Life 2017, reżyseria Daniel Espinoza, Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson, Ryan Reynolds.
Jake Gyllenhaal właśnie zobaczył Life.

Life. Recenzja filmu… no Life (2017)

Gdybym w jakiś sposób miał obliczać skuteczność mojego Poszedłbyma, to Life w reżyserii Daniela Espinosy byłby filmem, który wybieram jako pierwszy do udowodnienia tezy, że to bardzo wysoka skuteczność, nawet stuprocentowa! 😛 Zwiastun Life zapowiadał zupełnie nieoryginalną produkcję z niewiadomych przyczyn obsadzoną gwiazdami i dokładnie taką się okazał. Recenzja filmu Life.

O czym jest film Life

Kosmonauci z międzynarodowej stacji kosmicznej przebywający na orbicie okołoziemskiej stają przed trudnym zadaniem. W ich stronę zbliża się sonda kosmiczna, na pokładzie której znajdują się próbki z Marsa. Coś poszło nie tak i sonda nieuchronnie dryfuje w stronę ziemskiej atmosfery, gdzie puf, cenny ładunek ulegnie spaleniu i dupa z kosmicznych badań. Jest jednak nadzieja w mechaniku Rorym (Ryan Reynolds), że weźmie ją i złapie. I rzeczywiście, Rory dokonuje kosmicznego cudu, chwyta (nie osobiście) sondę a cały świat jest szczęśliwy. Wywiady, pytania, celebracja na Times Square – kosmonauci są bohaterami i spragnionym wiedzy Ziemianom zdradzają wszelkie tajemnice swojej kosmicznej podróży. Łącznie z tym jak się załatwiają, ale dość mętnie, bo nie wiem jak wykorzystać lejek do wszystkich potrzeb fizjologicznych zarówno męskich jak i żeńskich (no wiem, takie same, ale realizacja trochę inna). Kiedy kończy się seria nadawanych na Ziemię lajwów, kosmonauci ruszają do zbadania złapanych próbek. Muszą sprawdzić, czy nie ma tam czegoś, co mogłoby zagrażać Ziemi, a jeśli jest, to trzeba to zniszczyć. Biologowi Hughowi (Ariyon Bakare) udaje się znaleźć jedynie jedną komóreczkę, ale to już sukces, bo udowadnia życie na Marsie. (No dobra, może dopiero teraz te wywiady, bo chyba się z nimi pospieszyłem :P). Mija kilka dni, komóreczka rozrasta się w organizm wielokomórkowy łączący w sobie siłę mięśnia i mądrość mózgu, a kiedy zaczynają ją razić prądem, dziwią się, że będzie ich chciała zabić. I tak do końca filmu David (Jake Gyllenhaal), Miranda (Rebecca Ferguson), Jekatarina (Olga Dykhovichnaya) i Sho (Hiroyuki Sanada) będą zmuszeni stanąć do nierównej walki.

Recenzja filmu Life

Właściwie jedynym, co frapowało mnie w Life, było to czy znajdzie się w nim cokolwiek oryginalnego, co jakoś pozwoli mi zrozumieć, dlaczego tylu całkiem niezłych aktorów zgodziło się w tym zagrać. Do tej pory takie zupełnie nieoryginalne filmy kojarzyły się głównie z nieznaną obsadą i produkcją prosto na wideo, a tu nagle do kin trafia kosmiczny blockbuster, który wygląda na powtórkę ze wszystkiego, ale gdzieś tam z tyłu głowy sobie myślisz, że musi być jakiś haczyk. Nie ma żadnego. Life widzieliście już sto razy i nie ma tu zupełnie nic więcej poza kosmitą, który chce zabić bohaterów, którzy chcą mu oddać pięknym za nadobne. Life do tego stopnia perfidnie kradnie co się tylko da, że gdy w Apollo 13 kosmonauta pokazuje jak pije kroplę bodaj soku pomarańczowego, to w Life kosmonauta pokazuje jak je ziarenko zielonego groszku. Podpowiem: tak samo.

Fabuła Life rozwija się w ten sposób, że właściwie szybko zaczynasz w tych pogoniach kibicować kosmicie wyglądającemu jak ośmiornica-galaretka. Kosmiczni naukowcy męczą mu dupę (choć jeszcze jej nie ma) od samego początku i nie chcą dać spokoju. Chłopak idzie w kimę to rażą go prądem, a gdy przerażony ucieka zaczynają smażyć go ogniem. A potem zdziwienie, że chce ich pozabijać, najlepiej szybko. Najbardziej w tym wszystkim żal biednego szczurka, który z niewiadomych przyczyn przywiązany za łapki przygląda się temu wszystkiemu, a potem dostaje odłamkiem, choć nie zrobił kosmicie absolutnie niczego złego.

Wielkiego napięcia w tym wszystkim nie ma głównie dlatego, że dobrze znamy tę sytuację z innych Alienów i Lewiatanów i wiemy, co i jak. Kosmita jest tu, to przegońmy go tak. Kosmita jest gdzie indziej, to przegońmy go inaczej. Ojej, kosmita zabił kolegę. Niewiele brakło, by znalazła się nawet w Life scena, którą gdzieś tam obśmiałem jako gonienie się ludzia z kosmitą po poszyciu kosmicznego statku. Na plus filmowi Life trzeba oddać ładnie wyglądającą w stanie nieważkości krew, choć nie sposób się oprzeć wrażeniu, że wyższa kategoria wiekowa została tu zupełnie niewykorzystana i sceny śmierci raczej do wielce efektownych nie należą. A wiązanki fucków nikomu do szczęścia nie są potrzebne, gdy są jedynie wiązankami fucków bez polotu i innego przeznaczenia niż wyrażenie frustracji.

Life mógłby się spodobać komuś, kto nigdy nie widział żadnego filmu o kosmicie polującym na ludzi w kosmosie. Daniel Espinoza (Safe House, Child 44) po raz kolejny udowodnił, że nie potrafi zrobić z przygotowanych przez innych składników emocjonującego i porywającego, choć nieoryginalnego, kina, a wszelkie porównania do Grawitacji nie mają tu racji bytu. Podobne jest w nich tylko to, że laski fruwają w stanie nieważkości pomiędzy jednym pomieszczeniem a drugim, z tą różnicą, że Sandra Bullock latała w majtkach, a bohaterki Life latają w spodniach.

(2217)

Gdybym w jakiś sposób miał obliczać skuteczność mojego Poszedłbyma, to Life w reżyserii Daniela Espinosy byłby filmem, który wybieram jako pierwszy do udowodnienia tezy, że to bardzo wysoka skuteczność, nawet stuprocentowa! :P Zwiastun Life zapowiadał zupełnie nieoryginalną produkcję z niewiadomych przyczyn obsadzoną gwiazdami i dokładnie taką się okazał. Recenzja filmu Life. O czym jest film Life Kosmonauci z międzynarodowej stacji kosmicznej przebywający na orbicie okołoziemskiej stają przed trudnym zadaniem. W ich stronę zbliża się sonda kosmiczna, na pokładzie której znajdują się próbki z Marsa. Coś poszło nie tak i sonda nieuchronnie dryfuje w stronę ziemskiej atmosfery, gdzie puf, cenny ładunek…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Załoga stacji kosmicznej zmuszona jest stanąć do walki przeciwko zaawansowanemu genetycznie organizmowi pochodzącemu prosto z Marsa. Prawdopodobnie najmniej oryginalny film 2017 roku. Studio Asylum ma konkurencję.

9 odpowiedzi

  1. Chryste, czy nie da się znaleźć w tym kraju kogoś komu się coś podoba? Marudy i stękacze których jedyna radoscia jest krytykować. Czlowieku, narzekac moze każdy koleś spod budki z piwem. Stworzyc cos – to sztuka, a na pewno wyzwanie.
    Zrób coś konstruktywnego w życiu. Możesz zacząć od najlepszego filmu sf ever, skoro dajesz do zrozumienia jakie bzdety musisz ogladac.
    Ale idę o dowolny zaklad że nigdy tego nie osiągniesz, a nawet nie napiszesz scenariusza.
    A jezeli myślisz że hejterskie narzekanie na ludzi którzy coś stworzyli stawia Cie nad nimi – to się mylisz. Konstruktywnie krytykować, mieć otwartą głowę, zdawać sobie sprawę ile rzeczy wpływa na kształt filmu – jak ciezko jest zebrać pewnie na to pieniądze, namowic setki ludzi do kreatywnej pracy (trafiając pewnie na takie wszytskowiedzace madrale jak ty) – to było by coś.
    Disuja bez refleksji dziś pryszczaci gimnazjalisci. Jesteś taki sam, kimś co hejtuje i niszczy, czy chcesz żeby świat był lepszy?

  2. Quentin

    Nie wiem, o co Ci chodzi. Nie dalej jak wczoraj coś mi się podobało ;).

  3. John… jak masz pisać więcej takich mądrości to daj sobie na wstrzymanie…

    Quentin – opis jak zawsze daje mi rozeznanie czy warto iść na seans… good job :-)

    pozdrawiam

  4. Quentin

    Pozdrawiam również i polecam się :).

    PS. To coś, co mi się wczoraj podobało to piąty odcinek „Feud” :).

  5. Polarbear_pl

    John chyba nie czytał gazetowych krytyków co oceniają każdy film jak filmy Felinniego. Akurat zarzut hejterstwa nie trafiony.
    Cóż niektórzy nie rozumieją że można mieć różne gusta i gusciki.

  6. Jest jakas scena po napisach koncowych?

  7. Wyczytałem na szybko w necie, że nie i nie czekałem.

  8. Too late 😛 Juz po seansie, ale sie dopytalem Pani wychodzac z sali czy jest, to sie dowiedzialem ze jednak nie ma.
    A film nawet mi sie spodobal, duzo klisz ale trzymal w napieciu i bardzo milo mi minal czas.

  9. Taki se… Te wszelakie klisze i braki w oryginalności to bym nawet przebolał, gdyby w tym filmie nie roiło się od idiotyzmów i elementów fabuły wprowadzanych na zasadzie „komplikowania sytuacji na siłę przez scenarzystów”. Na początku non stop nadają na Ziemię, jeden obserwuje żonę przy porodzie, druga gada z dzieciakami ze szkół itp. Ale jak ta komunikacja robi się faktycznie niezbędna, to akurat się psuje. Na amen. Oprócz komunikacji wewnętrznej, która… pada trochę później, akurat w momencie, gdy będzie bardzo potrzebna. No litości. Stwór niby potrzebuje do życia tlenu i temperatury powyżej zera. Owszem, ale nie przeszkadza mu to swobodnie grasować w kosmicznej próżni. No i doskonale zna się na ziemskich stacjach kosmicznych, w pamięci ma chyba zakodowane którymi otworkami wyjść, którymi wejść. Pewnie nauczali tego miliony lat temu w marsjańskich szkołach…

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.