Blood Father (2016), reż. Jean-François Richet
Blood Father (2016), reż. Jean-François Richet

Blood Father. Prawo ojca. Recenzja filmu z Melem Gibsonem

Nie jest łatwo być we współczesnym Hollywoodzie dawną megagwiazdą kina rozrywkowego. O ile w porę nie uciekłeś do ambitniejszych produkcji, czeka cię raczej ścieżka produkcji z gatunku „a pamiętacie te gwiazdy lat 80.?”. Jeszcze trudniej być we współczesnym Hollywoodzie dawną megagwiazdą, która jedną aferą obyczajową przekreśliła całkowicie swój status, spychając się z piedestału uśmiechniętej i wyluzowanej gwiazdy do chama i damskiego boksera. Wrócić po czymś takim jest cholernie trudno, co dokładnie widać na przykładzie Mela Gibsona, który ostatnie lata poświęcił na odbudowę nadszarpniętego wizerunku, a i tak na niewiele się to zdało. Może sprawę zmieni reżyserowany przez niego Hacksaw Ridge, który niedługo trafi do kin, ale na pewno nie zmienią tego produkcje pokroju Blood Father, które powielają znany schemat z wielu produkcji, w których Mel drzewiej brał udział (sarkastyczny mięśniak o dobrym sercu potrafi rozwalić łeb strzałem z bliskiej odległości, gdy trzeba walczyć o coś, co w życiu najdroższe). Na tyle przeciętne, że trudno mówić o nich w kategoriach całkowicie nieudanych, ale na tyle nijakie, że gdyby nie udział w nich Mela Gibsona, to nikt nie miałby ochoty ich oglądać. Recenzja filmu Blood Father.

O czym jest Blood Father

Tytułowy Blood Father to koleś, który ma za sobą odsiadkę w pierdlu, która pozwoliła mu zweryfikować dotychczas wiedzione życie. Jego rachunek jest mizerny. Alkoholizm, samotność, za dużo lat na karku i córka, której nie widziało się od lat. Link, tak ma na imię bohater Gibsona, wyciąga wnioski z rachunku wystawionego przez życie i wprowadza się na osiedle przyczep kempingowych, gdzie sąsiedzi trzymają za sobą ręka w rękę i nie dadzą sobie zrobić krzywdy. W końcu dostatecznie w życiu już przeszli. Na miejscu Link – z fachem tatuażysty w ręku – rzuca alkohol i tak żyje z dnia na dzień nie wadząc nikomu, a przede wszystkim nie wadząc sobie. Comiesięczna wizyta u kuratora, mityngi anonimowych alkoholików, praca, sen – to życie Linka, w które pewnego dnia wdziera się córka Lydia (Erin Moriarty), z którą od dawna nie miał kontaktu. Lydia ma problem. Podczas jednej z narkotykowych akcji przypadkiem postrzeliła swojego chłopaka dilera i szybko okazało się, że tym samym wplątała się w śmiertelną aferę. Na jej życie zaczynają dybać handlarze narkotyków, którzy nie zamierzają popuścić. I którzy łatwo mieć nie będą, gdy na ich drodze stanie wkurzony Blood Father w modzie obrońcy swojej córki. ot taki Marek Kondrat z Prawa ojca. Był kiedyś taki aktor i taki film :P.

Recenzja Blood Father

Nie ma specjalnie o czym gadać, taka prawda. Blood Father jest dokładnie takim filmem, jak wynika to z opisu. Reżyser Jean-François Richet (koleżka od świetnego remake’u Ataku na posterunek 13) zrobił solidną robotę wyważając w filmie obyczajowy dramat, trochę kina psychologicznego i dawkę akcji ani przez chwilę nie wychylającą się ponad standardowe strzelanki z gatunku: przyszli, postrzelali, poszli. W wyniku tego powstał przeciętny film, który ogląda się bez bólu, ale przy odrobinie zmęczenia można szybko zacząć ziewać, bo to wszystko było już tyle razy, że trudno to zliczyć. Wszystkiego jest tutaj tyle ile trzeba i to chyba dobrze, bo wszystko tu jest :), ale z drugiej strony chciałoby się czegoś niespodziewanego, co nagle wyniosłoby trochę wyżej tę produkcję, która bez Mela Gibsona szybko przepadłaby w mrokach zapomnienia. Choć w sumie z Gibsonem też przepadnie.

Co nie zmienia faktu, że Gibson w pojedynkę panuje niepodzielnie nad Blood Father wypełnionym sztampowymi postaciami złego badgaja, dobrego sąsiada z flintą, zbuntowanej dziewczyny, czy krwiożerczego mordercy z Meksyku. Wszystkim im Mel Gibson mówi w tym filmie „Siad!” i gdyby to tylko była lepsza produkcja, to można by mówić o przełomie. Niezależnie od tego, że i tak najbardziej przez cały seans zwracają uwagę nie Mel Gibson, ale jego… nowe zęby. No przynajmniej moją uwagę zwracały.

(2116)

Nie jest łatwo być we współczesnym Hollywoodzie dawną megagwiazdą kina rozrywkowego. O ile w porę nie uciekłeś do ambitniejszych produkcji, czeka cię raczej ścieżka produkcji z gatunku "a pamiętacie te gwiazdy lat 80.?". Jeszcze trudniej być we współczesnym Hollywoodzie dawną megagwiazdą, która jedną aferą obyczajową przekreśliła całkowicie swój status, spychając się z piedestału uśmiechniętej i wyluzowanej gwiazdy do chama i damskiego boksera. Wrócić po czymś takim jest cholernie trudno, co dokładnie widać na przykładzie Mela Gibsona, który ostatnie lata poświęcił na odbudowę nadszarpniętego wizerunku, a i tak na niewiele się to zdało. Może sprawę zmieni reżyserowany przez niego Hacksaw Ridge,…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Skazaniec na warunkowym zmuszony jest chronić swoją córkę przed handlarzami narkotyków, którzy dybią na jej życie. Przeciętny ukośnik solidny film z Melem Gibsonem.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.