„Dhoom” aka „Blast”

Indioktrynacji ciąg dalszy.

W jednym z indyjskich miast postrach sieje gang motocyklowych złodziejaszków, który gra na nosie całej policji na czele z młodym i ambitnym Jaiem (Abhishek ‚Darak Darak :)’ Bachchan). Wkrótce Jai dochodzi do słusznego wniosku, że dobrze by było zacząć inwigilować motocyklowy półświatek. W ten sposób poznaje Aliego (Uday Chopra; denerwował mnie ten zębaty i pucowłowaty bubek, ale cóż począć, że tak jest świat ułożony, że jak się jest synem Yasha Chopry to nie trzeba być ani pięknym ani utalentowanym), który jak to rasowy gracz ma szczęście w wyścigach, a nie ma szczęścia w miłości.

Zawsze twierdziłem, że dobrze rozpoczęty film to połowa sukcesu. Jeśli przez pierwsze dziesięć minut przykuje nas coś do ekranu i nie mamy tego uczucia pod tytułem „no niechże się to w końcu rozkręci”, to są bardzo duże szanse na to, że film trafi w nasze gusta i już do końca będzie się nam podobał. Oczywiście jak od każdej reguły, także i od tej znalazłoby się na pewno masę wyjątków, ale na szczęście „Dhoom” takim wyjątkiem nie jest. Bardzo szybko mi się spodobał. I wcale nie chodzi o to, że jeszcze nie skończyły się napisy, a już po ekranie zasuwały lśniące motocykle, wybuchały furgonetki i wszystkiemu towarzyszyła muzyka „mission impossible style”. OK, to fajne i przyjemne, ale nie mam już piętnastu lat, żeby się na to nabrać, a poza tym za dużo na ekranie widziałem. To, co trafiło do mojego przekonania wydarzyło się chwilę później. Muzyka zaczęła jazzowo przynudzać, główny bohater przebudził się i ze skacowaną miną podążył w stronę lodówki szukając zapewne czegoś na kaca, a ja pomyślałem, że teraz zacznie się nuda. No bo jak to jest w amerykańskich filmach? Główny bohater ma problemy ze sobą i z całym światem, jego psychoanalityk nie nadąża z przyjmowaniem go na kozetce co drugi dzień, życie osobiste naszego bohatera się nie układa, a żona właśnie odeszła z czyścicielem basenów, bo mąż nie przykładał jej należytej uwagi etc. Tak to bywa w Hollywood, znamy to na pamięć, prawda? Ja też to znam, więc uzbroiłem się w cierpliwość i przygotowałem na to, że pewnie przyjdzie mi trochę poczekać na coś ciekawszego. Tymczasem nasz bollywoodzki bohater chwilę potem zaczął śpiewać wesołą piosenkę.

Wyobrażacie sobie coś takiego w „Lethal Weapon” np.? Cha cha cha. Mel Gibson budzi się, z gołą dupą biega po swojej przyczepie kempingowej, robi siku z petem w ustach, otwiera piwo i zaczyna śpiewać i pląsać razem ze swoim psem Samem…

I właśnie w tym momencie już wiedziałem, że film mi się spodoba. Szczególnie, że piosenka miała melodię, co chyba jednak dość rzadko się zdarza w nawale bollywoodzkiego jęczenia sitara.

Dzięki Ci Panie Boże, że natchnąłeś Arwenę, co by przestała mnie indioktrynować bollywoodzkimi dramatami bez piosenek i kobitek w kolorowych wdziankach. W porównaniu do zabijającego nudą „Sarkara”, „Dhoom” jawi się niczym największe objawienie światowej kinematografii. Film łatwy, lekki i przyjemny z (co najważniejsze) bardzo fajnymi piosenkami – każda mi się podobała. Właściwie to film obejrzałem raz, ale każdą z piosenek posłuchałem i pooglądałem pląsy po dwa razy. Tak, piosenki były w „Dhoom” najfajniejsze. A jako, że nie należę do grupy malkontentów, którzy nie potrafią zrozumieć po co w środku filmu piosenka, to tym bardziej mi się to podobało.

Na dobrą sprawę „Dhoom” nie może być dobrym filmem. Tak sobie rozmyślałem podczas oglądania (było jednak parę minut, które mnie znudziły – za długo bez piosenki!), że tak naprawdę to tak jakbym oglądał film nakręcony z Cyganami w roli głównej a z głośników słyszał disco polo. Śniade, wyżelowane chłopaki z rozpiętymi ciuchami i futrem na wierzchu, podrygujące kobitki w zwiewnych szatkach i prościutka muzyka przypominająca hity Fanatica czy tam innego Bayerfulla. A jednak w bollywoodzkim wykonaniu takie karkołomne połączenie się udaje i wychodzi bardzo dobrze. Zastrzeżeń nie mam, choć zapewne to samo w wydaniu romskim obchodziłbym szerokim łukiem. Ot paradoks.

„Dhoom” to takie typowe azjatyckie kino. Azjatycka kinematografia pełna jest takich historii napisanych na kolanie. Nie ma się co oszukiwać, scenariusz filmu sprawia wrażenie na napisany przez nastolatka, którego głowa pełna jest podkradzionych skądś pomysłów. I takie właśnie są te rozrywkowe azjatyckie filmy. Ich scenariusze mają całą masę dziur, których nie sposób zapełnić, dialogi są, bo być muszą, a humor momentami jest zbyt toporny jak na nieazjatyckie oko. „Dhoom” jest identyczny, ale ma też w sobie to coś, co nie pozwala na przejmowanie się takimi bzdurami. Film rozrywkowy ma przynosić rozrywkę i w z tego punktu widzenia „Dhoom” spisuje się znakomicie. A i jest autentycznie zabawny, co nieczęsto zdarza się w azjatyckim kinie.

BTW patrzcie jaka mi się stopklatka przypadkiem trafiła. Aż się wystraszyłem hehe:

„Szybcy i wściekli”, „Matrix Reloaded”, „Mission Impossible”… Wszystko to wymieszane w jeden film, ale tym razem w ogóle mi to nie przeszkadzało. To co, że wtórne skoro ułożone w fajny film. W końcu każdy się na kimś wzorował, bo wszystko już było. Cały dowcip w tym, żeby kopiować sprytnie – nawet jeśli zbyt oczywiście. Z czystym sumieniem daję 5(6).

Zacząłem też oglądać „Dhoom 2” i muszę powiedzieć, że jutro po obejrzeniu całości powinienem tu dodać kolejną pozytywną recenzję. Właściwie to żal mi było wyłączać, bo Hrithika lubię i świadomość że do spółki z Aishawaryą dołączyli do sympatycznej obsady pierwszej części (no niech już będzie temu Udayowi, że można go przeżyć; nawiasem mówiąc: Wy też tak jak ja zupełnie bez powodu nie lubicie Johna Abrahama?) podpowiadała mi kolejny fajny film. Jutro się dowiem czy mnie świadomość nie oszukała.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl