Utarło się, że we wstępie powinno być coś istotnego. To może tak: Odyseja udowadnia, że nawet słabsze filmy Nolana są nadal dobre. Recenzja filmu Odyseja.
O czym jest Odyseja
Odyseusz (Matt Damon) budzi się na bezludnej wyspie, doglądany przez nimfę Kalipso (Charlize Theron). Nie pamięta, co tu robi, nie pamięta, jak się tu znalazł, nie wie, od kiedy tu gości. Cały czas żuje lotos i jest mu tu dobrze. Wspomnienia przeszłości męczą go jednak w snach, aż w końcu z niewiadomych przyczyn (Hermes jej kazał, doczytałem na Wiki) Kalipso pozwala mu przypomnieć sobie coraz więcej. Była wojna, był wielki koń, był powrót z Troi razem z towarzyszami, były śmiertelne przygody, aż w końcu była też żona Penelopa (Anne Hathaway) i syn Telemach (Tom Holland). Ci ostatni zostali w Itace, której dzielny Odys jest władcą, i czekają na jego powrót. Czekają długie lata, aż Telemach zdążył dorosnąć i zaczął dopytywać o ojca, którego powrót może być ważniejszy niż zwykle. Oto na rękę Penelopy czekają zalotnicy, którym marzy się posada nowego władcy Itaki. Są namolni i zdeterminowani. Zamknęli się z Penelopą w pałacu, czy jak to tam nazwać, i piją oraz jedzą na koszt królestwa. Sytuacja zmierza do eskalacji w szybszym tempie, niż do ojczyzny zmierza Odyseusz.
Zwiastun filmu The Odyssey
Recenzja filmu Odyseja
Zacznę znów od długiego wstępu nie na temat. Nie przepadam za filmami Christophera Nolana, ale skubany tak je robi, że nie mogę po prostu powiedzieć, że są słabe i szkoda na nie czasu. Przeciwnie, są cholernie dobre – i warsztatowo, i fabularnie. Nie zostawiają mnie z rozdziawioną japą ani z chęcią powtórki, ale, obiektywnie na nie patrząc, nie ma się czego przyczepić. Jest to kino przez duże K i tyle. Żadnej większej filozofii tu nie ma. Jak i żadnego dłuższego wstępu nie będzie. Żartowałem, to już jego koniec.
Bywały filmy Nolana, które mimo tego wszystkiego, co wyżej, oceniałem na 10 (Dunkierka np.), bywały filmy Nolana, które oceniałem na 7 (ten o kosmonaucie, co go po latach znaleźli za regałem; a przynajmniej tak myślałem, bo kliknąłem w recenzję i okazało się, że nie). Niby po tych drugich wychodziłem z kina z myślą: „Eee, obsmaruję na blogu”, a potem zawsze było to samo – nie było żadnych obiektywnych powodów, żeby to robić. Podobnie jest z Odyseją, choć myślę, że będę raczej narzekał. Nie będzie to jednak narzekanie, nazwijmy to roboczo, nadrzędne względem całej recenzji. Będzie to takie standardowo moje narzekanie mimo ustalenia na samym początku, że piszę o dobrym filmie. Odyseja jest dobrym filmem, a zarazem słabszym filmem Nolana.
Po seansie Odysei nie wiem, czemu akurat Odyseja. OK, kupuję tłumaczenie Nolana, że od zawsze chciał ją nakręcić, więc mamy tu po prostu wątek prywatny – mogę to zrobić, to czemu nie. I tyle filozofii. Myślę jednak, że dla kinowego odbiorcy to za mało i nie powinno dziwić, że ów odbiorca spodziewa się jakiegoś wyjątkowego uchwycenia tematu, skoro ze wszystkich możliwych filmów na świecie Nolan wybrał ekranizację eposu Homera. Wychodzi na to, że reżyser nakręcił film dla siebie i byłoby mu miło, gdyby widzowie też z chęcią go obejrzeli, ale jeśli tego nie zrobią, to płakał nie będzie, bo spełnił swoje marzenie. Dzisiaj czytałem też, że nakręcił akurat Odyseję z powodu psa Argosa, który podczas lektury dzieła Homera wzruszył go do głębi. Czaicie? Na Odyseusza czekała żona, czekał syn, czekał ślepy pastuch, ale dla Nolana najważniejszy był czekający pies. To dopiero lewackie! Nie czarnoskóra Helena, a psiecko.
Tym sprytnym sposobem przechodzimy do najbardziej palącej kwestii odnośnie nowego filmu Nolana. Czarnoskóra Helena, wcale nie Achilles Elliot Page, zbroje nie takie jak trzeba i inne takie. Chciałbym powiedzieć po seansie, że Nolan utarł nosa wszystkim internetowym malkontentom, ale moim zdaniem nic nikomu nie utarł. Nie widzę powodu obsadzenia Lupity Nyong’o w roli Heleny i film mi nie pokazał, dlaczego akurat ona, a nie Diane Kruger. I tak jak nie ma powodu wyciągać zbyt pochopnych wniosków z takiej obsady, tak nie dziwi mnie, że ludzie oburzają się akurat na to w filmie z olbrzymami i laską, która zamienia chłopów w świnie. Gwoli sprawiedliwości dodam jeszcze tylko, że równie bezsensowne jest dla mnie np. (w sensie na skali bezsensowności, a nie że jest to bezsensowne i tak nie powinno być) obsadzenie Hollanda w roli Telemacha. Taki z niego Grek i maminsynek-popychadło jak z koziej dupy trąbka.
Sprowadzić to można w sumie do tego, że Nolan świetnie sobie to obmyślił pod kątem marketingu. Lupity jest tyle, co kot napłakał, a wszyscy gadają tylko o niej i skandal wokół Odysei nie słabnie od tygodni, co zawsze dobrze robi frekwencji w kinach. Myślę, że to był jedyny powód takiego castingu, a nie żadne kwestie ideologiczne. Szczególnie że, tak po prawdzie, nie ma za bardzo czym reklamować Odysei poza nazwiskami.
Co do reszty „niezgodności z realiami historycznymi”, to Nolan zamyka sprawę już w pierwszych sekundach filmu, gdy na czarnym ekranie pojawia się napis, który w wolnym tłumaczeniu można odczytać jako: „Dawno, dawno temu w bardzo odległej galaktyce”.
Nolanowski rozmach to w zasadzie wszystko, co wyróżnia Odyseję z tłumu. Ekranizacja jest to raczej wierna (nie będę udawał, że czytałem epos Homera w ostatnich 20 latach) i w żaden sposób nie wywraca kota ogonem. Jest sporo retrospekcji i akcji w dwóch miejscach naraz, ale w porównaniu do takiego Memento czy Tenet można powiedzieć, że fabuła jest liniowa. To miałem też na myśli, pisząc wcześniej, że Nolan nie znalazł żadnego wyjątkowego pomysłu na tę ekranizację, o jaki można by go było podejrzewać. No nie, to typowa ekranizacja dzieła literackiego pomnożona przez kamery IMAX i nieszczypanie się z groszem. Przez większość seansu idziemy jak po sznurku. Penelopa czeka, Odys nie może sobie przypomnieć, kolejna przygoda na morzu, Penelopa czeka…
Tutaj chyba najbardziej można sobie pokpić z filmu (a może bardziej z Homera), bo nasi dzielni żeglarze to najbardziej pechowi ludzie na świecie. Każdy normalny człowiek znalazłby się w jednej takiej sytuacji i miałby co wspominać do końca życia, a ci, co schodzą na ląd, trafiają albo na jakiegoś olbrzyma, albo na szurniętą laskę. Ani razu nie zeszli z pokładów, żeby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Ja się dziwię, że za trzecim razem nie puszczali jednego chłopa, żeby sprawdził, co tym razem, i dopiero potem schodzili w większej grupie. Jeśli nie Odys, to sami jego kamraci powinni dojść do takiego wniosku w miarę szybko, no ale nie. Schodzą jak barany, żeby uzupełnić zapasy, a przy okazji zostać zjedzonymi.
Tu dochodzimy na chwilę do tego, co podobało mi się w Odysei najbardziej. Otóż jest to momentami bardzo udany body horror. Nolan w naturalistyczno-turpistyczny sposób z lubością pławi się w obrzydliwościach, które przy okazji wypadają zaskakująco mało obrzydliwie, przynajmniej jeśli chodzi o to, co widać, a dużo bardziej, jeśli chodzi o to, co sobie wyobrażamy. Zaczyna się niewinnie od olbrzymów konsumujących żeglarzy niczym Saturn pożerający własne dzieci, by potem na pełnej rozbłysnąć w scenie z Kirke (świetna jak zawsze i jak zawsze pierdolnięta Samantha Morton), gdy wygłodniałe chłopy konsumują to obślizgłe, półprzezroczyste coś. Dawaj, Nolan, bierz się za drugą część Substancji. Oglądałbym.
Te przygody na morzu i finałowa rozpierducha są w Odysei najciekawsze głównie dlatego, że historia o Odyseuszu to historia przygodowa i wszelkie próby ubierania jej w wielkie kino moralnego niepokoju nie mają racji bytu. Poprzez swoją ascetyczną formę (ascetyczną za 100 milionów dolarów, daj Boże zdrowie) i budującą świetną atmosferę muzykę (dźwięki bardziej, soundtracku chyba nikt nie będzie z tego słuchał) wydaje się, że mamy do czynienia z kinem ambitnym, ale wszelkie takie ambicje wybija z głowy za każdym razem napierdzielanie się z potworami i olbrzymami. Nolan umiejętnie to rozgrywa, wyciskając z tych fantastycznych motywów ekscytujące kino przygodowe. Zdecydowanie bladziej wypada za to systematyczne pierdzielenie o prawach Zeusa, „gość w dom, Bóg w dom” i o tym, że cywilizacja się kończy, bo łamiemy boskie prawa. W finale dobrze się to układa w całość z koniem trojańskim i zamiar Nolana jest aż nadto widoczny (plus można odetchnąć i pokiwać głową, wiedząc już, czemu bohaterowie tak regularnie, co 20 minut, gadali o zapraszaniu gości), ale wydaje mi się, że jednak bardziej „meh” niż: „o kurde, głębokie!”.
Trzy godziny zleciały szybko. Więcej Odysei raczej nie obejrzę. Już prędzej odpalę Troję, bo mam na nią ochotę.
(2674)
Ocena Końcowa
7
wg Q-skali
Podsumowanie : Odyseusz próbuje wrócić do Itaki, a po drodze wpada z jednych mitologicznych tarapatów w drugie. Nolan pokazuje, że nawet jego słabsze filmy są dobre. Odyseja bardziej imponuje rozmachem godnym IMAX-a niż tym, co zostaje w głowie po seansie. To po prostu bardzo dobra adaptacja dzieła Homera.
Podziel się tym artykułem:
