Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
X-Men: Apocalypse (2016), reż. Bryan Singer
X-Men: Apocalypse (2016), reż. Bryan Singer

X-Men: Apocalypse, czyli Źle się dzieje w państwie egipskim

Ciekawa sytuacja. Dotychczas nawet najsłabsze filmy ze zbieraniną superbohaterów nie schodziły u mnie poniżej Siódemki. Miałem wiele zastrzeżeń, ale było widowiskowo i zawsze znalazło się coś, dzięki czemu czas spędzony w kinie nie uważałem za stracony, a film kończył ze „słabą” Siódemką. Zdaje się jednak, że powoli odbijamy się od ściany przesytu, bo najnowszą odsłonę przygód X-Menów trudno uznać za coś innego niż całkowitą stratę czasu. Recenzja filmu X-Men: Apocalypse.

X-Men: Apocalypse (2016)
Reżyseria: Bryan Singer
Scenariusz: Simon Kinberg, Bryan Singer, Michael Dougherty, Dan Harris
Obsada: James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Oscar Isaac, Rose Byrne, Evan Peters, Sophie Turner, Tye Sheridan, Olivia Munn, Hugh Jackman
Muzyka: John Ottman
Zdjęcia: Newton Thomas Sigel
Kraj produkcji: USA

O czym jest film X-Men: Apocalypse

Dawno temu w odległym Egipcie trwają przygotowania do ceremonii, dzięki której dusza niejakiego En Sabah Nura, podstarzałego faraona jak mniemam, ma zostać przeniesiona do młodszego ciała, co stanowi kolejny krok w ambitnym planie zapanowania nad całym światem. Niestety wszystko kończy się fiaskiem, a En Sabah Nur zostaje zasypany na wieki pod kamiennymi zwałami czegoś, co jeszcze przed chwilą było ogromną piramidą. Mijają lata. Wiele lat. En Sabah Nur spoczywa pod kamiennym rumowiskiem hen aż do lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to grupka wyznawców wierzących w legendy o potężnym władcy z przeszłości uwalnia naszego faraona. A wszystko na oczach agentki CIA Moiry MacTaggert (Rose Byrne). Wkrótce sprawą zaczyna interesować się również profesor Xavier, który z coraz większym powodzeniem prowadzi szkołę dla mutantów, a jego ludzie wciąż poszukują po całym świecie nowych adeptów obdarzonych niepowtarzalnymi mocami. Wychodzi na to, że En Sabah Nur to prawdopodobnie jeden z pierwszych mutantów na Ziemi, który został obdarzony mocą przejmowania mocy pokonanych przez siebie mutantów, co siłą rzeczy zmierza do zostania najpotężniejszym mutantem, jakiego widziała Ziemia. A że En Sabah Nur, bardziej swojsko nazwany tytułowym Apocalypse, ma ambicję zaorania wszystkiego i zbudowania od nowa, X-Meni będą musieli coś poradzić zanim będzie za późno.

Recenzja filmu X-Men: Apocalypse

Tak naprawdę to nie mam pojęcia co pisać o X-Men: Apocalypse, bo nie ma tu absolutnie nic wartego uwagi w nieco szerszym kontekście niż chwilowe pojawienie się jakiejś znanej postaci czy nawiązanie do czegoś tam bądź chociaż śmieszny żarcik. Parę takich godnych uwagi scen się tu oczywiście znajdzie („oczywiście”, bo jak płacisz za film to 180 milionów dolarów, to nawet przypadkiem, ale musi się znaleźć w nim coś dobrego), ale całościowo jako film X-Men: Apocalypse wypada słabo i wtórnie. Większość winy za taki stan rzeczy trzeba zrzucić na sam film, ale na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że superbohaterów jest w kinach za dużo i możliwości świeżego obrotu sprawy się wyczerpują. Tu nie ma zaś niczego świeżego. Zły koleś (kolejny słaby czarny charakter w komiksowym kinie; bez dwóch zdań superbohaterskiemu kinu potrzeba jakiegoś prawdziwego skurwiela, który klnie, krwawo zabija i nie ma sumienia) chce zniszczyć świat, a grupa dobrych superbohaterów mu to uniemożliwia. Nie zmienia niczego w tej sytuacji fakt, że superbohaterowie jeszcze nie są superbohaterami, a dopiero młodziakami próbującymi ogarnąć swój dar. Pardon, zmienia jedno – musimy przemęczyć się przez długie minuty rozkminiania psychologii postaci, jakby kogoś interesowało, co przeżywa mutant z komiksu. W małych ilościach to ciekawe, ale jeśli pół filmu to gadanina o tym i o przemyśleniach Apocalypse’a na temat kondycji ludzkości, wtedy już słabo.

Jest więc nudno, bardzo dziecinnie (X-Men: Apocalypse to praktycznie kino familijne) i do bólu sztampowo, a historia leci sobie od A do Z nie pomijając po drodze żadnej literki, ani żadnej z nich nie przestawiając. Nie pierwszy to superbohaterski film, który podąża tą drogą, ale jakoś do tej pory udawało się w mniejszym lub większym stopniu napakować film takimi atrakcjami, żeby przysłonić standardową fabułę. Weźmy takiego Deadpoola np. Fabularnie to film, który w całości można streścić zdaniem: porywają mu dziewczynę, a potem ją ratuje. Ale znaleziono na niego taki sposób przedstawienia, że ma się w nosie brak fabuły. Ważniejsza jest oryginalność, odwaga i pomysłowość. Których w X-Men: Apocalypse brakuje zupełnie. Jest ostrożny film, który nie próbuje ryzykować, chce się na siłę podobać wszystkim. A jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Takie filmy jak X-Men: Apocalypse były dobre lata temu, gdy kino superbohaterskie jeszcze raczkowało, a nie teraz, dwadzieścia tytułów później. Szczególnie, że i wizualnie również nadaje się dekadę wcześniej – efekty specjalne przygotowane przez całą zgrają Indusów (w oczekiwaniu na scenę po napisach poczytałem sobie te napisy; najbardziej rozczuliła mnie pozycja: kierowca pana Bryana Singera) nie powalają. Zresztą scenarzyści nie dali im wiele okazji do powalania.

Czy jest coś dobrego w X-Men: Apocalypse?

Niewiele. Po raz kolejny cały show kradnie Quicksilver, który tym razem pojawia się chwilę dłużej, ale choć dla niego chwila to dla nas trzy godziny, to czasu nie marnuje. Sekwencja, w której razem z buldogiem francuskim grają pierwsze skrzypce, to najlepiej spędzone minuty podczas całego seansu X-Men: Apocalypse. Co jeszcze wrzuciłbym po stronie plusów? Wygląd profesora Xaviera, który jest stuprocentowo 1980-letni sprawiając wrażenie, że za chwilę dołączy (profesor, a nie wygląd :P) do obsady Miami Vice. Opowiadana historia też nieźle zazębia się z poprzednimi filmami wprowadzając młode postaci, które w wersji dorosłej już oglądaliśmy. Miłośnicy komiksów pewnie odnajdą dużo więcej smaczków związanych z tą pokoleniową wymianą takich jak np. pierwsze spotkanie Jean Grey (Sophie Turner) z Wolverine’em.

W filmwebowej recenzji na plus zaliczono też pojawienie się ww. Wolverine’a, ale według mnie nie ma się czym podniecać. Recenzent podkreśla, że jest brutalnie, krwawo i wow jak na PG-13, ale bądźmy poważni. Równie brutalne sceny śmierci oglądaliśmy już chociażby w Czterech pancernych i psie. Przeciwnicy Wolverine’a padają jak muchy i tyle emocji. A sam Hugh Jackman już jakiś taki stary i zmęczony, choć ten piernik (hehe) akurat nie ma nic do wiatraka brutalności.

Polskie akcenty w X-Men: Apocalypse

Niestety mocno bekowy jest ten słynny pruszkowski fragment, a domyślam się, że w oryginale jeszcze bardziej – wybrałem się na wersję z dubbingiem (wiem, wiem 😛 niestety superbohaterowie na porannych weekendowych seansach często gadają po dubbingowsku, a na inne seanse nie mam czasu) i zdubbingowany polski już nie jest taki okaleczony. O, proszę:


.

Aczkolwiek trzeba przyznać, że twórcy znakomicie ocenili kondycję polskiej policji (wtedy milicji) w zabawnej scenie ze szturmem gliniarzy uzbrojonych w drewnianą broń. Zastanawiam się tylko czy uznać śmiertelny efekt tego szturmu za nierealny (policjant trafił do celu), czy za wręcz przeciwnie, bardzo realny (policjant postrzelił przypadkowych przechodniów). No i rozkminiam też, jakim cudem jedną strzałą przy pomocy drewnianego grota (no bo jak inaczej? kamienny? wątpię, żeby mieli czas przygotować się bardziej niż zaostrzając patyk) udało się trafić aż tak skutecznie.

Tak czy siak, w takim Pruszkowie z sarenkami i jelonkami – zdecydowanie chciałbym mieszkać!

(2098)

Ciekawa sytuacja. Dotychczas nawet najsłabsze filmy ze zbieraniną superbohaterów nie schodziły u mnie poniżej Siódemki. Miałem wiele zastrzeżeń, ale było widowiskowo i zawsze znalazło się coś, dzięki czemu czas spędzony w kinie nie uważałem za stracony, a film kończył ze "słabą" Siódemką. Zdaje się jednak, że powoli odbijamy się od ściany przesytu, bo najnowszą odsłonę przygód X-Menów trudno uznać za coś innego niż całkowitą stratę czasu. Recenzja filmu X-Men: Apocalypse. X-Men: Apocalypse (2016) Reżyseria: Bryan Singer Scenariusz: Simon Kinberg, Bryan Singer, Michael Dougherty, Dan Harris Obsada: James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Oscar Isaac, Rose…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Młodzi kandydaci na X-Menów kontra potężny przeciwnik z przeszłości, który chce przebudować świat na nowo. Zdziecinniałe na maksa kino superbohaterskie.

4 odpowiedzi

  1. @pruszków
    Ja bylem na wersji z napisami i na scenie z pruszkowskiego lasu (z milicjantami) gdzie wszyscy (wedle planów reżysera) powinni uronić łzę rozpaczy to cała sala płakała ze śmiechu. Podejrzewam, że to mogło wpłynąć na mój odbiór ponieważ aż tak nisko bym filmu nie ocenił.

  2. Quentin

    Mnie jeszcze zastanawia jak okropnie musiała brzmieć w oryginale ta kołysanka śpiewana przez Fassbendera, bo w dubbingu brzmiała okropnie.

    Milicjanci za to brzmieli dobrze :).

    Swoją drogą zastanawia mnie po co robić dubbing, kiedy i tak sporo kwestii w obcych językach ma napisy (nie mam pewności, ale zgaduję, że te teksty w obcych językach wygłaszają nasi dubbingowcy przez co brzmią słabo; ale w sumie może to i w oryginale brzmiało słabo). Kto nie umie czytać i tak się wkurwi. Nie wiem tylko jak to sensownie obejść, bo chyba się nie da. Ale co mi szkodzi narzekać 😉

  3. Quentin

    No ale to wypasiona wersja z orkiestrą itede, domyślam się, że w filmie było to bardziej a’capella. Choć z drugiej strony… Nawiasem mówiąc fajna jest w ogóle muza w tych iksmenach.

    Z dubbingem kołysanka brzmi tak (nie tak źle jak zapamiętałem):
    https://www.facebook.com/blog.q/videos/1115702211804814/

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.