mieszkało osiem studentek pielęgniarstwa wkroczył uzbrojony mężczyzna. Włamanie, które początkowo miało zostać zakończone kradzieżą przerodziło się w masowe morderstwo. Wszystkie z ośmiu mieszkanek akademika zostało zgwałconych, zasztyletowanych i zastrzelonych. Nocną masakrę przeżyła tylko jedna dziewczyna, która tej nocy odwiedzała swoje przyjacióki a która schowała się pod łóżko. Zabójcą był dwudziestopięcioletni Richard Speck.

Nie mam zielonego pojęcia po co kręcić takie filmy. Reżyser Michael Feifer krok po kroku odtwarza wydarzenia z morderczej nocy przeplatając je na zmianę z obrazkami z życia Specka oraz policyjnego śledztwa, które doprowadziło do zatrzymania mordercy. Mamy więc tak:
– 1/3 filmu dokładny zapis większości z morderstw pokazany ze szczegółami, które niewiele zostawiają dla wyobraźni widza (przy czym gdyby się reżyser uparł to oczywiście mógłby z tego zrobić dużo bardziej okropną jatkę, ale chyba miał odrobinę przyzwoitości).
– 1/3 filmu, w której poznajemy tytułowego bohatera, który jest absolutnym dupkiem i ciężko uwierzyć w to, że w ogóle zdołał się ochajtać, nie mówiąc o tym, że podrywane przez niego w barze dziewczyny nie uciekały po grypsach o ogórku i orzeszkach.
– 1/3 o dość kulawym śledztwie, które nikomu nie było w smak.
Pytanie „po co?” pozostaje.

Życia zamordowanym dziewczynom film nie zwróci, przestrogą przed czymkolwiek nie jest (co kierowało Speckiem? dlaczego zrobił to co zrobił? krótka migawka z surowym ojczymem sprawy nie załatwia), głosem w sprawie co zrobić z psychopatami też nie, bo cały film to raczej dokumentalny zapis zdarzeń niż próba wyjaśnienia czegokolwiek. Na dodatek ma jeszcze dość optymistyczną końcówkę. Optymistyczną dla Specka, choć tak naprawdę zdania na temat jego odsiadki są podzielone. Ja tam wolę myśleć, że każdego dnia przez dupsko przechodził mu pluton czarnuchów. Przynajmniej byłoby wiadomo, że jakaś tam sprawiedliwość na świecie jest.

A tak BTW to więzienie na filmiku powyżej to więzienie Joliet w Illinois. Nic Wam to nie mówi? To samo, z którego nawiał Michael Scofield.

Wartości żadnej „Chicago Massacre” sobą nie przedstawia. Owszem, kto nie zna tej postaci może się dowiedzieć z filmu co i jak, ale od tego są filmy dokumentalne raczej, a używanie takich tematów w fabule wymaga wyczucia, żeby nie zostać posądzonym o żerowanie na ludzkiej tragedii. Osobiście jednak sądzę, że reżyser filmu na niczym nie żerował, po prostu jest cienki w te klocki. Nie wystarczy zatrudnić do odegrania ról głównych Candymana, Wishmastera i „Tromową” Scream Queen, żeby się fani horrorów podniecali ich w filmie obecnością. Nie daje to gwarancji powodzenia. Stawkę aktorską dopełnia Corin Nemec, który z tego, co czytam zbiera pochlebne opinie na temat swojej roli, ale ja nie mogłem się powstrzymać podczas seansu o myśli, że chłopak sobie pomyślał, że oto szansa, na którą czekał, oto rola, o której będą mówić (jak np. o Foreście Whitakerze i jego Idi Aminie) i że musi zrobić wszystko, żeby zagrać jak najlepiej. I rzeczywiście zrobił pewnie wszystko, ale ja nie widziałem dobrego aktora, tylko aktora, który udaje, że jest dobrym aktorem. Zresztą pewnie dlatego film poleciał od razu na video.

Szkoda czasu, lepiej sobie YouTube odpalić i obejrzeć dokumentalną biografię Specka, jeśli już ktoś ma ochotę. I choć sam uważam temat seryjnych morderców za interesujący, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby o każdym nie kręcili filmu, to może mniej by było takich amatorów zabijania. A tak to zawsze sława kusi. 2(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.