„Apocalypto”

Źle się dzieje w państwie Majów. Susza pustoszy kraj i ogólnie jest nieciekawie. Nie wiedzą o tym jednak mieszkańcy małej wioski, którzy od wieków żyją swoim własnym życiem i jedynym problemem jaki mają są głośno wyjące psy i bezpłodność jednego z myśliwych. Wkrótce jednak ich świat wywraca się do góry nogami, gdy zostają wymordowani, zgwałceni i wzięci do niewoli.

Dziwna sprawa z tym Melem Gibsonem. Sławę przyniósł mu właściwie nie film a jeden wielki kaskaderski fajerwerk („Mad Max”) rodem z Australii, dzięki któremu trafił na stałe do Hollywood, gdzie nigdy nie był uważany za wielkiego aktora, ale miał w sobie to coś, czego nawet najwięksi mogliby mu pozazdrościć – urok osobisty. Dzięki temu urokowi podbił serca widzów na całym świecie i wystąpił w wielu filmach, które z pewnością wytrzymają próbę czasu a przecież już teraz znajdują się w gronie najchętniej oglądanych hollywoodzkich produkcji. I nagle pan Gibson poczuł, że ma smykałkę do reżyserii. Zaczęło się skromnie, tak jak to zwykle zaczyna się w przypadku aktorów, którzy zostają reżyserami. „The Man Without the Face” był spokojnym filmem obyczajowym, dzięki któremu znany aktor mógł się po raz pierwszy sprawdzić po drugiej stronie kamery. I stało się coś, co niezbyt często zdarza się w przypadku znanych aktorów na reżyserskim stołku – już drugi film wyreżyserowany przez niego przyniósł mu deszcz Oscarów i glorię chwały. Tym filmem był oczywiście „Braveheart”. I już było wiadomo, że Gibson jest lepszym reżyserem niż aktorem. Reżyserem, który z łatwością potrafił zapanować nad ogromnym tłumem statystów posiadając przy tym niesamowite wyczucie ekranu i tego, czego oczekuje widz. Kariera Gibsona-aktora trwała jednak wciąż w najlepsze, więc na kolejny film wyreżyserowany przez niego trzeba było jednak poczekać prawie dziesięć lat. A obecnie wygląda na to, że doczekaliśmy się wreszcie okresu, w którym Mel zrozumiał w jakiej dziedzinie ma mocniejsze karty do zaoferowania. I choć żal Mavericków, Maxów Rockatanskich i Martinów Riggsów, ale w zamian za nich możemy otrzymać coś nowego – w końcu nie każdy chyba chciałby oglądać za parę lat siedemdziesięcioletniego Martina Riggsa w „Lethal Weapon 7” (choć piątkę mogliby zrobić)… I choć Gibson w życiu prywatnym nie stroni od skandali, zatrzymywany jest po pijanemu za kierownicą samochodu, daje się sfotografować na imprezach w towarzystwie obcych bab, choć w domu czeka na niego ‚wyprodukowana’ kolonia dzieci, że o jego podejściu do religii nie wspomnę, to reżyserem jest pierwszorzędnym, czego kolejnym dowodem „Apocalypto”.

Zanim przejdziemy do zalet, może najpierw dwa słowa na temat wad, a przynajmniej tego, co powszechnie uważane jest za wadę filmu Gibsona, czyli o przekłamaniach historii starożytnej cywilizacji Majów. Nie mam dostatecznej wiedzy, żeby zaprzeczać tym zarzutom i chyba nawet szaleństwem byłoby się spierać z faktami. Dlatego przyjmuję do wiadomości, że Gibson dość często mija się w swoim filmie z prawdą. Przyjmuję do wiadomości, że Majowie nie byli tak krwawym społeczeństwem jak usiłuje nam to wmówić Gibson, przyjmuję, że pojawienie się w filmie konkwistadorów nie mogło mieć miejsca akurat w tym, konkretnym momencie oraz przyjmuję wiele innych wypunktowanych zarzutów, ale powiem szczerze, że ani trochę nie umniejszają mi one wartości filmu Gibsona. Filmu fabularnego a nie dokumentu National Geografic. Film fabularny rządzi się swoimi prawami, które Gibson z pewnością zna i to one interesują go najbardziej. I myślę sobie, że miał w zamiarze pokazać jak najwięcej mógł i zaserwować na ekranie mały przekrój złożony sprytnie z tego, co wiemy o cywilizacjach Majów czy Azteków. A że połączył to wszystko w jednym kotle to tylko świadczy o tym, że najważniejszy był dla niego dobry film. Kto zechce może sobie po seansie sięgnąć do mądrych książek, artykułów i innych publikacji i oddzielić prawdę od fikcji. I z pewnością to zrobi, bo „Apocalypto” zachęca do zainteresowania się tym okresem i pogłębienia wiedzy na jego temat. I to jest plusem „Apocalypto” większym niż minus za przekłamania historyczne. Szczególnie, że nie wygląda na to, żeby sobie Gibson cokolwiek wymyślił. Powybierał co najciekawsze rzeczy i zrobił z nich świetny film. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że nijak nie jesteśmy związani ze starożytnymi Majami i w gruncie rzeczy mało nas obchodzi szkoda jaką być może film wyrządza im potomkom. Kto wie czy nie przyjdzie mi zrewidować tej mojej opinii jeśli rzeczywiście dojdzie do realizacji kolejnego projektu Gibsona czyli filmu o wiedeńskiej wiktorii króla Jana III Sobieskiego. Na chwilę obecną jednak myślę, że potomkowie Majów zamiast narzekać, powinni wykorzystać swoje pięć minut, których bez Gibsona by nie mieli.

No to się troszkę rozpisałem i już chyba wszystko wiadomo. Plusy nowego filmu Gibsona niepostrzeżenie ‚przemyciły się’ do tego, co już napisałem i chyba każdy już się domyślił, że tak, „Apocalypto” bardzo mi się podobało. To świetny film jest i tak naprawdę choć zewsząd słychać zarzuty, że to typowa hollywoodzka produkcja z pościgiem przez pół filmu to tak naprawdę daleko jest „Apocalypto” od takiej sztampowości. Owszem, korzysta z przepisów wypracowanych przez wieki przez kino, owszem, zdarzają się w nim typowe klisze przeniesione w gęsty las i między dorosłych facetów z przepaskami biodrowymi na gołym tyłku, owszem, znajdziemy w nim fabularne bzdury rodem ze scen typu „rozbroiliśmy bombę na sekundę przed wybuchem”, ale oprócz tego „Apocalypto” przepełnione jest odważnym stylem jego reżysera, który nie uznaje kompromisów. To film Gibsona i widać wyraźnie, że nikt mu niczego nie podpowiadał. Gibsonowi zamarzył się film, w którym bohaterowie używają niemal już wymarłego języka i taki właśnie film nakręcił. Gibson wiedział, że będzie musiał skorzystać z nikomu nieznanych aktorów i z nich skorzystał. Co więcej, chyba nikt mu nie zarzuci, że jego aktorzy grają nienaturalnie czy źle… Najgorsza w kinie jest nuda i brak oryginalności. Ani jednego ani drugiego nie można filmowi Gibsona zarzucić.

Oprócz głosów o nikłej historycznej wartości filmu, pojawiły się również te mówiące o zbytnim okrucieństwie jakim epatuje nas z ekranu Gibson. Być może jestem trochę niezbyt dobrą osobą, żeby oceniać czy coś jest bardzo krwawe czy tylko trochę, bo przyzwyczajony jestem do różnych filmowych dziwactw, ale moja opinia jest taka, że te głosy o okrucieństwie są mocno przesadzone. Owszem, oglądamy na ekranie okrutny świat, ale tak naprawdę więcej dzieje się w naszej wyobraźni niż na ekranie. Pod tym względem „Apocalypto” wygląda blado w porównaniu z „The Passion of the Christ”. Ba, nawet w porównaniu z „Braveheart” jest łagodniejszy pod względem ekranowego okrucieństwa. Owszem, zdarza się kilka mocnych scen, ale nijak nie można przez nie patrzeć na pryzmat całego filmu. „Pół filmu siedziałam z zasłoniętymi oczami” pisała pewna znajoma, która obejrzała „Apocalypto” i z tego powodu film podobał Jej się średnio. Trzeba przyznać, że ma bogatą wyobraźnię, która pewnie podsuwała Jej co trochę wyobrażenie tego, co za chwilę może się wydarzyć. Pod tym względem może i rzeczywiście jest dość okrutnie, ale wizualnie to prawdę powiedziawszy scena wyrywania serca bardziej dosłownie była pokazana w „Indiana Jones: Temple of Doom”…

„Apocalypto” to bardzo dobry film. Robi wrażenie sposobem realizacji, wzorową pracą operatorską i sprawnie opowiedzianą historią, która nie nuży mimo tego, że niezbyt wiele w nim mówią, a to jednak sztuka potrafić zainteresować widza przez dwie godziny nie używając przy tym dialogów. Na szczęście Gibson znakomicie posługuje się językiem filmu i wie, czego potrzebuje widz, żeby być pod wrażeniem. Mocne 5(6).

PS. Przyznam szczerze (choć z niechęcią), że udało się Gibsonowi mnie nabrać. Spodziewałem się trochę innego rozwoju akcji i byłem szczerze zaskoczony w jednym miejscu. No, ale nie chcę spoilerować, więc póki co może przmilczę co to za miejsce, choć prawdę mówiąc wystarczy przeczytanie jakiejkolwiek recenzji (a przynajmniej ja na żadną inną się nie natknąłem; no poza moją oczywiście) żeby nie dać się zaskoczyć tak, jak ja się dałem.

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.