Głęboka myśl na początek pierwszej recenzji od dwóch miesięcy. Bo każda recenzja powinna zaczynać się od głębokiej myśli. Nie tylko ta po dwóch miesiącach. Myśl zatem: o każdym można nakręcić biopic. Czy dobry i ciekawy, to już nie wiem, ale zakładam, że tak. Podobno zresztą każdy człowiek ma w sobie przynajmniej jedną dobrą historię. I to wystarczy biopikowi. Nie musisz osiągnąć nie wiadomo czego, nie musisz osiągnąć w zasadzie nic. Kino zawsze znajdzie w tobie coś ciekawego, a resztę zmyśli. Tak się to robi.
A co ma ta myśl do Tony’ego? Niewiele chyba. Poza tym, że udowadnia tę moją powyższą teorię. Nie ma wątpliwości, że Anthony Bourdain był ciekawym człowiekiem i to nie tak, że nie zasłużył na biopic. Ale to taki biopic, co to o każdym mógłby powstać.
O czym jest film Tony
Młody Tony (tylko matka mówi do niego Anthony) – w tej roli Dominic Sessa – stara się o stypendium pisarskie. Kiedy przechodzi mu ono koło nosa, pakuje mandżur i ucieka z domu od przesadnych wymagań swojej matki (Dagmara Domińczyk) i w ogóle przed wszystkim, łącznie z samym sobą. Alibi ma, bo w szalonym planie jest podążenie za swoją ukochaną z liceum, Nancy (Emilia Jones). Tyle że Nancy ma chłopaka i to nim jest zajęta. Kolejny gwóźdź do nastoletniej trumny kieruje Tony’ego do baru, gdzie topi smutki w butelce wódki. Kończy się podbitym limem i nocowanką na hamaku u tajemniczego Portugalczyka (Antonio Banderas). A także dziurą w portfelu i koniecznością zapracowania na kolejne dni na hamaku, pracując na zmywaku.
Zwiastun filmu Matta Johnsona o Anthonym Bourdainie
Recenzja filmu Tony
Tony w reżyserii Matta Johnsona to rzadki przykład filmu, którego główny bohater na początku jest dupkiem, a na końcu też jest dupkiem. Nie zaskakuje nas ten początek, gdyż film wita cytatem z książki Anthony’ego Bourdaina, w której autor wprost ocenia, że w młodości był dupkiem i potrzebował kopa w zadek. Że na końcu też będzie dupkiem – to już zaskoczenie.
Przed seansem Tony’ego trzeba się więc przygotować na strasznie wkurwiającego głównego bohatera, który ciągle patrzy się w dal nieobecnym wzrokiem, co zresztą też sam zapowiada jakimś japońskim terminem, którego nie zapamiętałem. Gapi się więc nieobecnym wzrokiem i z rozdziawioną japą, i nic go nie cieszy. Niby nie dziwi, biorąc pod uwagę finał prawdziwej biografii, a nie tej filmowej, ale budzi we mnie zgrzyt, który zapewne można skwitować tym, że nie rozumiem depresji. I OK, zgadzam się. Zresztą to, że główny bohater swoim zachowaniem jest irytujący, to nie jest żadna wina filmu. Wręcz przeciwnie, bo łatwiej opowiadać o kimś przyjemnym. Autorzy filmu nie poszli na tę łatwiznę i brawo. Ale ja mogę sobie poprzewracać oczami, co nie?
Przewracam więc, bo trochę mnie irytują takie opowieści, w których bohaterowi dzieje się dobrze, a on wiecznie jest skrzywdzony przez życie w swoim mniemaniu. Narzeka na matkę, że zawsze używała przy nim mądrych słów, ale to pewnie dlatego obecnie jest elokwentny ponad średnią. Nic mu nie pasuje. A przecież bez żadnego wysiłku z własnej strony znajduje fajną miejscówkę do spania (hamak nad morzem, w Dziwnowie by za dobę brali 4 tysiące), znajduje pracę (za darmo, bo za darmo, ale na staż ideolo), znajduje mentora, znajduje to, co lubi robić, znajduje kumpli i nawet tę swoją ukochaną na golasa se może zobaczyć, choć tylko przez chwilę. Kiedy życie rzuca ci pod nogi pomarańcze, zrób z nich kwaśny sok nie do wypicia – chciałoby się parafrazować powiedzenie o cytrynach. Czy jakoś tak.
Cały film jest więc zapasami głównego bohatera z życiem i zapasami widza z głównym bohaterem. Na całe szczęście na całą resztę nie ma co narzekać. Tony to typowy feel-good movie, który sobie oglądasz i zatapiasz dupę w miękkim fotelu, i jest ci dobrze. To opowieść o dorastaniu i szukaniu siebie podana w lekki, odpowiednio dydaktyczny sposób, bez sprzedawania na siłę ważnych prawd życiowych. Dobrze się to ogląda i to jego główny atut. Jest coś do pośmiania, coś do przemyślenia, coś do utoczenia łezki, coś do ciężkiego westchnięcia (ile on na tym talerzu dostał żarcia za 5 dolarów?).
Tony nie jest biopikiem odhaczającym punkt po punkcie najważniejsze momenty z życia bohatera. To biopic skupiający się na jednym, ważnym momencie biografii bohatera, który najlepiej definiuje to, kim będzie w przyszłości. Choć akcja filmu rozgrywa się zaledwie w jedne wakacje, można odnieść wrażenie, że nie zobaczyło się fragmentu Bourdaina, ale całego Bourdaina bądź prawie całego. Nadal jednak nazwałbym to dzieło typowym biopikiem, bo w moim odczuciu nie wnosi niczego do gatunku. I o to mój największy żal do Matta Johnsona, bo spodziewałbym się po nim czegoś nieszablonowego. Pokazywałem go palcem, że oto koleś, który zrobi karierę, zanim to było modne (nieustannie i niezmiennie polecam The Dirties), i karierę zrobił, choć zajęło mu to dłużej, niż się spodziewałem. Ale też spodziewałem się po nim trochę innych filmów, a nie biopików po linii najmniejszego oporu. Niemniej jednak – warto obejrzeć.
(2675)
Ocena Końcowa
7
w skali 1-10
Podsumowanie : Młody Anthony Bourdain ucieka z domu, trafia na zmywak i powoli odkrywa, co właściwie chciałby robić w życiu. Tony to przyjemny, zabawny i momentami wzruszający feel-good biopic, ale Matt Johnson tym razem nie ugotował niczego szczególnie oryginalnego.
Podziel się tym artykułem:
