Queen of the South (2015)
Queen of the South (2015)

Queen of the South, 1×01. Recenzja pilota serialu

Sukces serialowego Narcos i filmowego Sicario otworzył szerzej oczy filmowcom na temat narkotyków, karteli i związanych z tym narkotykowych wojen. W poszukiwaniu tematu po raz kolejny zwrócili swoje oczy w kierunku latynoskim (Ugly Betty, Jane the Virgin) i tym razem na rynek amerykański przełożyli… well, wyprodukowany przez amerykańską telewizję hiszpańskojęzyczny serial La Reina del Sur oparty na powieści „Królowa Południa” autorstwa Artura Pereza-Revertego. Recenzja pilotowego odcinka serialu Queen of the South.

O czym jest serial Queen of the South

Bohaterkę serialu Teresę Mendozę (Alice Braga, siostrzenica Sonii Bragi) poznajemy, gdy w ciuchach od projektanta wychodzi z helikoptera, a z offu informuje nas, że była już w swoim życiu biedna, była bogata i jedno wie – zdecydowanie lepiej być bogatą. Obstawiona przez zakapiorów dociera do domu, w którym… dostaje kulkę, a padając sięga pamięcią czasów, gdy na ulicach Sinaloa pracowała dla drobnego opryszka. Wtedy to właśnie wpadła w oko przystojnego gangstera, który opryszkowi dał po mordzie, a Teresie obiecał dostatnie życie. Nie rzucając słów na wiatr. Okazuje się bowiem, że nasz przystojny gangster to rodzina szefa rządzącego w mieście kartelu Dona Epifania Vargasa (obowiązkowy we wszystkich produkcjach o latynosach Joaquim de Almeida), co niestety nie chroni go od kłopotów. Zanim jednak kłopoty dosięgną go w postaci kulki w łeb (aczkolwiek w tym momencie należy pamiętać o serialowej Zasadzie Gietka-Quentina), Teresa zdąży zasmakować bogactwa i dostatniego życia. Wszystko co dobre kiedyś się jednak kończy i dość szybko okazuje się, że Teresa musi uciekać w trosce o swoje życie. I tylko od niej zależy czy podda się losowi i skończy w dole na pustyni, czy stawi czoła przeciwnościom i weźmie sprawy w swoje ręce. A początek serialu i jego tytuł wskazują wyraźnie na to, że Teresa zrobi wszystko, by zostać najpotężniejszym narkotykowym baronem, jakiego nosiły ziemie meksykańska i amerykańska.

Recenzja serialu Queen of the South

Jako że niżej podpisany jest wielkim fanem meksykańskich karteli narkotykowych i uważa, że powinno się o nich kręcić jak najwięcej, bo temat to więcej niż wdzięczny, pojawienie się serialu Queen of the South przyjął z zadowoleniem, ale i ze zdziwieniem. Zdziwieniem, bo ani nie miałem pojęcia, że taki serial powstaje (gdzieś mi mignęło, że od lat próbował przebić się do amerykańskiej telewizji aż w końcu dostał zielone światło) ani nie znałem oryginalnego La Reina del Sur opartego na losach Królowej Pacyfiku Sandry Ávili Beltrán związanej z meksykańskim kartelem z Sinaloa oraz kolumbijskim kartelem Norte del Valle. A zadowoleniem, bo nie ma to jak produkcja na temat, który po prostu interesuje. No ale to oczywiste.

Po obejrzeniu pilota jasno trzeba powiedzieć, że choć jakoś specjalnie banku nie rozbija i beretu nie zrywa, to głównie z racji podejmowanej tematyki wydaje się, że warto dać serialowi chwilę czasu na rozkręcenie się. Wiem, że taki Narcos czasu nie potrzebował i rozkręcił się od razu od startu (choć niewykluczone, że to głównie dzięki temu, że Pabla Escobara zna większość, a o istnieniu Sandry Ávili Beltrán wiedza jest bardziej znikoma), więc pewnie gdyby Queen of the South miał trzymać jego poziom to też byłoby to jasne już od początku. No ale tu raczej jest jasne, że drugiego Narcos nie ma się co spodziewać. Przykro mi. Co nie oznacza, że trzeba na Queen od the South stawiać krzyżyk. Mądrzejsi będziemy za kilka odcinków i jeśli serial wykorzysta szanse, jakie ma, powinno być przynajmniej powyżej średniej. Nadzieja na to jest, bo jako produkcja stacji kablowej nie odwraca się od krwi, nagości i narkotyków. Na razie najwięcej jest tego ostatniego i średnio co pięć minut ktoś wciąga kokę nosem.

Nie wiem czy to świadomość tego, że jednym ze źródeł serialu jest telenowela, czy może to stan faktyczny, ale mam wrażenie, że to, czego najbardziej brakuje Queen of the South to taka surowość, która nadaje mocy meksykańsko-narkotykowym produkcjom jak Sicario czy Heli. Bohaterowie tego serialu są trochę za bardzo telewizyjni i to rzuca się w oczy, szczególnie że współczesne kino przyzwyczaiło nas do aż nadmiernego realizmu w pokazywaniu brudów życia, z którymi narkotykowy przemysł związany jest nierozłącznie. Tymczasem gangsterzy z Queen of the South _trochę_ sprawiają wrażenie przebierańców, co nie pomaga serialowi. (Aczkolwiek trzeba koniecznie pamiętać, że gangster meksykański to gangster, który z cepelii uczynili sposób na życie). CHOĆ. Nie pomaga serialowi, jakim chciałbym, żeby Queen of the South był i być może jeszcze będzie. Na razie to tylko obiecujący pilot, czyli już ciut więcej niż piloty seriali, które skreśla się jeszcze w trakcie ich trwania.

No i na pewno warto go obejrzeć dla muzyki – meksykańskie nutki zawsze na propsie! Aczkolwiek szkoda, że na koniec przenosi się z Meksyku do Stanów, bo – choć ten Meksyk też jest tutaj taki telewizyjny – myślę, że to mogłoby być jego największym plusem, gdyby pozostał w Meksyku. No ale pewnie jeszcze tam będziemy wracać.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl