Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Death Note (2017), reż. Adam Wingard. Netflix.
Death Note (2017), reż. Adam Wingard. Netflix.

Death Note. Recenzja filmu Notatnik Śmierci. Netflix

Co byś zrobił, gdybyś zyskał możliwość decydowania o życiu i śmierci? Kto ma żyć, a kogo można uśmiercić? Bohater filmu Death Note korzysta z tej możliwości, a sytuacja szybko wymyka mu się spod kontroli. Przedpremierowa recenzja filmu Death Note. Premiera w Netfliksie 25 sierpnia.

O czym jest film Death Note. Notatnik Śmierci

Light Turner (Nat Wolff) to inteligentny (choć fryzura na to nie wskazuje) młodzieniec, który w liceum znany jest głównie z tego, że rozwiązuje matematyczne prace domowe innym uczniom. Light nie wadzi nikomu, zresztą od czasu śmierci matki wyciszył się kumulując w sobie gniew. Siedząc cichcem na przerwach lekcyjnych potajemnie wzdycha do czirliderki Mii Sutton (Margaret Qualley). Okazja do bliższego poznania trafia się zupełnie zaskakująco. Wdawszy się w bójkę ze starszymi kolegami Light jest bez szans i dostaje po nosie. Mii imponuje jednak, że stanął w obronie innego kolegi i wkrótce inicjuje znajomość z nieśmiałym Lightem. Tymczasem w życiu Lighta wszystko staje na głowie wraz ze znalezieniem tajemniczego Notatnika Śmierci. Wypełniony instrukcjami przykuwa uwagę informacją o tym, że posiadacz Notatnika może decydować o śmierci. Wystarczy, że na stronach Notatnika umieści nazwisko ofiary oraz wyobrazi sobie jej twarz. No i opcjonalnie poda rodzaj śmierci. Chwilę potem wpisany delikwent nie żyje. W śmiercionośnej sile Light widzi szansę na pozbycie się ze świata wszelkich szumowin i innych degeneratów. Pod pseudonimem Lord Kira wprowadza w życie swoje postanowienie i wkrótce znacząco zmniejsza się liczba kryminalistów. Działania Kiry zwracają uwagę zachwyconych obywateli, dla których mściciel jest bohaterem. Jedną z niewielu osób, które uważa krwawe samosądy za niewłaściwie jest komendant policji, prywatnie ojciec Lighta, James Turner (Shea Whigham). Największym pomocnikiem Jamesa niespodziewanie staje się ekscentryczny i skryty za maską nastoletni geniusz L (Lakeith Stanfield). Lord Kira również ma kogoś, kto bacznie obserwuje jego czyny. To sam Bóg Śmierci i wielbiciel jabłek – Ryuk (głos Willema Dafoe).

Recenzja filmu Death Note. Notatnik Śmierci

Nie trzeba raczej nikomu przypominać, że Death Note to fabularna wersja jednej z najpopularniejszych mang, jakie kiedykolwiek powstały. Tak popularnej, że nawet ja obejrzałem kilka odcinków anime i muszę przyznać, że się wciągnąłem. Nie na tyle, żeby skończyć, bo w pewnym momencie liczba wątków stała się przesadnie rozdęta i coś, co było prostą, ale zarazem ekscytującą, historią Notatnika Śmierci zaczęło za bardzo się rozrastać. Nie zmienia to faktu, że byłem pod wrażeniem, szczególnie pierwszych odcinków.

Sama ekranizacja Death Note (pierwsza amerykańska, były już azjatyckie) nie ekscytowała mnie jednak aż tak bardzo jak nazwisko reżysera, który się za nią wziął. Adam Wingard zwrócił nie tylko moją uwagę fajnymi You’re Next oraz The Guest i kiedy wydawało się, że każde jego następne dzieło będzie godne uwagi, zrobił Blair Witch… To ostudziło oczekiwanie na Death Note, ale dalej połączenie fajnej mangi i fajnego reżysera było wystarczająco atrakcyjne, by pozostać ciekawym efektu.

No i efekt jest zadowalający. Świeżo po seansie stuknąłem na Q-Fejsa (lokowanie produktu): „Nie jest źle! ale z butów też nie wyrywa” i dokładnie tak to wygląda. Choć wydaje mi się, że zaprzysięgli fani oryginału będą niezadowoleni z końcowego efektu, ale pewnie byliby niezadowoleni niezależnie od tego jak amerykański Death Note by wyglądał. Taki już los zaprzysięgłych fanów.

Death Note Notatnik Śmierci to takie anime w bardzo dużej pigułce. Niecałe 100 minut to za mało, by zgłębić się we wszystkie niuanse historii i Wingard nawet nie próbuje tego robić. Z mojego punktu widzenia to dobrze, bo zniknęły całkiem wątki, które mi obrzydziły oryginał. Reżyser skupił się na sednie sprawy: mam Notatnik Śmierci i co z tego wyniknie. Nie traci się tu czasu na mnożenie wątków pobocznych, których właściwie tu nie ma. Mimo to i tak nie wystarczyło czasu, żeby nie mieć wrażenie, że ogląda się jedynie streszczenie.

Nie zawiodła realizacja. Wingard wrócił do tego, co najlepiej zagrało w The Guest i Death Note również został nakręcony w podobny sposób. Ważna zatem jest pulsująca muzyka i kilka dobrze umieszczonych i zobrazowanych klasycznych piosenek (brakuje jednak oryginalnej piosenki z czołówki zastąpionej dużo gorszym utworem, choć pozostającym w klimacie dalszego filmu). Kiedy trzeba Death Note jest makabryczny i nie zabrakło naprawdę krwawych scen śmierci. Tutaj duży plus. Plusik także dla Ryuka, głównie dzięki głosowi Dafoe, który wystarcza do zbudowania dobrej roli. Sam Ryuk porusza się tu głównie w cieniu i to bardzo dobrze, bo można momentami odnieść wrażenie, że to koleś ubrany w strój z suwakiem. A tak to jest wystarczająco straszny.

Minusy? Spłycenie historii sprawiło niestety, że brakuje w fabularnym Death Note tych ocierających się o geniusz w rysowanej wersji zwrotów akcji. Nie jakichś wielkich, ale niezmiennie sprawiających, że np. animowany L był dla mnie przekozakiem. Potrafił wyciągać wnioski z rzeczy, o których ja bym nawet nie pomyślał i pchać akcję do przodu swoimi odkryciami, spostrzeżeniami i zastawianymi niby w ciemno pułapkami. W filmie Wingarda L stracił dużo ze swojego geniuszu i wiele rzeczy po prostu wie i już. To dla mnie największa słabość Death Note. Wcielający się w główne role aktorzy też raczej nie są mocną stroną filmu. Nat Wolff jest za stary (na szczęście nie przeszkadzała mi jego idiotyczna fryzura, o którą bałem się po zwiastunie), a Lakeith Stanfield ociera się o przesadę i przerysowanie. Ciężko chyba jednak było przenieść na amerykański rynek japońską kreskę i wrażliwość.

Podsumowując: Death Note Wingarda powinno spodobać się tym, którzy mają dość PG-13 i w ogóle nie znają oryginału. Dla fanów będzie to chyba jednak zawód i kolejny dowód na to, że w tej Ameryce to wszystko spieprzą. Tu przynajmniej fabularnie, bo warstwy realizacyjnej nie ma się co czepiać.

(2270)

Co byś zrobił, gdybyś zyskał możliwość decydowania o życiu i śmierci? Kto ma żyć, a kogo można uśmiercić? Bohater filmu Death Note korzysta z tej możliwości, a sytuacja szybko wymyka mu się spod kontroli. Przedpremierowa recenzja filmu Death Note. Premiera w Netfliksie 25 sierpnia. O czym jest film Death Note. Notatnik Śmierci Light Turner (Nat Wolff) to inteligentny (choć fryzura na to nie wskazuje) młodzieniec, który w liceum znany jest głównie z tego, że rozwiązuje matematyczne prace domowe innym uczniom. Light nie wadzi nikomu, zresztą od czasu śmierci matki wyciszył się kumulując w sobie gniew. Siedząc cichcem na przerwach lekcyjnych…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Za pomocą Notatnika Śmierci licealista postanawia pozbyć się problemu przestępczości. Wkrótce sam będzie miał problem. Krwawa, ale i młodzieżowa wersja słynnej mangi. Laikom może się spodobać, fani oryginału będą kręcić nosem.

Odpowiedź

  1. Nawet mi się podobało. Każda z wersji miała swoje plusy (jak i minusy). Serial anime miał najlepiej rozbudowaną fabułę, najlepsze zwroty akcji, z drugiej strony po jakimś czasie czasie zaczął być przeciągany ponad miarę. Japońska wersja aktorska z 2006r. hmm… nie pamiętam już za wiele, ale na pewno Erika Toda była ładniutka. :) Największą siłą wersji Netflixa jest dla mnie styl Wingarda. Ta stylistyka inspirowana latami 80. z „neonowymi” kolorami oświetlenia, z elektroniczną muzyką nadającą rytm filmu i fajnie wkomponowanymi piosenkami, nawet jeżeli te są nie z tych czasów co akcja filmu (song z „Top Guna” na potańcówce w szkole, czy wykorzystanie „The Power of Love” w finale ocierające się o kicz, ale ostatecznie wypadający jednak efektownie). Aktorzy do przeżycia, krwawe sceny na plus, a Ryuk… chyba lepszy jak u Japończyków (nie mówię o anime) – to że w 90% scen był w cieniu albo poza głębią ostrości na pewno pomagało. Pewnie najwięksi fani oryginału kręcą nosem (L murzynem, olaboga :D) ale ja oceniam pozytywnie. Wingard podniósł się po koszmarnym (to nie jest komplement) „Blair Witch”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.