Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Oscary 2017 Warren Beatty pomyłka
Pan Ząbek na Oscarach: Kurwa, przepraszam!

Oscary 2017. Parę refleksji po ceremonii

To były bardzo dziwne Oscary, począwszy od bardzo dziwnej transmisji tekstowej na Q-Blogu, która skończyła się padem serwera o 00:51 (nie z powodu obciążenia, ale z powodu jego taniości, której efektem ubocznym jest to, że przy szybkich edycjach jakiegoś wpisu blog się zawiesza i już, co uniemożliwia robienia transmisji na żywo) ogarniętym dopiero przed kilkoma minutami (żegnaj pooscarowy ruchu w jednym z najważniejszych filmowo dniach roku), a skończywszy na najdziwniejszym finale ceremonii ever. Dziękuję mamie, tacie, naszemu producentowi, a tak na marginesie to nie my wygraliśmy Oscara, chodźcie do nas i weźcie co wasze.

Oscary 2017. Wyreżyserowana spontaniczność

Zresztą cała ceremonia oscarowa upływała pod znakiem tego typu niespodziewanych wydarzeń, które miały być zaskakujące, a wyszły, cóż, średnio spontanicznie, żeby nie powiedzieć, że zostały wyreżyserowane. Z jednej strony trudno podejrzewać organizatorów gali o to, żeby tanimi sztuczkami podbijali oglądalność i klikalność (te ceremonia ma i tak zapewnione – bez tego kombinowania na drugi dzień wszyscy o niej mówią), a z drugiej trudno uwierzyć, żeby fragmenty takie jak wizyta przypadkowych turystów rzeczywiście zostały pozostawione losowi. Za dużo tu zmiennych, żeby grupla randomowych szaraków została wpuszczona pomiędzy milionerów. Pewnie gdyby przejrzeć twarze tych gości znalazłoby się paru aktorów z Trudnych spraw i wcale by mnie to nie zdziwiło. Ale i bez przyglądania się nim wyszło wystarczająco dziwnie. Klasyka spod znaku: chcemy być tacy cool, że wychodzi na odwrót. Podobne uczucie miałem też nie tylko przy zakończeniu, ale i wcześniej, gdy Kimmel odtwarzał scenę z Króla Lwa. Młody lew słabo współpracował i wyszło drętwo.

Oscary 2017. Jimmy Kimmel

W ogóle z Kimmelem to też dziwna sprawa, bo w roli gospodarza sprawdził się bardzo dobrze – maksimum potrzebnego w tym przypadku luzu – a jednak chyba żadne z jego wystąpień nie pozostało mi do teraz w głowie. Kilka standardowych żartów i przechodzimy do kolejnych nominacji. Nic, po czym widownia umarłaby ze śmiechu. Wśród najlepszych grepsów na pewno można wymienić nabijanie się z Matta Damona (świetny segment z filmem, który zmienił życie Kimmela – We Bought a Zoo), a tak to miałem wrażenie, że za bardzo chciał powtórzyć sprawdzone zagrywki Ellen Degeneres. Tam, gdzie ona zamówiła pizzę, on zadbał o słodycze. Gdzie ona robiła selfie, on wysłał tweeta do Trumpa.

Oscary 2017. Donald Trump

I te ciągłe aluzje do Trumpa też takie nijakie były. Każdy się ich spodziewał, to dodali do rozkładu jazdy, ale żeby prezydentowi poszło w pięty to nie (paru nadwornych Latynosów wygłosiło szybko swoje opinie, p.o. Farhadiego odczytał list i tyle). Zresztą ktoś tam szybko odpisał na Twitterze Kimmelowi, który zapytał prezydenta czy nie śpi, że ten jest aktualnie na balu gubernatorów (czy na innym balu) i załatwia sprawy, które rzeczywiście wpłyną na życie innych ludzi i nie ma czasu na błazenady milionerów z Hollywood, z których nic nie wynika.

Oscary 2017. Zwycięzcy i wnioski

Filmowo, bo to najważniejsze, raczej zgodnie z przewidywaniami. Można by w tej czy innej kategorii wskazać innych zasłużonych do wygrania (Ali, Stone? Kaman), ale prawda jest taka, że nagrody rozdano sprawiedliwie i po równo każdemu. Nie ma się co temu dziwić, bo poziom startujących filmów był wyrównany i przeciętny, o czym piszę tu od dłuższego czasu, więc nie ma sensu się nad tym raz jeszcze rozwodzić. Najlepszym filmem roku, niezależnie od nagród, i tak jest Manchester by the Sea i nie potrzebuje statuetki, żeby to udowadniać. Można by strzępić język, gdyby La La Land dostał +10 Oscarów, ale nie dostał, więc nie ma o czym gadać. Natomiast nad zwycięstwem Moonlight nie rozdzieram szat, bo niektóre rzeczy po prostu są poza naszym zasięgiem. Miały być w tym roku #OscarsSoBlack i były. Póki Oscara nie zgarnie Tyler Perry za rolę Medei, to jeszcze nie jest tak źle.

Wniosek po ceremonii może więc być jeden – zresztą niezmienny od lat: nie ma co dla niej zarywać nocy, bo to produkt, który ma już swój sprawdzony format i nic się w nim nie zmienia. W tej sytuacji naprawdę nie dziwię się ludziom, że najbardziej podniecają się kreacjami (modowymi!) aktorek.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.