Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

„Pełzacze” [„Slither”]

W małym miasteczku na zadupiu Stanów Zjednoczonych dochodzi do epokowego wydarzenia – pośród lasów ląduje mały meteoryt. A przynajmniej coś, co wygląda jak meteoryt. Wkrótce najbogatszy człowiek w miasteczku przekona się na własnej skórze, że szturchanie kosmicznego kamienia patykiem nie było najszczęśliwszym pomysłem.

Bardzo, bardzo fajna czarna komedyjka. Półtoragodzinny powrót do szczęśliwych czasów kina z lat osiemdzieśiątych, kiedy nie za bardzo przejmowano się czymkolwiek i kręcono filmy takie, jak się chciało, a nie takie, jak wypada. Za to duży plus, bo tradycyjnie nic nie psuje zabawy z seansu, jak wyrachowanie reżysera, który dla świętego spokoju woli udawać, że jak się komuś zrobi krzywdę, to on nie będzie krwawił. Oczywiście wszystko zależy od rodzaju tej krzywdy.

„Slither” to taki film, który już od początku się podoba i do końca uczucie to pozostaje przy widzu. Przynajmniej w moim przypadku tak było – jeśli chodzi o mnie to pierwsze parę minut jest zawsze kluczowe. Im szybciej spodoba mi się klimat filmu, tym lepiej dla niego samego. Tutaj od razu było dobrze, a gdy jeszcze na ekranie pojawił się sympatyczny burmistrz miasteczka, to już nie miałem wątpliwości, że film mi się spodoba.

Dwie rzeczy dominują w tym filmie: humor i krew. Pierwszego chyba jest więcej, ale i na brak drugiego nie można narzekać. Co trochę ktoś traci głowę i to nie tylko w metaforycznym sposobie widzenia tego stwierdzenia. Krwawe efekty (pomijając pewien balon) są na najwyższym poziomie – nic tylko podziwiać. A, że głównie dominującą w filmie rzeczą jest humor, to nic tylko mieć frajdę z seansu. To film, w którym nie szuka się dziury w całym, ani kolejnych nielogiczności, a tylko czysta rozrywka, która nie próbuje ani przez chwilę być czymś więcej, niż jest. I za to chwała, bo temat podjęty w filmie wymagał potraktowania go z przymrużeniem oka.

Dodatkowym smaczkiem „Slither” jest pewna matka, która według mojej opinii w metodach wychowawczych pobiła na łeb Umę Thurman z drugiego „Kill Billa”, która oglądała wraz ze swoją córeczką krwawy „Shogun Assassin”. Matka ze „Slithera” wraz ze swoją bardzo malutką pociechą oglądała na dobranoc „The Toxic Avenger” Tromy. Pogratulować. 4+(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.