Free Fire (2016), reż. Ben Wheatley.
Free Fire (2016), reż. Ben Wheatley.

Free Fire (2016). Recenzja filmu Bena Wheatleya

Pozostajemy w klimatach efektownych strzelanin. Jeśli szukacie filmu, w którym strzelają się przez bite 70 minut, to Free Fire może być wyborem, na który warto zwrócić uwagę. Przy czym za chwilę dowiecie się, że sytuacja z Free Fire jest właściwie identyczna co w przypadku filmu John Wick 2. Dostanie wysoką ocenę, ale odnoszę wrażenie, że bardziej chcę, by mi się podobał niż w rzeczywistości mi się podoba. Recenzja filmu Free Fire

O czym jest film Free Fire

Razem z bohaterami filmu przenosimy się do Bostonu. Jest rok 1978 – czego dowiadujemy się z IMDb-owego opisu, bo sam film raczej o tym milczy – co nie ma właściwie żadnego większego znaczenia, bo nijak nie wpływa na przebieg fabuły. Ot pozwala bohaterom ubierać się jak w 1978 roku i tyle. Chris (Cillian Murphy), Frank (Michael Smiley) i Justine (Brie Larson) czekają cierpliwie na rozpoczęcie transakcji, którą umówił dla nich niejaki Ord (Armie Hammer). W ciszy i spokoju opuszczonego magazynu/fabryki/łotewer mają dokonać zakupu zamówionych karabinów M16, które dostarczą im handlarze bronią Vernon (Sharlto Copley) i Martin (Babou Ceesay). Sprzedawcy pojawiają się na czas, mężczyźni wymieniają się kilkoma żarcikami i zaraz pojawia się pierwszy zgrzyt. Oto okazuje się, że zarozumiały Vernon razem z koleżką przywieźli ze sobą karabiny, ale wcale nie M16 tylko jakieś inne. To nieporozumienie jeszcze udaje się jakoś załagodzić. Wkrótce jednak słowne argumenty nie przydadzą się na nic. Okazuje się, że odpowiedzialni za transport ludzie Chrisa i Vernona – Stevo (Sam Riley) i Harry (Jack Reynor) – spotkali się poprzedniej nocy i nie skończyło się na uścisku dłoni. Podwalający się do siostry Harry’ego Stevo dostał po łbie od Harry’ego. To zwykły zbieg okoliczności, ale Harry nie zamierza odpuścić, póki Stevo nie przeprosi za swoje zachowanie z poprzedniego dnia. Stevo przez chwilę udaje, że żałuje, ale wkrótce padają pierwsze strzały i za chwilę magazyn wypełnia się hukiem wystrzelonych pocisków oraz jękami trafionych.

Recenzja filmu Free Fire

W założeniu brzmi bardzo fajnie. Kilkoro znanych, charakterystycznych aktorów stylizowanych na gangusów z lat 70. i posługujących się świetnie brzmiącymi na ekranie specyficznymi akcentami (porno dla lingwistów), zostaje zamkniętych w magazynie i strzela się między sobą dopóki ilość strzelających się osób zostanie zredukowana do minimum. Więcej, za chwilę pojawia się jeszcze kilka osób, co zawsze dobrze wróży filmowi o zabijaniu. Im więcej ludzi do zabicia, tym ciekawiej – trąbię o tym zawsze w przypadkach takich np. slasherów. – bo nie ma czasu na niepotrzebne przedłużanie. Nie wiadomo co by tu mogło pójść źle. No i nic nie idzie źle, ale mimo to jakiś niedosyt pozostaje. Choć to naprawdę film, którego 70 minut czasu trwania zajmują strzelaniny.

Choć pomysł na Free Fire brzmi jak jakiś filmowy eksperyment, to trzeba przyznać, że jest to najbardziej normalny film w karierze jego reżysera, Bena Wheatleya (Lista płatnych zleceń, Turyści, A Field in England, Wieżowiec). Więcej, jest tak normalny, że można się zdziwić, że wyreżyserował go Wheatley. To dobrze, bo specyficzny styl reżysera nie każdemu odpowiada, ale też nie sposób nie zwrócić uwagi na to, że taki „unormalniony” Wheatley trochę traci. Nie udaje mu się wywrzeć na filmie aż takiego piętna, żeby po seansie powiedzieć: nie no, nikt inny by takiego filmu nie mógł zrobić. Spokojnie znalazłoby się jeszcze kilku reżyserów, a i pewnie takich, którzy zrobiliby Free Fire lepiej. Jest tam parę miejsc, którym przydałoby się bardziej badassowe rozegranie. Np. scena rozpoczynająca się od dzwonka telefonu, po którym wchodzi charakterystyczna muzyczka. Aż się prosiło o rozwinięcie a’la Tarantino, a tymczasem uzyskane dzięki temu napięcie zupełnie nie zostało wykorzystane, muzyczka wybrzmiała i wróciliśmy do zastałego status quo.

Free Fire fajnie się ogląda, nie nuży, ma kilka fajnych onelinerów, które ostatnio w kinie są rzadkością, oraz bez wątpienia posiada super obsadę. Znalazła się tu też przynajmniej jedna naprawdę krwawa scena i wiele scen mniej krwawych. Właściwie co chwilę ktoś zostaje raniony i drze się jeszcze bardziej. Zaobserwowałem też u siebie ciekawość tego, kto przeżyje do końca, ale nie na tyle, żeby komukolwiek kibicować. Trochę szkoda, bo ten kontrolowany chaos zasługiwał na jeszcze więcej szaleństwa i nieokiełznania.

(2243)

Pozostajemy w klimatach efektownych strzelanin. Jeśli szukacie filmu, w którym strzelają się przez bite 70 minut, to Free Fire może być wyborem, na który warto zwrócić uwagę. Przy czym za chwilę dowiecie się, że sytuacja z Free Fire jest właściwie identyczna co w przypadku filmu John Wick 2. Dostanie wysoką ocenę, ale odnoszę wrażenie, że bardziej chcę, by mi się podobał niż w rzeczywistości mi się podoba. Recenzja filmu Free Fire O czym jest film Free Fire Razem z bohaterami filmu przenosimy się do Bostonu. Jest rok 1978 - czego dowiadujemy się z IMDb-owego opisu, bo sam film raczej o…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Transakcja nielegalnej sprzedaży broni dokonywana w opuszczonym magazynie kończy się strzelaniną, z której z życiem wyjdą tylko najodważniejsi. Najbardziej normalny film w reżyserskiej karierze Bena Wheatleya musiał skończyć się 70-minutową strzelaniną.

6 odpowiedzi

  1. 8 bym nie dał na pewno. Potencjał był i momenty też było, ale całościowo jednak coś nie zagrało. Zbyt prosta jednak ta fabułka, zbyt mało tu zaskoczeń (3/4 filmu niemal nikt nie ginie, choć każdy dostaje jakiś postrzał, a w końcówce zaczynają padać jak muchy), a dowcip tak naprawdę ogranicza się do dowcipu słownego czy onlinerow. Coś między 6 a 7 bym dał, a jeśli 7 to tylko z uwagi na fajne, charakterne postaci.

  2. Quentin

    No co ja mogę, zgadzam się :). Choć 8 nie żałuję ani nie zmieniam. To taki wyraz uznania dla faktu, że tio nieszablonowy film, który wyróżnia się na tle masówki i jest nieco inny niż reszta. Pewnie, mógł być dużo lepszy, ale który film nie mógłby.

  3. Predator 😛 tak na przykład 😉

  4. Quentin

    Pytałem o filmy, nie o arcydzieła kina ;).

  5. Turbo Kid ? 😛

  6. Quentin

    Nie wiem, nie pamiętam :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.