Lucy Fry w serialu Wolf Creek (2016)
Wolf Creek (2016)

Wolf Creek, 1×01-02. Recenzja pilotowych odcinków australijskiego serialu

Australijskie bezdroża, nastolatka w zielonej czapce i seryjny morderca z giallowym śmiechem. Recenzja pierwszych dwóch odcinków australijskiego serialu Wolf Creek.

O czym jest serial Wolf Creek

Amerykańska rodzina przemierza australijskie bezdroża trochę w poszukiwaniu przygody, ale głównie po to, by starsza córka, która ma sporo problemów, przemyślała swoje życie i wróciła na prostą prowadzącą ku występowi na igrzyskach w 2020 roku. Jej rodzice, policjanci, w porozumieniu z młodszym synem decydują się zatrzymać nad malowniczym zbiornikiem wodnym. Młody zasuwa, żeby popływać na materacu, ale nie wie, że w wodzie czają się aligatory. Na szczęście niejaki Mick Taylor (John Jarratt) jest tego o wiele bardziej świadomy i w porę udaje mu się odstrzelić krokodyla atakującego chłopca. Szczęście, nieszczęście. Mick za dnia zajmuje się odstrzeliwaniem chorej, dzikiej zwierzyny, a nocami zmienia fach na seryjne mordowanie. Nim skończą pić pierwsze piwo, amerykańska rodzina zostanie wymordowana, a jedyną przypadkowo ocalałą z rzezi będzie nasza dziewczyna z kłopotami (Lucy Fry), którą po jakimś czasie w szuwarach znajdzie dwóch fotografów. Po odzyskaniu przytomności dziewczyna dowiaduje się od miejscowego policjanta, a właściwie sama to odkrywa, że sprawa jej rodziców może być powiązana z tajemniczymi zniknięciami turystów, do jakich od lat dochodzi na pustkowiu. Postanawia dokonać srogiej pomsty w zapalczywym gniewie. Zdanej na siebie wątłej dziewczynie nie będzie prosto dostosować się do praw, jakimi rządzą się australijskie pustkowia.

Recenzja serialu Wolf Creek, odcinki 1×01-02

Nie ma żadnego przypadku i zbiegu okoliczności, Wolf Creek to serialowa wersja filmu Grega McLeana, który m.in. otworzył mu drzwi do kariery w Hollywood. Jak powszechnie wiadomo, po początkowych zachwytach nad McLeanem spowodowanych świetnym Wolf Creek, potem mój entuzjazm stopniowo gasł wraz z kolejnymi filmami, w szczególności wraz z sequelem jego najsłynniejszego filmu, który do gustu mi nie przypadł. A teraz przyszedł czas na niespodziewany serial oparty na tym samym pomyśle bezlitosnego serial killera grasującego na bezkresnych pustyniach australijskiego zadupia. McLean ograniczył się tu do roli producenta (czyli pewno nic nie robi poza wzięciem kasy za pojawienie się nazwiska w napisach) i, jeśli wierzyć IMDb, wyreżyserował jeden odcinek (nie chce mi się sprawdzać). Co zresztą wielkiej różnicy nie robi, bo bądźmy szczerzy, historia jest na tyle uniwersalna i nieodkrywcza, że każdy kumaty sobie z nią poradzi, nie potrzeba Spielberga.

Serialowy Wolf Creek zaczyna się bardzo zacnie. Początkowa masakra spełnia oczekiwania – jeśli w ogóle ktoś takie miał – i krew leje się gęsto, a morderca nie waha się odstrzelić dzieciaka. Czyli na dzień dobry dostajemy zapowiedź tego, że oto przed nami serial rodem z amerykańskiej sieci kablowej, a nie z jakiejś PG-13 ogólnodostępnej telewizji. W połączeniu z widokami australijskiego zadupia, całość sprawia bardzo pozytywne wrażenie i daje nadzieję na ciekawy ciąg dalszy.

No ale potem już jest gorzej, a serialowy Wolf Creek – przynajmniej w dwóch pierwszych odcinkach szybko zaczyna sprawiać wrażenie zbyt rozciągniętego byle tylko dobrnąć do tych zaplanowanych sześciu odcinków. Innymi słowy nie ma w tej historii niczego na sześć odcinków i całość spokojnie można by zmieścić w filmie jak to było do tej pory. Charyzmatyczny morderca, który słusznie znalazł swoje miejsce pośród najciekawszych filmowych badgajów, szybko schodzi na drugi plan, a pierwsze skrzypce zaczyna grać średnio utalentowana dziewczyna, która nie rozstaje się z głupią czapką. Serial zamienia się w przygody nastolatki w pustynnej dziczy, która szybko uczy się życia (nastolatka, nie dzicz :P) spotykając na swojej drodze przeróżne indywidua, które uprzykrzają jej życie jak mogą, a w międzyczasie Mick nudzi się patrosząc kangury. Jakieś specjalnie nudne to nie jest, ale też nie widać uzasadnienia powstania tego serialu, który obejrzeć można, ale zdaje się, że finalnie i tak dojdzie się do wniosku, że jednak straciło się czas na obejrzenie czegoś, co już się widziało.

5 odpowiedzi

  1. Czy Mick’a gra ten sam co w filmie?

  2. Quentin

    Tak jest, ten sam.

  3. Akurat sequel był lepszy od jedynki bo poszedł w pastisz. 😛 Serialu nie zamierzam oglądać raczej.

  4. Ale drugi sezon serialu już jest ciekawszy. Możemy nawet podejrzewać że Mike to demon, człekoduch, jak nazywają go Aborygeni, a przecież ci najlepiej wiedzą co po ich ziemi się pałęta. Tylko ich czary są w stanie go złamać i to też trzeba by jakiegoś potężnego szamana. Mike to w końcu wcielenie zła, choć ma też swoją misję. Poluje na świnie, chore zwierzęta i turystów którzy są dla niego najgorszym że szkodników. Boże, jak ja kocham ten spalony słońcem kraj, powie Mike, pochłaniając swoją kolejna ofiarę…

  5. Quentin

    Hmm, to może przełamię się i dokończę s1. Chociaż serialowo jest taki wybór, że parafrazujący tytuł Bonda: Doba to za mało.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl