We Summon the Darkness, W skórach demona (2019), reż. Marc Meyers.
We Summon the Darkness, W skórach demona (2019), reż. Marc Meyers.

We Summon the Darkness. Recenzja filmu W skórach demona

Bywają filmy, o których warto wiedzieć jak najmniej przed przystąpieniem do seansu. W założeniu We Summon the Darkness miał być pewnie tego typu filmem. Ze smutkiem trzeba jednak zauważyć, że nie ma większego sensu unikanie wiadomości odnośnie tej produkcji, bo nie sprawi to, że będzie w jakikolwiek sposób lepsza. Recenzja filmu We Summon the Darkness.

O czym jest film We Summon the Darkness

Lata 80. XX wieku. Trzy przyjaciółki: Alexis (Alexandra Daddario), Val (Maddie Hasson) i Bev (Amy Forsyth) przemierzają redneckową Amerykę. Są w drodze na koncert metalowy, na którym wystąpić mają między innymi najpopularniejsze kapele satanistyczne. Temat czcicieli szatana wisi cały czas w powietrzu. Radio nadaje informacje o serii brutalnych satanistycznych morderstw, a telewizja pokazuje płomienne przemówienia telewizyjnego kaznodziei (Johnny Knoxville), który winą za wszystko co złe obarcza satanistyczną muzykę. Dziewczyny niewiele przejmują się tym wszystkim, bo przecież młodość ma swoje przywileje. Trzeba się wyszaleć, napić piwka i pouganiać za chłopakami. Wszystko to udaje się po dotarciu na miejsce. Alexis, Val i Bev poznają trzech sympatycznych kolegów, z którymi udają się do mieszczącego się w pobliżu domu jednej z nich. Stanie się on miejscem krwawej tragedii.

Zwiastun filmu We Summon the Darkness

Recenzja filmu We Summon the Darkness

Sataniści, seryjne morderstwa, Alexandra Daddario i lata 80. ubiegłego wieku – brzmi to wszystko bardzo zachęcająco i można mieć nadzieję, że oto przed nami ten rodzaj cool-kina, które ogląda się z przyjemnością taką samą jak filmy klasy C na VHS-ie czterdzieści lat temu. Niezobowiązująca rozrywka, której żaden cenzor nie liczy ilości faków, a krew może się lać wedle widzimisię twórcy. Marca Meyersa, na którego koncie jest już m.in. Mój przyjaciel Dahmer (nie powiem Wam czy fajny, bo utknąłem kiedyś w piętnastej minucie), czyli autora potrafiącego znaleźć sobie interesujący sposób na opowiedzenie sztampowej historii.

Nie inaczej jest zresztą w przypadku We Summon the Darkness, który ma być opowieścią o zabijaniu i ucieczce przed zabijaniem, czyli sztampą, ale podaną w sposób mający w sobie zadatki fajnego pomysłu na fabułę.

Owszem, jest We Summon the Darkness ów fajny pomysł na fabułę, który można nazwać twistem, ale podstawowy kłopot w tym, że karty zbyt szybko zostają wyłożone na stół, a potem pozostaje już tylko film o zabijaniu i o uciekaniu przed zabijaniem. Może być – pomyśli wielu z Was, też bym tak pomyślał – ale wiadomo, zabijanie zabijaniu nierówne.

No i niestety w przypadku We Summon the Darkness mamy do czynienia z filmem, który liczy na to, że ww. twist wystarczy, żeby widz był zadowolony. Nie wystarczy i to z kilku powodów. Przede wszystkim dość łatwo go wyłapać i w sumie nic dziwnego, że zostaje sprzedany już po pół godzinie. Meyers nie potrafi poprowadzić fabuły w ten sposób, żeby jak najdłużej unikać nieuniknionego. Więcej, nie może się chyba doczekać aż zaskoczy widza i przebiera nogami, żeby już, żeby jak najszybciej.

No i luz, jest w tym haczyku na We Summon the Darkness coś, co uprawnia do oczekiwania na więcej. Tak, film wyróżnia się poza podobne filmy i dlatego zasługuje na rzucenie na niego okiem nie tylko dla dekoltu Daddario. Ale gdy opadnie zainteresowanie powodowane oczekiwaniem na przebieg wypadków, pozostaje godzina monotonnego filmu z wysilonymi zwrotami fabularnymi, brakiem krwawego szaleństwa i utknięciem gdzieś pomiędzy: „a może zróbmy to bardziej komediowo” a „a może jednak bardziej na poważnie?”.

W zadowoleniu z seansu nie pomaga jeszcze jedna rzecz. We Summon the Darkness to kolejna produkcja, która myśli, że do oddania klimatu lat 80. ubiegłego wieku wystarczy po nazwisku reżysera w napisach początkowych zarzucić na ekran datą. Nie jest to magiczny sposób, który wystarczy na przeniesienie widza do tego właśnie okresu. Potrzeba czegoś więcej, czego w filmie Meyersa nie ma. Mogłoby na początku być napisane „2020” i film bez żadnych zmian mógłby toczyć się dalej.

Dlatego też uważam, że unikanie jakichkolwiek wiadomości na temat filmu We Summon the Darkness nie ma sensu, a wszelkie oczekiwania pod kątem seansu trzeba obniżyć do minimum i może wtedy coś się z tego filmu wyciągnie.

(2409)

Bywają filmy, o których warto wiedzieć jak najmniej przed przystąpieniem do seansu. W założeniu We Summon the Darkness miał być pewnie tego typu filmem. Ze smutkiem trzeba jednak zauważyć, że nie ma większego sensu unikanie wiadomości odnośnie tej produkcji, bo nie sprawi to, że będzie w jakikolwiek sposób lepsza. Recenzja filmu We Summon the Darkness. O czym jest film We Summon the Darkness Lata 80. XX wieku. Trzy przyjaciółki: Alexis (Alexandra Daddario), Val (Maddie Hasson) i Bev (Amy Forsyth) przemierzają redneckową Amerykę. Są w drodze na koncert metalowy, na którym wystąpić mają między innymi najpopularniejsze kapele satanistyczne. Temat czcicieli szatana…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Trzy przyjaciółki wybierają się na koncert metalowy pomimo grasujących w okolicy satanistycznych morderców. Film ma wszystko, co potrzebne do szczęścia i produkcji neoVHS-owej, którą ogląda się tak jak kiedyś. Niestety reżyser postanowił wziąć te atuty i ułożyć je w sztampową i nieinteresującą produkcję.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.