×
☰
Tony (2026), reż. Matt Johnson.

Tony. Recenzja filmu Matta Johnsona

Głęboka myśl na początek pierwszej recenzji od dwóch miesięcy. Bo każda recenzja powinna zaczynać się od głębokiej myśli. Nie tylko ta po dwóch miesiącach. Myśl zatem: o każdym można nakręcić biopic. Czy dobry i ciekawy, to już nie wiem, ale zakładam, że tak. Podobno zresztą każdy człowiek ma w sobie przynajmniej jedną dobrą historię. I to wystarczy biopikowi. Nie musisz osiągnąć nie wiadomo czego, nie musisz osiągnąć w zasadzie nic. Kino zawsze znajdzie w tobie coś ciekawego, a resztę zmyśli. Tak się to robi.

A co ma ta myśl do Tony’ego? Niewiele chyba. Poza tym, że udowadnia tę moją powyższą teorię. Nie ma wątpliwości, że Anthony Bourdain był ciekawym człowiekiem i to nie tak, że nie zasłużył na biopic. Ale to taki biopic, co to o każdym mógłby powstać.

O czym jest film Tony

Młody Tony (tylko matka mówi do niego Anthony) – w tej roli Dominic Sessa – stara się o stypendium pisarskie. Kiedy przechodzi mu ono koło nosa, pakuje mandżur i ucieka z domu od przesadnych wymagań swojej matki (Dagmara Domińczyk) i w ogóle przed wszystkim, łącznie z samym sobą. Alibi ma, bo w szalonym planie jest podążenie za swoją ukochaną z liceum, Nancy (Emilia Jones). Tyle że Nancy ma chłopaka i to nim jest zajęta. Kolejny gwóźdź do nastoletniej trumny kieruje Tony’ego do baru, gdzie topi smutki w butelce wódki. Kończy się podbitym limem i nocowanką na hamaku u tajemniczego Portugalczyka (Antonio Banderas). A także dziurą w portfelu i koniecznością zapracowania na kolejne dni na hamaku, pracując na zmywaku.

Zwiastun filmu Matta Johnsona o Anthonym Bourdainie

Recenzja filmu Tony

Tony w reżyserii Matta Johnsona to rzadki przykład filmu, którego główny bohater na początku jest dupkiem, a na końcu też jest dupkiem. Nie zaskakuje nas ten początek, gdyż film wita  cytatem z książki Anthony’ego Bourdaina, w której autor wprost ocenia, że w młodości był dupkiem i potrzebował kopa w zadek. Że na końcu też będzie dupkiem – to już zaskoczenie.

Przed seansem Tony’ego trzeba się więc przygotować na strasznie wkurwiającego głównego bohatera, który ciągle patrzy się w dal nieobecnym wzrokiem, co zresztą też sam zapowiada jakimś japońskim terminem, którego nie zapamiętałem. Gapi się więc nieobecnym wzrokiem i z rozdziawioną japą, i nic go nie cieszy. Niby nie dziwi, biorąc pod uwagę finał prawdziwej biografii, a nie tej filmowej, ale budzi we mnie zgrzyt, który zapewne można skwitować tym, że nie rozumiem depresji. I OK, zgadzam się. Zresztą to, że główny bohater swoim zachowaniem jest irytujący, to nie jest żadna wina filmu. Wręcz przeciwnie, bo łatwiej opowiadać o kimś przyjemnym. Autorzy filmu nie poszli na tę łatwiznę i brawo. Ale ja mogę sobie poprzewracać oczami, co nie?

Przewracam więc, bo trochę mnie irytują takie opowieści, w których bohaterowi dzieje się dobrze, a on wiecznie jest skrzywdzony przez życie w swoim mniemaniu. Narzeka na matkę, że zawsze używała przy nim mądrych słów, ale to pewnie dlatego obecnie jest elokwentny ponad średnią. Nic mu nie pasuje. A przecież bez żadnego wysiłku z własnej strony znajduje fajną miejscówkę do spania (hamak nad morzem, w Dziwnowie by za dobę brali 4 tysiące), znajduje pracę (za darmo, bo za darmo, ale na staż ideolo), znajduje mentora, znajduje to, co lubi robić, znajduje kumpli i nawet tę swoją ukochaną na golasa se może zobaczyć, choć tylko przez chwilę. Kiedy życie rzuca ci pod nogi pomarańcze, zrób z nich kwaśny sok nie do wypicia – chciałoby się parafrazować powiedzenie o cytrynach. Czy jakoś tak.

Cały film jest więc zapasami głównego bohatera z życiem i zapasami widza z głównym bohaterem. Na całe szczęście na całą resztę nie ma co narzekać. Tony to typowy feel-good movie, który sobie oglądasz i zatapiasz dupę w miękkim fotelu, i jest ci dobrze. To opowieść o dorastaniu i szukaniu siebie podana w lekki, odpowiednio dydaktyczny sposób, bez sprzedawania na siłę ważnych prawd życiowych. Dobrze się to ogląda i to jego główny atut. Jest coś do pośmiania, coś do przemyślenia, coś do utoczenia łezki, coś do ciężkiego westchnięcia (ile on na tym talerzu dostał żarcia za 5 dolarów?).

Tony nie jest biopikiem odhaczającym punkt po punkcie najważniejsze momenty z życia bohatera. To biopic skupiający się na jednym, ważnym momencie biografii bohatera, który najlepiej definiuje to, kim będzie w przyszłości. Choć akcja filmu rozgrywa się zaledwie w jedne wakacje, można odnieść wrażenie, że nie zobaczyło się fragmentu Bourdaina, ale całego Bourdaina bądź prawie całego. Nadal jednak nazwałbym to dzieło typowym biopikiem, bo w moim odczuciu nie wnosi niczego do gatunku. I o to mój największy żal do Matta Johnsona, bo spodziewałbym się po nim czegoś nieszablonowego. Pokazywałem go palcem, że oto koleś, który zrobi karierę, zanim to było modne (nieustannie i niezmiennie polecam The Dirties), i karierę zrobił, choć zajęło mu to dłużej, niż się spodziewałem. Ale też spodziewałem się po nim trochę innych filmów, a nie biopików po linii najmniejszego oporu. Niemniej jednak – warto obejrzeć.

(2675)

Głęboka myśl na początek pierwszej recenzji od dwóch miesięcy. Bo każda recenzja powinna zaczynać się od głębokiej myśli. Nie tylko ta po dwóch miesiącach. Myśl zatem: o każdym można nakręcić biopic. Czy dobry i ciekawy, to już nie wiem, ale zakładam, że tak. Podobno zresztą każdy człowiek ma w sobie przynajmniej jedną dobrą historię. I to wystarczy biopikowi. Nie musisz osiągnąć nie wiadomo czego, nie musisz osiągnąć w zasadzie nic. Kino zawsze znajdzie w tobie coś ciekawego, a resztę zmyśli. Tak się to robi. A co ma ta myśl do Tony’ego? Niewiele chyba. Poza tym, że udowadnia tę moją powyższą…

Ocena Końcowa

7

w skali 1-10

Podsumowanie : Młody Anthony Bourdain ucieka z domu, trafia na zmywak i powoli odkrywa, co właściwie chciałby robić w życiu. Tony to przyjemny, zabawny i momentami wzruszający feel-good biopic, ale Matt Johnson tym razem nie ugotował niczego szczególnie oryginalnego.

Podziel się tym artykułem:

Skomentuj

Twó adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Quentin 2023 - since 2004