×
☰
Lalka (2026), reż. Maciej Kawalski.

Lalka. Recenzja filmu Macieja Kawalskiego na podstawie powieści Bolesława Prusa

Spośród wielu myśli towarzyszących mi w trakcie seansu Lalki Macieja Kawalskiego i po nim najciekawsza wydaje mi się ta: ileż szczęścia ma netfliksowa Lalka, że jednocześnie powstała również i ta druga, kinowa. Bez kinowej byłaby tym dziwnym eksperymentem adaptacyjno-serialowym, o którym nie wiadomo do końca, co myśleć. Tyle lat czekania od poprzedniej ekranizacji i dostajemy coś takiego? No nie, tak być chyba nie powinno! Były dwie dobre Lalki, po co to psuć? No ale teraz? Kiedy do kin trafiła w końcu Lalka, jaką każdy mniej więcej sobie wyobrażał, że powinna być, bardzo dobrze, że istnieje ta druga, eksperymentalna, na którą z ciekawością można rzucić okiem, jeśli szuka się czegoś innego. Mamy Lalkę, nazwijmy to, właściwą, a przy okazji filmowcy uznali, że należy nam się netfliksowy bonusik. I nie wydaje mi się, aby jakiekolwiek narzekania na Lalkę Maślony powinny nadal istnieć. Też fajnie, że jest. A ja ze spokojem ducha mogę napisać, że wszystkie cztery Lalki mi się podobają.

O czym jest Lalka

I czemu jest to Lalka? nie wiadomo, uczeni spierają się od czasów Bolesława Prusa, a pewności co do tego nie ma. Niezależnie od tego jest jednak Stanisław Wokulski (Marcin Dorociński), który na wojnie rosyjsko-tureckiej dorabia się fortuny. Z tą fortuną wraca do Warszawy, gdzie zaufany Stacha – Ignacy Rzecki (Marek Kondrat) – prowadzi jego sklep. Placówka funkcjonuje bez większych problemów, ale to dopiero teraz, z tysiącami Wokulskiego, będzie mogła wejść na wyższy poziom sprzedaży. No ale Stacha interesuje co innego. Ciekaw jest, czy w jego sklepie sprawunków nadal dokonuje rodzina Łęckich. Arystokratów z dziada pradziada bez grosza przy duszy, ale z wielką dumą i jeszcze większym zeszytem długów. To właśnie do tej rodziny należy panna Izabela (Kamila Urzędowska), na którą Wokulski spogląda zakochanym wzrokiem z widowni teatru, a która jednego po drugim odrzuca kolejnych absztyfikantów z arystokrackimi korzeniami, którzy mogliby zapewnić jej (i jej ojcu, granemu przez Andrzeja Seweryna) dostatnie życie. Takim samym wzrokiem spoglądał Jim Lovell na Księżyc w Apollo 13, który bez pomocy NASA mógłby sobie tylko powzdychać o Srebrnym Globie. Takim NASA dla Stacha staje się pani Meliton (Agata Kulesza), która postanawia dokonać niemożliwego – zeswatać traktowanego przez tzw. śmietankę z pogardą handlarza oraz wyniosłą arystokratkę, która uważa, że z racji pochodzenia należy jej się wszystko, tylko nie handlarz śledziami nuworysz.

Zwiastun filmu Lalka

Recenzja filmu Lalka

Kiedy dawno temu pojawiły się w sieci pierwsze plakaty Lalki (widać na nich było tylko plecy Wokulskiego i Łęckiej), pomyślałem sobie: oho, zachciało się nam polskiego Saltburn. Wnioskowałem tak właściwie tylko na podstawie czcionki, jaką napisany był tytuł, czyli na żadnej podstawie. No ale bardziej frapowało mnie nazwisko reżysera. To Maciej Kawalski, twórca znakomicie ocenianych przeze mnie Niebezpiecznych dżentelmenów, który bardziej pasował mi do kolejnej pomysłowej fabuły, a nie do ekranizacji klasyki polskiej literatury. Więcej było więc pytań niż odpowiedzi.

Minęły pewnie ze dwa lata. Okazało się, że saltburnową Lalkę nakręcił Paweł Maślona, a wersja Kawalskiego coraz bardziej wydawała mi się typową ekranizacją powieści, zrobioną głównie z myślą o tym, żeby gdzieś za bardzo nie przekombinować. Podstawy do takiego myślenia dalej były nieduże, no ale większe, bo formowane po obejrzeniu zwiastuna. Pisałem tu nawet w komentarzach, że boję się grzeczniutkiego filmu bez pomysłu na siebie, po którym Kawalski nie będzie już do mnie wydzwaniał (zdarzyło się po entuzjastycznym przyjęciu przeze mnie Niebezpiecznych dżentelmenów, ale nie odebrałem, bo jechałem autem), bo napiszę, że się zawiodłem i tyle z naszej „znajomości”. Często jest tak, że człowiek w takiej sytuacji ma rację, ale równie często bywa tak, że mógł siedzieć cicho i poczekać, aż zobaczy film.

Która opcja wygrała? Po wstępie do tej recenzji już wiadomo. Jest dobrze, warto Lalkę Kawalskiego zobaczyć w kinie, a nawet trzeba, bo mało już teraz takich filmów, z którymi nie ma co czekać na streaming. I nie chodzi o to, że to jakieś wyjątkowe wydarzenie na dużym ekranie i widowisko, które na 80 calach wyglądać nie będzie. Bardziej o to, że to kino w starym dobrym stylu, które cię obchodzi, gdy je oglądasz i które budzi w tobie emocje najczęściej zakorzenione we własnych doświadczeniach życiowych. Siadasz, oglądasz, nie masz czasu zastanowić się, czy tak było w książce, czy inaczej, albo że powinno być inaczej, bo inaczej to sobie wyobrażałeś, gdy czytałeś książkę.

Teraz, wiadomo, każdy to specjalista od Prusa, który Lalkę czyta regularnie co pół roku, żeby ją sobie odświeżyć. Być może, wątpię, ja to nie ten adres. Lalki nie czytałem od szkoły i nie będę udawał, że jest inaczej. Pamiętam główny szkielet (on zakochany, ona zimna sucz) i to w zasadzie wszystko. I na podstawie tej wiedzy oceniam, że jest film Kawalskiego taką Lalką, jak wyobrażaliście sobie, że będzie/powinna być. Nie w kategoriach dobry/zły, a po prostu ekranizacją, która jest ekranizacją, a nie dyskusją z autorem i pokazywaniem mu, że o tutaj to mógł inaczej albo lepiej. Kawalski nie udaje, że jest mądrzejszy od Prusa i chyba tego wszyscy oczekiwali, nie? A przynajmniej ci, którzy teraz tracą czas na elokwentne punktowanie Maślonie tego, co spierdolił.

Szczerze powiedziawszy, do sceny pierwszego balu myślałem, że Lalka wyląduje u mnie z rzadką Dziesiątką. Dla mnie wszystko do tej pory było perfekcyjne i układało się w efektowny heist movie. O serialu Maślony mówi się, że to heist movie, ale o filmie Kawalskiego można powiedzieć podobnie. Oto on, Wokulski. Ma zasoby, ale ma też nieuchwytny cel, którego nie może sobie choćby kupić. Chce go jednak zdobyć, mieć. I oto pojawia się osoba, która może mu pomóc. Wiele w Wokulskim trzeba będzie zmienić, ale da się to zrobić, szczególnie że materiał jest chętny do współpracy. Opracowany zostaje więc plan. Blueprint zdobycia serca Łęckiej. Zrobisz tak, potem tak, następnie tak. I Wokulski realizuje ten plan krok po kroku. Klasyka heist movie, nikt mi nie powie, że nie. Potem się to rozmywa i Lalka zaczyna przegrywać z mnogością wątków i złożonością powieści Prusa, którą trzeba zmieścić w niecałych trzech godzinach, a to trudne. Heist movie zaczyna się rozpływać, trzeba ze wszystkim zdążyć. I szkoda, i zrozumiałe. Już bez Dziesiątki, ale dalej wysoko, bo przecież każdy chyba kiedyś nieszczęśliwie się zakochał i wie, co czuje Stach. Jakoś tak bardziej wydaje mi się to do przełożenia na prywatne doświadczenia niż – przecież w każdym chyba kiedyś zakochał się ktoś, kim się gardziło. No ale może się mylę.

A nawet jeśli ktoś się nigdy w nikim nieszczęśliwie nie zakochał, to też poczuje to, co czuje Stach, bo tu wszystko wyłożone zostało jak na dłoni. Pięknie wyglądają te momenty, w których pewny siebie kupiec obracający tysiącami i igrający własnym życiem w ryzykownych interesach nagle zaczyna nerwowo rozglądać się dookoła, nie wie, co ze sobą zrobić, co powiedzieć, jak się zachować, bo Łęcka znalazła się w promieniu stu metrów od niego. Kapitalnie wyglądają te podchody nastolatka zakochanego bez pamięci w najpopularniejszej dziewczynie w szkole. Nastolatka, który chwilę wcześniej był mężczyzną, o jakim marzą wszystkie matki dla swoich córek (z wyłączeniem tych arystokratycznych, rzecz jasna), a tu nagle traci głowę.

Wydawało mi się przed seansem, że brak pomysłu na Lalkę mógłby być błędem, ale wychodzi na to, że na Lalkę nie trzeba mieć pomysłu. Materiał źródłowy jest wystarczająco dobry, żeby za dużo z nim nie kombinować (a także, jak pokazał Maślona, że to materiał na spore kombinowanie), a i tak wyjdzie świetne kino. Owszem, przemyca Kawalski trochę swoich niebezpiecznodżentelmenów (Gosia Baczyńska ubierająca Izabelę Łęcką, Tomasz Ziętek w roli…, pomysł na to, skąd wziął się pamiętnik starego subiekta), ale poza tym tworzy ekranizację wiernie trzymającą się oryginału i niepróbującą być od niego lepszą. Ktoś powie, że już były takie ekranizacje, więc po co nam nowa. Ja powiem, że bardzo dobrze, iż ten film powstał. Tyle czasu minęło od serialu z Kamasem, że serio nie powinno to być argumentem, że po co od nowa. Draculę kręcą co trzy miesiące na nowo i jakoś wszyscy sobie żyjemy. A co tam! Ja bym teraz jeszcze ze trzy Lalki dokręcił. Z punktu widzenia Łęckiej, uwspółcześnioną, jak chciał Maślona, jaką jeszcze? Widzianą oczami służby i z jej perspektywą spoza kadru? Oglądałbym. Lalka 2? A zróbmy, chętnie pomogę. Ktoś potrzebuje scenarzysty bez doświadczenia, a tylko z wysokim mniemaniem o sobie? Piszcie na lukasz.kalinski@gmail.com.

Chcąc nie chcąc, zrobiło się z tych ekranizacji nie tylko prawdziwe Lalkaversum, ale też Avengers: Lalka, jeśli chodzi o obsadę filmu Kawalskiego. Ło panie, tylko Tomasza Karolaka zabrakło w tym zestawie! Tym sprytnym sposobem chciałbym przejść do tego, co przecież najważniejsze w Lalkach, czyli opinii na temat tego, jak poradzili sobie ekranowi Łęcka i Wokulski. Urzędowską lubię i uważam, że tą swoją nowoczesną eterycznością pasuje do roli Izabeli jak należy. Zresztą, umówmy się, Kawalski jej tutaj na siłę nie uczynił nowoczesną, silną kobietą, więc nie ma wiele do zagrania między Bugiem a prawdą. Jest to film i powieść o Stanisławie Wokulskim, a Bela jest tylko tym potworem, co to co jakiś czas wyskakuje z szafy i robi BUUU! złamanemu sercu zakochanego bez powodzenia Stacha. Potem żegnamy się z tą suczą, która nawet gdyby nie chciała taka być, to nie może taka nie być, bo tak została wychowana i jeszcze nic z tym nie zrobi. Może za dziesięć lat, gdyby Stach poczekał, wtedy kto wie. Lalka umiejscawia się jednak na tym atrakcyjnym momencie w czasie, gdy stare odchodzi, a nadchodzi nowe. Ale ani stare jeszcze nie odeszło, ani nowe jeszcze go nie zastąpiło.

Uciekam jak mogę od opinii o Marcinie Dorocińskim, bo przy całej mojej sympatii do niego i jego kariery (wspaniale mu się rozwija i życzę mu jeszcze więcej), nie uważam, aby był dobrym wyborem do roli Wokulskiego. Przez cały czas miałem wrażenie, że oglądam Marcina Dorocińskiego w roli Stanisława Wokulskiego, a nie Stanisława Wokulskiego. O ile jeszcze dobrze się sprawdzał w scenach bez Izabeli, to cały ten beznadziejnoromantyczny wątek ograł zbyt szorstko, żeby do końca można było poczuć jego rozpacz i miłosne zagubienie. Chodzi o to, że gdyby np. w drugiej godzinie filmu powiedział: „No dobra, olać Łęcką, zajmijmy się zarabianiem rubli”, to nikt by nie powiedział: „Jezu, to bez sensu jest, przecież on taki zakochany bez pamięci był, nie ma już w tym kraju dobrych scenarzystów?”, a przyjąłby to bez zająknięcia, zapominając o tym, że przecież ogląda film o beznadziejnie zakochanym mężczyźnie, któremu pieniądze za cholerę szczęścia dać nie chcą. I w tym tkwi mój (!) problem z Dorocińskim, a nie w tym, że jest zbyt piękny, żeby Iza go nie chciała, jak można poczytać w społecznościówkach. Te argumenty pokroju „Drzymalska jest za brzydka, żeby grać Izabelę Łęcką” są gówno warte i żałosne. No ale co się dziwić w świecie, w którym instagramowa okładka zaczyna być najważniejsza.

Można by tak pisać i pisać, ale chyba najważniejsze już tutaj ująłem. Lalkę polecam, a jak ktoś zrobi w kinie nocny maraton z wszystkimi Lalkami, to pójdę chętnie. Wszystkie warto zobaczyć i jest to chyba najważniejszy wyczyn w tej podobno marnej polskiej kinematografii.

(2677)

Spośród wielu myśli towarzyszących mi w trakcie seansu Lalki Macieja Kawalskiego i po nim najciekawsza wydaje mi się ta: ileż szczęścia ma netfliksowa Lalka, że jednocześnie powstała również i ta druga, kinowa. Bez kinowej byłaby tym dziwnym eksperymentem adaptacyjno-serialowym, o którym nie wiadomo do końca, co myśleć. Tyle lat czekania od poprzedniej ekranizacji i dostajemy coś takiego? No nie, tak być chyba nie powinno! Były dwie dobre Lalki, po co to psuć? No ale teraz? Kiedy do kin trafiła w końcu Lalka, jaką każdy mniej więcej sobie wyobrażał, że powinna być, bardzo dobrze, że istnieje ta druga, eksperymentalna, na którą…

Ocena Końcowa

8

wg Q-skali

Podsumowanie : Stanisław Wokulski wraca z fortuną do Warszawy i postanawia zdobyć serce Izabeli Łęckiej, choć arystokratka ma na ten temat zupełnie inne zdanie. Maciej Kawalski robi wierną, klasyczną ekranizację Prusa, która świetnie działa jako opowieść o nieszczęśliwej miłości, a przy okazji potrafi zamienić się w całkiem efektowny heist movie osadzony w świecie stojącym na granicy gruntownych zmian.

Podziel się tym artykułem:

Skomentuj

Twó adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Quentin 2023 - since 2004